Nomen Omen, tomy 2-3. Baśnie w dobie mediów społecznościowych

75%

Urealnianie baśniowych postaci nie jest w komiksie niczym nowym, dość wspomnieć poruszające "Zagubione dziewczęta" Alana Moore'a, "Baśnie" Billa Willinghama czy mangę "Red Hood" autorstwa Haji. "Nomen Omen" wyróżnia jednak to, że od pierwowzorów nie odcina się grubą kreską, nie próbuje przechylić szali całkowicie na drugą stronę, a raczej wypośrodkować ją i ukazać symbiozę świata rzeczywistego z feerycznym.

Po nieco chaotycznym pierwszym tomie, w dwóch kolejnych (zamykających tę historię) zarówno zasady, jakimi rządzą się te dwa światy, jak i motywacje głównych bohaterów i bohaterek zostają precyzyjnie nakreślone. Raz po raz pojawia się myśl, że zło pragnące przywrócić dominację mitycznej Arkadii albo skore do dramatycznych poświęceń dobro czy nawet wyraźne rozdzielenie ich na dwie skrajności, bez niczego pośrodku i bez poddawania w wątpliwości motywacji stron konfliktu to klisze zaczerpnięte wprost chociażby z "Baśni braci Grimm", ale zaraz za tą refleksją musi przyjść kolejna - to przecież jest baśniowa konwencja, a sięganie po prastare schematy wcale nie musi osłabiać scenariusza.

 

Siły dodaje mu skontrastowanie wróżek, druidów albo czarownic z codziennym życiem zwyczajnych nastolatków czy dwudziestoparolatków. Zazwyczaj kiedy postaciom z baśni chce się nadać realistyczny sznyt, konstruuje się wokół nich maksymalnie odmienne otoczenie od tego, w jakim zazwyczaj są osadzane. Kolory blakną, różdżki przemieniają się w butelki, papierosy albo strzykawki, romantyczne pocałunki w gwałty, a ten słodki króliczek, kotek czy misiaczek, którego każde dziecko chciałoby utulić nagle klnie jak szewc i rzuca obscenicznymi żartami. Marco B. Bucci nie celował jednak w wywołanie podobnego wzburzenia i igranie ze wspomnieniami z niewinnego dzieciństwa. Jego postacie uwiarygodnia normalność.

Można to zauważyć nawet na poziomie przepełnionego popkulturowymi nawiązaniami języka (wspomniane zostają między innymi "Minecraft", "Harry Potter", "Dark Souls", "Final Fantasy" czy "Resident Evil"), ale przede wszystkim manifestuje się w dostrzeganiu, na jakim poziomu rozwoju technologicznego ludzkość obecnie się znajduje. Udawanie, że media społecznościowe nie istnieją przypomina udawanie nieistnienia telefonów komórkowych w wielu komiksach czy filmach sprzed dziesięciu-piętnastu lat. Uznanie ich wynalezienia to w wielu przypadkach ogromne wyzwanie dla scenarzystów, chociażby "Kevin sam w domu" albo dziesiątki horrorów przy dzisiejszych możliwościach komunikacyjnych stałyby się produkcjami krótkometrażowymi i do bólu nudnymi, ale Bucci ma o tyle inną perspektywę, że nie musiał usilnie dostosowywać się do nowych realiów - dorastał w nich i po prostu uchwycił to, co także jemu jest najbliższe.

 

Technologia z czasem staje się zresztą największą przewagą Becky Kumar, głównej bohaterki "Nomen Omen", która po szeregu monotonnych scen doskonale oddających trud uczenia się w wieku nastoletnim, kiedy wszystkie myśli grawitują poza strony podręcznika, wreszcie znajduje sposób na skuteczne przyswojenie zasad archaicznej sztuki magii. Staje się cyfrową nekromantką zdolną do tworzenia kopii zapasowej serca (przydatna umiejętność dla kogoś, komu zostało ono odebrane) i programowania własnego zmartwychwstania. Może się to kojarzyć z cyberpunkiem, ale nigdy nie popada w gloryfikowanie lub demonizowanie technologii, włącza ją w bajkowe realia z zaskakującą naturalnością, w czym zasługi należy odnotować przede wszystkim na koncie ilustratora, Jacopo Camagniego.

O ile treść "Nomen Omen" nierzadko z dumą podejmuje znane gatunkowe motywy, o tyle unaocznianie ich ma wyjątkową formę. Styl Camagniego nie wykracza może poza standard współczesnych komiksów superbohaterskich (rysował zresztą wiele postaci Marvela, między innymi Deadpoola, Black Widow czy Captain Marvel), za to sprawne manipulowanie kolorami i posługiwanie się nimi jako narzędziem narracyjnym prezentuje się imponująco. Na jednej stronie włoski artysta potrafi wykrzesać niemal popartowy przepych, na innej skłania się ku monochromatycznemu minimalizmowi, a na jeszcze innych (zwłaszcza w spektakularnym finale) łączy obydwa, ukazując na przykład kolorowe fale i rozbryzgi pochłaniające szaro-białą metropolię.

 

Sprawnych żonglerów posługujących się inspiracjami zaczerpniętymi z baśni, legend i wierzeń ludowych było już wielu, a nawet zbyt wielu, bo nierzadko korzystanie ze schematu staje się schematyczne samo w sobie. Bucci i Camagni zdołali jednak odnaleźć własną drogę, wpletli w dramatyczne wydarzenia, od których zależy przyszłość świata istotne dla nich wątki LGBT i wykreowali przyziemne, choć obdarzone wielką mocą postacie. "Nomen Omen" nie jest może komiksem szczególnie oryginalnym, ale ma własny charakter i to na tyle fascynujący, że warto poświęcić mu czas. Zwłaszcza jeżeli preferujecie krótkie, ale treściwe historie.


Nomen Omen

Polska, 2020-2021

Non Stop Comics

Scenariusz: Marco B. Bucci

Rysunki: Jacopo Camagni


Nomen Omen, tom 1: Całkowite zaćmienie serca


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive