WaluśKraksaKryzys: Kiedy zaczynałem grać, ludzie mówili, że jestem wariatem

"Atak" - formalny debiut Walusia - to jedno z najważniejszych tegorocznych wydawnictw w Polsce, a stoi za nim tak wiele interesujących historii, że tematów do rozmowy nie brakowało. Przy okazji nawiązaliśmy również do coraz bardziej zacierającej się granicy pomiędzy "mainstreamem" a "alternatywą", do początków w metalowym zespole z małego miasta i do problematycznej szczerości.

Jarosław Kowal: W "Uśmiechu Chelsea" śpiewasz: Moje życie jest mocno pojebane, odkąd zamieniłem Skałę na Kraków i Warszawę, ale "Atak" wydałeś w Mysticu, wytwórni z siedzibą w Skale, więc krąg został zatoczony. W twoim rodzinnym mieście mieszka niecałe cztery tysiące osób, domyślam się, że musiałeś wcześniej znać Michała Wardzałę.

WaluśKraksaKryzys: Zgadza się, chociaż "znać" to może za duże słowo. Wiedziałem, kim jest i wiedziałem, czym się zajmuje właściwie od najmłodszych lat. Zawsze biła od niego specyficzna aura, od razu było wiadomo, że to jest boss, że to jest gość, który robi biznes. Moje wstąpienie do Mystic Production ma jednak bardzo dziwną historię, doszło do niego okrężną drogą. Odezwał się do mnie Artur Rawicz, który nie miał nawet pojęcia, gdzie mieszkam i tak to dalej poszło.

Mimo że znałeś chociażby z widzenia osoby związane z Mystic Production, nie chciałeś nadużywać tej "znajomości" i pierwszy materiał wydałeś pod szyldem Trzech Szóstek.
Nie stało za mną żadne doświadczenie, nie miałem zespołu, nie miałem gotowego materiału, więc nie uważałem Mystic za właściwe miejsce dla mnie na tamten moment. Nawiązałem mailowy kontakt z Krzyśkiem Kwiatkowskim i czułem, że Trzy Szóstki to najlepsze wyjście. Miałem materiał nagrany w domowych warunkach, bardzo garażowo-punkowy, i odnosiłem wrażenie, że mogę się z nim wpasować w działalność tego wydawnictwa. Po kilku mailach dogadaliśmy się i była to bardzo fajna współpraca - nie znał mnie nikt, a Trzy Szóstki zapewniły mi dotarcie do dość dużej publiczności niezalowej czy podziemnej.

 

To z kolei doprowadziło do burzliwej dyskusji na profilu naszego portalu na Facebooku, kiedy w kontekście "Ataku" pojawiło się określenie "debiut". Dlaczego formalnie dopiero teraz zadebiutowałeś?
Po podpisaniu kontraktu z Mystic Production, uznałem, że jest to finał jakiegoś etapu mojej pracy. Nie wiedziałem jeszcze, jak to wszystko wygląda od strony w pełni formalnej, legalnej i profesjonalnej. Ilość pracy i osób, które nad tym pracują czy po prostu poziom, na jakim się to odbywa wydają mi się odpowiednie, żeby mówić o "MiłymMłodymCzłowieku" jak o mojej pierwszej płycie, ale nielegalu, a o "Ataku" jak o formalnym, zarejestrowanym we wszelkich możliwych instytucjach dbających o prawa autorskie debiucie.

Przyszedłeś do Mystica z gotowy albumem czy zacząłeś go tworzyć już po podpisaniu kontraktu?

Album był skomponowany przed podpisaniem kontraktu. Przy pierwszych dwóch albumach zakładałem, że nie warto mieć oczekiwań finansowych czy zasięgowych, bo szybko można się zrazić. Z ekonomicznego punktu widzenia moja działalność jest irracjonalna, bo na pewno włożyłem w nią zbyt wiele pieniędzy, czasu, wyrzeczeń i emocji, ale to moja pasja, a za pasję warto cierpieć. Wracając do pytania - materiał był napisany przed podpisaniem kontraktu, został nagrany u Michała Kupicza już za pieniądze wytwórni, ale nie był nawet przez osoby z wytwórni przesłuchany. Był to chyba rodzaj zaufania, niezależność artystyczna okazała się priorytetem. Kiedy płyta spodobała się, zaangażowanie wytwórni dodatkowo wzrosło. Mogliśmy chociażby nagrać trzy klipy, co jest dość niecodzienną sytuacją w przypadku tak mało doświadczonej osoby jak ja, ale staram się pokazywać, że warto było na mnie postawić.

 

O tym, że mało kto dzisiaj słucha muzyki gatunkami wiadomo, ale mam też wrażenie, że zaciera się inna granica - pomiędzy tak zwanymi "mainstreamem" i "alternatywą". Billie Eilish, nowe wcielenie Margaret albo Brodka to osoby, które funkcjonują na pograniczu tych dwóch światów i ty także kimś takim jesteś. Odczuwasz to? Celowo dążyłeś do takiego stanu?
Zdecydowanie tak. Znowu muszę wspomnieć o Błażeju Królu, o którym wspominam w każdej rozmowie [śmiech] - ten człowiek ma duży wpływ na moją twórczość i na mają codzienność. W którymś z niedawnych wywiadów wspominał, że połączenie nawet głębokiej alternatywy z mainstreamem jest łatwiejsze niż mogłoby się wydawać. Ja z kolei nigdy nie rozdzielałem muzyki na niezal, mainstream i tak dalej, bo po co to właściwie robić? Nie chciałbym też, żeby przylgnęła do mnie łatka rockmana albo kogoś podobnego, bo nie uważam nawet, że gram rocka. Dla mnie rock w Polsce ma twarz na przykład Farben Lehre albo inny reliktów muzyki gitarowej. U mnie to wygląda tak, że po prostu używam mocnych środków wyrazu do opisywania swoich emocji i tego, co dzieje się w mojej głowie. Gdybym nagrywał piosenki o spędzaniu czasu z przyjaciółmi i jaraniu blantów albo o jakichś szkolnych sytuacjach, to pewnie nagrywałbym rap, ale życie dostarczyło mi na tyle intensywnych bodźców i przeżyć, że wyszła mi właśnie taka muzyka.

Od grania coverów jakiego zespołu zaczynałeś? Twoja muzyka każe mi podejrzewać, że był to punk rock, ale być może jabłko padło daleko od jabłoni.
To były typowe pierwsze covery grane w domu kultury, jakaś Metallica, AC/DC i tego typu rzeczy, a później siedziałem mocno w metalu. Grałem tę muzykę, ale dzisiaj to, co robiliśmy brzmi mocno cringe'owo i raczej nigdy się do tamtych kawałków nie przyznam [śmiech]. Później zmarł mój dziadek i na mniej więcej dwa lata przestałem w ogóle grać, słuchać muzyki i tak dalej. W końcu z jakiegoś powodu znowu chwyciłem za gitarę i od tego czasu poświęcam jej większość czasu. Nie słucham już gatunkami. Słucham wielu rzeczy, od The Blaze po Tame Impala, od Kukona po Dłonie. Podoba mi się, kiedy ktoś robi muzykę, w którą mogę uwierzyć i w swoim graniu też stawiam to na wysokim miejscu.

 

Już w tym "metalowym okresie" chwytałeś za mikrofon czy to przyszło później?
Śpiewanie zaczęło się u mnie dopiero przy nagrywaniu "MiłegoMłodegoCzłowieka" i na pewno wciąż mam dużo do nauki, chociaż z drugiej strony teraz lepiej panuję nad swoim głosem i mam lepszy warsztat. Wcześniej mój warsztat polegał na wypiciu trzech piw [śmiech]. Podchodzę teraz do śpiewania bardziej świadomie, ale wydaje mi się, że najważniejsze było przełamanie się i znalezienie odwagi. Ale nie uważam siebie ani za wokalistę, ani za gitarzystę. Muzyka jest dla mnie jak performance, próba wyrażania siebie.

 

Cechą charakterystyczną "MiłegoMłodegoCzłowieka" było bardzo surowe podejście do nagrań, których pierwotnie nie chciałeś zresztą wcale publikować. Obawiałem się, że ta naturalność i swobodą ulotnią się przy "Ataku", ale chociaż jest to zdecydowanie solidniej wyprodukowany materiał, udało się uchwycić tamtego ducha. To był jeden z twoich priorytetów?
Tak zrobiłem, bo inaczej nie umiałem [śmiech]. Na pewno Michał dużo włożył od siebie, ale też zrozumiała, jaka ta muzyka jest i jak powinna brzmieć. Pierwszy album zmiksowałem sam i - szczerze mówiąc - nie wiedziałem nawet, że to zrobiłem. Wysłałem go do masteringu do Marcina Klimczaka ze studia Mustache Ministry w Warszawie i tyle. Nie było żadnych korekcji wokalnych, była rozstrojona gitara, ale myślę, że w tym tkwi siła tamtego materiału. Jest do bólu mój. Teraz pojawiają się nowe inspiracje, trochę to wszystko ewoluuje i myślę, że z czasem zacznę nagrywać mniej surowe rzeczy.

W tekstach z "Ataku" odsłaniasz się z dużą odwagą, ale czy zdarzyło ci się wykreślić jakiś wers, bo jednak pokazywał zbyt wiele?
Zdarzało mi się wykreślać jakieś wersy tylko w ramach naturalnego procesu twórczego. Czasami po prostu napiszesz coś, a następnego dnia jest ci głupio, że wymyśliłeś takie zdanie [śmiech]. Odkrywanie się było dla mnie bardzo naturalne, niczego nie kalkulowałem, nie zastanawiałem się, jak to ludzie odbiorą i nie miałem świadomości, na jaką skalę odbierana będzie ta płyta. Dzisiaj nabieram świadomości, że ten materiał dociera do wielu ludzi i pewnie będę w przyszłości miał na uwadze to, żeby nie wszystko mówić. Coraz większa rozpoznawalność utrudnia podejmowanie niektórych tematów, a nie chciałbym, żeby z moją rodziną czy innymi bliskimi osobami stało się coś dziwnego tylko dlatego, bo za dużo opowiedziałem o naszych relacjach. To mega delikatna sytuacja i mam nadzieję, że będę potrafił znaleźć równowagę.

 

Co innego zaśpiewać takie teksty podczas sesji nagraniowej, co innego zaśpiewać nawet do masy ludzkiej pod sceną, która nie ma możliwości wejścia w dialog, a co innego, kiedy ktoś podchodzi, cytuje fragment i chce zgłębić stojącą za nim historię. Potrafisz w takich sytuacjach, bez ochrony muzyki czy sceny, rozmawiać o swoich tekstach?
Mógłbym śmiało porozmawiać o niektórych tekstach, chociaż nie lubię tego robić, bo i tak są bardzo dosłowne. Jedyne, co mógłbym powiedzieć więcej, to imiona i nazwiska [śmiech]. Rozmowy po koncertach zawsze są specyficzne, ludzie są naładowani energią, ja też jestem podkręcony, więc zazwyczaj jest to fajny czas, ale rozgraniczenie muzyki, tekstów i emocji to coś dziwnego, bez czego na pewno nie opowiedziałbym tyle o sobie. Muzyka daje mi odwagę, buduje odpowiedni klimat dla tych wszystkich wyznań.

Powiedziałeś, że więcej to już tylko mógłbyś podać nazwiska, ale nie podajesz przecież nawet własnego. Jest jakaś różnica pomiędzy Walusiem, a osobą, która go stworzyła?

To celowy zabieg, bo są rzeczy o których jednak nie mówię, a ta ksywka daje mi odcięcie od domowych spraw, od mojego miasteczka. Kiedy zaczynałem grać, musiałem przebić się przez opinie, że mnie pojebało, że jestem wariatem i tak dalej. Teraz większość raczej kibicuje mi, ale na początku nawet kiedy zapuściłem wąsa, byłem wyzywany od pedałów. Niejedną osobę mogłoby to złamać psychicznie, a ksywka od początku dała mi siłę i anonimowość, dzięki niej czuję, że mogę więcej.

 

Jak jesteśmy przy tematach życiowych, to na koniec pozwolę sobie zadać bardzo ogólne, ale myślę, że w kontekście tego, co dotąd powiedziałeś zasadne pytanie - czy jesteś teraz szczęśliwym człowiekiem?

Bywam szczęśliwy, poza momentami, kiedy szczęśliwy nie jestem. Staram się łapać równowagę i doceniać to, czego wcześniej nie doceniałem, chociażby relacje międzyludzkie albo trzeźwość czy własne zdrowie, bo trochę licho jest u mnie z tymi sprawami. Na pewno jestem teraz bardziej poukładany niż byłem rok temu. Dzieją się w moim życiu super rzeczy. Mam nadzieję, że te wszystkie koncertowe plany dojdą do skutku, że zobaczymy się na Soundrivie i że będę mógł grać też w innych miejscach w Polsce. To dla mnie mega ważna sprawa, bo właściwie przez całe życie siedziałem w Skale, nie zobaczyłem świata i te wszystkie wyjazdy na koncerty to dla mnie nowość. Nigdy nie byłem nawet w Poznaniu, nie byłem w Kołobrzegu, nie byłem w Płocku i wielu innych miastach.

 

Od razu zacząłem się zastanawiać, jak to jest możliwe, że nie byłeś nigdy w Poznaniu, ale faktycznie zrobiło się o tobie głośno już w czasie pandemii i nie zdążyłeś pograć w Polsce.

[śmiech] Mogę jeszcze dodać, że dobrze przebrnąłem przez okres covidowy, który - mam nadzieję - dobiega powoli końca. Naprawdę go przepracowałem. Mogę być tylko wdzięczny Arturowi Rawiczowi, że jest w tym ze mną i mamy wspólną zajawkę na to, co robimy.

 

WaluśKraksaKryzys wystąpi na Soundrive Festival 2021, który odbędzie się w dniach 10-15 sierpnia. Więcej informacji TUTAJ.

fot. ShowTheShow


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive