Ape vs. Monster. Godzilla kontra Kong w ekstremalnie tanim wydaniu

49%

Tanim i w zakresie budżetu, i pod względem estetyki czy pobudek, dla których podjęto się tego "wyzwania", ale niczego innego po studiu The Asylum nie można było się przecież spodziewać.

Mockbustery to sztandarowe produkcje The Asylum, a do najbardziej rozpoznawalnych zaliczają się "Avengers Grimm: Time Wars" ("Avengers: Infinity War"), "Atlantic Rim" ("Pacific Rim") czy "Transmorphers" ("Transformers"). Od czasu do czasu trafia się jednak w ich katalogu nie tylko zły film, ale nawet "tak zły, że aż dobry", a dla solidnej dawki kiczu warto poświęcić półtorej godziny.

 

"Ape vs. Monster" można do takiej kategorii zaliczyć. Nie jest to co prawda poziom produkcji studia Troma albo dzieł Claudio Fragasso (najbardziej znanego z "Troll 2"), ale na pewno najlepsze, co The Asylum potrafi z siebie wycisnąć, czyli kiepska gra aktorska, obrzydliwe cyfrowe efekty komputerowe na miarę "Rekinado" i brak autoironii.

 

Brzydkie CGI nigdy nie będzie wyglądać tak dobrze, jak najbrzydsze efekty praktyczne, ale nawet w szeregach pozbawionego ambicji studia, któremu ewidentnie nie zależy na jakości znalazła się w końcu ekipa zdolna stworzyć coś więcej niż podróbkę smoka z "Wiedźmina" z Michałem Żebrowskim. Nie oznacz to bynajmniej, że efekty wyglądają tutaj dobrze, ale albo nie przeszkadzają, albo wzmacniają nieintencjonalne walory komediowe (na przykład pędzący pociąg pochwycony i wyrzucony w powietrze przez tytułowego Potwora, który przypomina animację z naprędce przygotowanej rekonstrukcji wypadku dla wieczornego serwisu informacyjnego).

Największą ilość doznań ludycznych przynosi jednak sztampowy scenariusz i przede wszystkim jego odgrywanie przez obsadę, której nawet Tommy Wiseau nie wpuściłby na plan. Na plakacie widnieje wprawdzie Eric Roberts, który w ubiegłym stuleciu zachwycał w "Papieżu z Greenwich Village" albo w "Najlepszych z najlepszych", ale przypisana mu funkcja ma charakter przede wszystkim marketingowy. Roberts na starość znalazł sobie nową niszę - w samym 2020 roku miał na koncie ponad trzydzieści ról, wszystkie drugoplanowe, wszystkie w filmach klasy Z, gdzie nie musi zabiegać o uwagę - jest mentorem, człowiekiem z wielkiego Hollywood, bratem Julii i ojcem Emmy, który jeszcze tlący się płomyczek dawnego talentu wymienia na odrobinę większe zainteresowanie filmami, o jakich bez jego udziału świat nigdy by nie usłyszał.

 

Niemal cała reszta obsady to debiutanci i naturszczycy. Arianna Scott w roli głównej oscyluje pomiędzy fasadowym dramatyzmem w telenowelowym stylu a karykaturalnym bohaterstwem wykreowanym na wzór Johna Rambo. W jednej z pierwszych scen potyka się o nogi towarzysza i uderza głową o jedyny kamień na całej pustyni, co wiele mówi o jej postaci. Katie Sereika jest dla niej idealną partnerką, bo wypada jeszcze marniej. Wciela się w najbardziej schematyczną Rosjankę, jaką jesteście sobie w stanie wyobrazić w amerykańskim filmie - posługuje się koszmarnym akcentem, rzuca tekstami pokroju: Rosjanie wiedzą, jak kontrolować emocje albo: Wiemy o was więcej niż wy sami, albo po prostu cytuje Lenina. Aż trudno uwierzyć, że portretowana przez nią Eva Kuleshov (prawdopodobnie hołd dla Lwa Kuleszowa, który chyba nie byłby w stanie przebrnąć przez ten seans) nie jest postacią ironiczną, ale to właśnie z tego powodu "Ape vs. Monster" dobrze się sprawdza.

Gdyby reżyser Daniel Lusko (autor garstki podobnych produkcji) i scenarzysta George Michael Phillips (debiutant) silili się na puszczanie oka w kierunków widzów, żonglerkę kliszami gatunkowymi czy udowadnianie, jak dobrze znają historię kina i potrafią wykorzystywać mało znane smaczki, nie dałoby się znieść napuszonego artyzmu przykrytego gęsto warstwą tandety. "Ape vs. Monster" sprawia jednak wrażenie filmu, w który włożono dużo serca i energii, w który autentycznie wierzono. Bliżej mu do "The Room" niż do "Iron Sky" i jest w tej czystości intencji coś na tyle mamiącego, że o ile obok leży paczka czipsów, a umysł znajduje się w stanie poszukiwania niezobowiązującej, odprężającej rozrywki, niskobudżetowa wersja "Godzilla vs. Kong" potrafi rozbawić. Jeżeli jednak filmy klasy Z nie trafiają do was, nawet nie próbujcie się przełamać - to pozycja skierowana wyłącznie dla zaawansowanych odbiorców i odbiorczyń kiczu najniższych lotów.


Ape vs. Monster

USA, 2021

Warner Bros.

Reżyseria: Daniel Lusko

Obsada: Arianna Scott, Katie Sereika, Eric Roberts



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive