Jan Rosiek: Część mnie podskórnie marzy o tym, żeby ludzie analizowali moje grafiki

Od strony artystycznej Gdańsk ma do zaoferowania bardzo wiele - od eklektycznej sceny muzycznej przez filmową i literacką aż po graficzną. Jednym z interesujących przedstawicieli tej ostatniej jest Jan Rosiek, który projektem Bezmiar podjął próbę zrozumienia rzeczywistości wielowymiarowej.

Łukasz Brzozowski: W jednej z naszych prywatnych rozmów opowiadałeś, że pracę z grafiką zaczynałeś jako samouk.

Jan Rosiek: Tak naprawdę przygodę z projektowaniem i szeroko rozumianą sztuką rozpocząłem niejako z musu. W pewne wakacje po prostu zacząłem dorabiać jako grafik najniższego stopnia w wydawnictwie mojego ojca. Dostawałem tysiące zdjęć, które musiałem skanować i poddawać retuszowi. Wartość artystyczna tych zadań była zerowa, ale dzięki temu miałem możliwość podszkolić się w procesie powstawania grafiki i stopniowo udoskonalałem własny warsztat. Niedługo później próbowałem tworzyć własne rzeczy.

 

Skoro na samym początku działo się to z musu, pewnie nie czułeś pasji.

Niekoniecznie. Podobało mi się to, ale nie widziałem przyszłości związanej z tą branżą. Poza tym w czasach liceum, bo wtedy właśnie zaczynałem, nie miałem na siebie absolutnie żadnego pomysłu, co poniekąd ułatwiło mi wybór ścieżki, którą ewentualnie mogłem obrać. Muszę jednak zaznaczyć, że robiłem to, co robiłem bez żadnej wizji i dalekosiężnych planów. Masa moich znajomych z tego okresu myślała o karierze związanej z prawem, psychologią i mnóstwem innych modnych wówczas kierunków, ja z kolei jechałem trochę innym torem. Kiedy zobaczyłem, że wychodzi mi to całkiem nieźle, dorywcza praca zarobkowa przerodziła się w pasję.

Minęło dużo czasu, by ta pasja w końcu się pojawiła?

Powiem tak - zawsze miałem potrzebę wyrażania siebie w, nazwijmy to, graficzny sposób.

 

Co to znaczy?

Nigdy nie byłem osobą, która potrafiła przekazać swoje myśli drogą werbalną. Zdanie na dany temat, pewna myśl czy komentarz dotyczący jakiejś sytuacji mają u mnie kontekst wizualny, czyli dużo bardziej rozbudowany i nielinearny. W związku z tym tworzyłem - jak pewnie każdy - memy, grafiki, kolaże i inne rzeczy tego typu. Początkowo wydawało mi się to dosyć błahe, a w dodatku powstawało raczej z potrzeby chwili niż w celu przekazania czegoś ważnego, ale wraz ze mną dojrzewały moje projekty. Nabierały artystycznej i sensownej formy.

 

Czasami odnoszę wrażenie, że przy tworzeniu grafik braki warsztatowe może rekompensować wyobraźnia. Myślisz, że to rodzaj przewagi, którą artyści wizualni mają nad muzykami czy pisarzami?

Wiele zależy od tego, czego podejmujesz się jako artysta... Może nawet wszystko od tego zależy. W każdym rodzaju sztuki potrzebny jest talent i nie ma się co oszukiwać, że tutaj jest inaczej. Oczywiście w świecie grafiki dużo pomagają gotowe elementy, wzory czy utarte schematy, którymi można operować przy tworzeniu. Dopatrywałbym się tutaj nawet podobieństw do muzyki elektronicznej, gdzie - choćby na przykładzie The Prodigy - tworzy się, tnąc i remiksując elementy starych, gotowych utworów powstałych lata wcześniej. Otrzymujemy tym samym nową jakość - nazwałbym to kolażem dźwięków. Czymś podobnym w swojej dziedzinie zajmuję się ja.

 

Nie ma pokusy, by wymyślić coś całkowicie własnego?

W moim przypadku proces twórczy opiera się na łączeniu elementów własnych z tymi zastanymi i odnalezionymi.

No właśnie, a tak zupełnie od zera?

Bardzo trudno wyjść z czymś kompletnie nowym, czego nigdy wcześniej nie było. W procesie twórczym inspirujemy się masą różnych rzeczy, często dzieje się to zupełnie podświadomie - czerpiemy ze zdobytych doświadczeń, obejrzanych filmów, dzieł sztuki czy nawet podłapujemy atmosferę zasłyszanych wcześniej utworów muzycznych. Inspiracja otacza nas wszędzie. To trochę tak, jakbyś kazał mi wymyślić nowy, zupełnie niespotykany dotąd kolor. Mógłbym się tego podjąć, ale i tak znaleźlibyśmy w nim coś, co widzieliśmy już wcześniej. Zawsze masz jakiś punkt wyjścia osadzony w przeszłości.

 

Masz zasady, których kurczowo się trzymasz przy tworzeniu grafik?

W przeciwieństwie do tego, jak funkcjonuję na co dzień, przy tworzeniu grafik staram się być bardzo mocno zdyscyplinowany. Każdy projekt, za który się zabieram rodzi w mojej głowie cały szereg zasad, których przestrzegam. Każdy element ma swoje znaczenie, staram się uważać, by nie przesadzić z różnymi ozdobnikami czy ornamentami tylko w celu wykreowania czegoś, co po prostu wygląda fajnie i ładnie. Mowa tu przede wszystkim o kompozycji skupionej na bardzo surowych, geometrycznych zasadach.

 

Te surowe i geometryczne zasady widać w projekcie Bezmiar, który istnieje już od paru lat.

Tak, Bezmiar narodził się w okolicach 2016 roku.

 

Co zadecydowało o powołaniu go do życia?

Wszystko zaczęło się w momencie, gdy pisałem pracę magisterską i postanowiłem nauczyć się geometrii wykreślnej. Niegdyś był to przedmiot obowiązkowy na Akademii Sztuk Pięknych, niestety za czasów mojej edukacji na tej uczelni został kompletnie pominięty. Zrozumienie fundamentalnych zasad matematyki jest - moim zdaniem - rzeczą szalenie użyteczną i ważną w zawodzie projektanta. W związku z czym postanowiłem napisać książkę, która zawierała zestaw stworzonych przeze mnie - we współpracy z doktorem Bogumiłem Oświecimskim - podstawowych lekcji geometrii, autorskich ilustracji i opowiadań. Tam powstał mój własny język graficzny oparty właśnie o geometrię i dzięki temu możemy dziś mówić o Bezmiarze.

Odnoszę wrażenie, że to właśnie za Bezmiarem stoi twoja rozpoznawalność.

Trudno mi się do tego odnieść, ponieważ raczej potrafię rozpoznać swoją sztukę [śmiech].

 

Mówiąc o rozpoznawalności miałem na myśli popularność.

Mam nadzieję, że przynosi to jakąś wymierną popularność. Staram się być konsekwentny w tym, co robię i nie inspirować się obecnymi trendami. Trudna sprawa, ponieważ w projektowaniu siłą rzeczy grafik powinien podążać za tym, co modne.

 

Których z obecnych trendów unikasz?

Może nie tyle unikam konkretnych trendów, co raczej wejścia na utartą ścieżkę, którą podążają projektanci. Nikogo nie wymienię z nazwiska ani nie będę krytykować. Każdy ma swoją drogę, a masa projektantów tworzy fenomenalne rzeczy w obecnie popularnych stylach. Wydaje mi się, że każdy twórca powinien znaleźć własny język, przy czym mój stoi daleko od tego, co współcześnie podoba się innym ludziom. Mam nadzieję, że już niedługo [śmiech].

 

Ale twoje prace przecież podobają się odbiorcom. Chyba, że masz na myśli globalny zakres?

Moje prace podobają się różnym osobom, ale wydaje mi się, że wciąż jestem grafikiem niszowym. Ludzie najbardziej lubią rzeczy, które już znają. Przepadają za klasykami gatunków muzycznych, powszechnie docenianymi obrazami i tak dalej. Ja zdecydowałem się na tworzenie odmiennej grafiki i liczę na to, że szersza grupa odbiorców zacznie ją doceniać. Modnie tworzę w zleceniach komercyjnych.

 

Czujesz się niedoceniony? Twoje grafiki można było zobaczyć w gdańskim Plenum, a jeden z numerów magazynu Pismo zdobiła okładka twojego autorstwa.

Nie czuję się niedoceniony. Odczuwam, że ludzie zaczynają dostrzegać moją twórczość gdzieś na horyzoncie. Przykłady Pisma i Plenum są tego dobrym potwierdzeniem. Dają odbiorcom świadomość, że na rynku graficznym jest ktoś taki jak ja. Cieszy mnie, gdy mogę zbierać konkretne owoce swojej pracy wynikające z wcześniej wspomnianej konsekwencji.

Kiedy poproszono cię o wykonanie okładki dla Pisma, miałeś z góry narzucony koncept, który musiałeś obrać czy dostałeś pełną swobodę artystyczną?

Nikt niczego mi nie narzucał, co było bardzo budujące. Dostałem temat numeru oraz informacje odnośnie myśli, jakie grafika powinna przekazywać, ale nie zmuszono mnie do przekazania ich w żaden określony sposób. Wspominam współpracę z Pismem wyjątkowo ciepło. Na przestrzeni lat ozdabiały ten magazyn wyjątkowe dzieła wybitnych grafików i poczułem w związku z tym ogromny zaszczyt.

 

Twoje grafiki można było zobaczyć także w Plenum. Orientujesz się, czy w nadciągającym sezonie letnim również będziemy mieli taką możliwość?

Nie mam pojęcia. Chciałbym, żeby tak się stało, bo wystawy w Plenum stanowiły ciekawą kontrę do głośnego, imprezowego klimatu Ulicy Elektryków. Jeśli ktoś chciał odpocząć, mógł wpaść do Plenum, usiąść i obcować ze sztuką. Moim zdaniem to niesłychanie fajna i ważna opcja. Znając kreatywność oraz pomysłowość organizatorów przestrzeni, wierzę, że w tym roku będzie jeszcze lepiej.

Sporo odwiedzających robiło sobie zdjęcia na tle tych prac. Przyjemne uczucie?

Tak, chociaż jeśli mowa o sztuce, to jestem idealistą i część mnie podskórnie marzyła o tym, że ludzie będą przede wszystkim analizować moje grafiki i zastanawiać się, o co w nich chodziło. Większość skupiała się jednak na pomniku perskiego żołnierza z I wieku naszej ery, który kuca w bardzo charakterystyczny sposób...

 

A ludzie próbowali tę pozę na różnych zdjęciach odwzorowywać.

Zgadza się, ludzie próbowali naśladować pozę tej postaci, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało, był to - jakby nie patrzeć - wernisaż na imprezie. Kilka osób przychodziło jednak po to, żeby dokładnie zrozumieć przekaz całej pracy. To dało mi niesamowicie wiele przyjemności.

 

Na koniec zrobimy lekki zakręt, związany z twoją nieskrywaną miłością do black metalu. Jest jakaś okładka z tego nurtu, która zrobiła na tobie takie wrażenie, że sam chciałbyś być jej autorem?

Trudne pytanie, musiałbym się poważnie nad tym zastanowić. Mimo mojej fascynacji gatunkiem, z perspektywy grafika muszę przyznać, że blackmetalowe okładki przez długi czas nie były interesujące od strony warsztatowej. Niemniej bardzo przepadam za współczesnymi pracami zdobiącymi płyty z tego nurtu, głównie dlatego, że ich twórcy częstokroć inspirują się sztuką klasyczną, której jestem wielbicielem. Jeśli miałbym wybrać jedną okładkę, prawdopodobnie byłoby to "ION" zespołu Portal, autorstwa Zbigniewa Bielaka.

fot. Beata Sikora


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive