Skøv: Ludzie są zafiksowani na punkcie konceptu sukcesu

Brakuje mi w Polsce rasowego, lekko przaśnego rock'n'rolla. Po części niedosyt rekompensuje najnowsza EP-ka odrodzonego The Stubs, ale to tylko cztery numery. Naprzeciw oczekiwaniom wyszli wrocławianie ze Skøv, którzy na drugim albumie - "Family Feast" - zręcznie łączą punk rock z black metalem, a nad wszystkim czuwa duch hard rocka.

Łukasz Brzozowski: Uważacie się za zespół, który uczy się na własnych błędach?

Marcin Niewiadomski: Tak, zdecydowanie staramy się wyciągać wnioski z wszystkiego, co robimy.

 

Pytam o to w kontekście debiutanckiego albumu z 2019 roku, który sfinansowano za pośrednictwem zbiórki crowdfundingowej. Teraz tego nie zrobiliście, wzięliście do siebie pojawiające się tu i ówdzie krytyczne opinie?

Wszyscy byliśmy na zupełnie innym etapie w życiu, zarówno finansowo, jak i pod względem świadomości tego, jak bardzo wykorzystanie crowdfundingu będzie urazą dla uczuć muzycznych prawdziwków. Wiedzieliśmy, że chcemy wyprodukować pierwszą płytę tak profesjonalnie, jak się da, a to wiązało się z kosztami znacznie przekraczającymi studenckie możliwości. Jednocześnie czuliśmy wsparcie naszych najbliższych i dużą wiarę w to, że nasza muzyka ma potencjał, dlatego zdecydowaliśmy się na taki krok. Dziś już nie chcemy ani też nie musimy sięgać po takie rozwiązania. Abstrahując od szczegółów finansowych, inny moment życiowy, jak i zwrócenie na siebie zainteresowania pierwszą płytą pozwoliło nam podejść do najnowszego wydawnictwa w bardziej naturalny sposób.

Czyli jaki?

Dzisiaj nagrywanie "dobrej" muzyki to za mało, żeby została zauważona. Wtedy działaliśmy trochę po omacku, ucząc się wszystkiego, co wiąże się z funkcjonowaniem w zespole, nagrywaniem płyt, tworzeniem teledysków, wydawaniem, dystrybucją i tak dalej. Nadal się tego uczymy i mam nadzieję, że nigdy nie przestaniemy. Poprzez naturalność w tym procesie miałem na myśli wolność w skupianiu się na warstwie muzycznej i koncepcyjnej, dzięki świadomości, że mamy dla kogo to robić.

 

Przewidywaliście duży przypływ słuchaczy związany z premierą "jedynki", a następnie waszym tegorocznym albumem?

Nie wiem, czy ten przypływ był aż taki duży. Może w kontekście tego, że trzy lata temu zupełnie nie istnieliśmy i nie zaciągnęliśmy swoich słuchaczy za sobą z poprzednich projektów, walczyliśmy o nich, grając koncerty i starając się robić możliwie jak najlepsze rzeczy. Przewidywaliśmy, że "Family Feast" przyciągnie do siebie więcej nowych słuchaczy, bo jest zwyczajnie bardziej przemyślaną płytą.

 

Ostatnio na swoim profilu na Facebooku opisywaliście, o czym opowiadają utwory z "Family Feast". Nie jest to ograniczające w kontekście własnej interpretacji słuchaczy?

Nie, bo teksty na tej płycie nie są ukryte za jakimiś wysublimowanymi metaforami pozostawiającymi duże pole do interpretacji. Bardzo często ludzie nie skupiają się na dokopywaniu się do tekstów, możliwe, że przez melodyjność naszych utworów trafiamy też do wora muzyki słuchanej całkowicie w celach rozrywkowych, więc przekaz gdzieś się może gubić, a zależy nam na tym, żeby zwrócić na niego uwagę. Nie wydaje mi się, żeby wytłumaczenie zamysłu autora odciągało słuchacza od własnej refleksji.

Bardzo polubiłem tekst do "Necrocoacher". Jestem fanem absurdów związanych z tą branżą, a ostatnio odświeżałem różne paranoiczne wynurzenia Mateusza Grzesiaka. Też czujecie perwersyjną przyjemność wynikającą ze śledzenia takich szarlatanów, czy to jednorazowy strzał na potrzeby tekstu do piosenki?

Nie nazwałbym tego perwersyjną przyjemnością, raczej przykrą koniecznością, bo otacza nas to częściej, niż by się mogło wydawać i pochłania naprawdę wiele osób. Nie da się ukryć, że taka działalność najczęściej jest szkodliwa, ale podejrzewam, że w wielu przypadkach ci ludzie naprawdę wierzą, że pomagają. Chciałem podciągnąć te absurdy do kwadratu i zdziwiłem się, że okazało się to możliwe.

 

Naprawdę tak wiele osób wsiąka w coaching? Mam wrażenie, że szczyt popularności toksycznego coachingu w Polsce przypada raczej na przełom lat 2015/2016, a dziś jest jedynie melodią przeszłości.

Internetowa działalność coachów to szczyt góry lodowej i faktycznie po "duchowej przemianie" Roba Gryna straciliśmy sporo wholesome contentu. Ja bazowałem na doświadczeniu pracy w kilku firmach, w których za pomocą takich metod manipulacji rozmawiało się z pracownikiem i to jest dopiero przerażające.

 

Mówimy o korporacjach z młodym zespołem, owocowymi wtorkami i zawodowymi wyzwaniami?

Widzisz? Dość powszechne prawda? Ten nieszczęsny coaching w kontekście całej płyty jest dygresją, symbolem fiksacji ludzi na punkcie konceptu "sukcesu", który wydaje się być bardziej realny niż szara rzeczywistość.

Odnoszę wrażenie, że sukces definiowany jako bycie przezroczystym, idealnym i ułożonym aż do przesady jest wręcz nieludzki, a przecież w dzisiejszych czasach jesteśmy zasypywani tym z każdej strony.

Nie tylko w dzisiejszych czasach. Wydaje mi się, że zawsze tak było, tylko dziś dysponujemy środkami przekazywania informacji, które są intensywniejsze niż kiedykolwiek. To skutecznie odwraca uwagę od rzeczy, które mają znacznie większy i realny wpływ na nasze życie.

 

Czujecie albo czuliście kiedykolwiek niezdrową presję osiągnięcia ideału jako zespół?

Nie, nie jest to możliwe, taki ideał nie istnieje. Muzyka to nie zawody, a jedyną presją, jaką odczuwamy jest ta, którą sami sobie nakładamy, żeby tworzyć w zgodzie z sobą i ze świadomością, że zrobiliśmy wszystko, aby było to jak najlepsze. Nie ma to jednak nic wspólnego z ideałem.

 

W numerze "Family" opowiadacie o nostalgii za latami 90. Sądzicie, że było wtedy lepiej niż jest teraz?

Zależy od tego, co zdefiniujesz jako lepiej. W kontekście tego, że jako dzieciaki przejmowaliśmy się jedynie tym, czy na dobranockę będzie "Tabaluga" czy "Muminki", jak najbardziej. To jest jednak zupełnie subiektywna nostalgia za wczesnym dzieciństwem. Obiektywnie na stwierdzenie, jakie czasy są lepsze wpływa zbyt wiele rzeczy.

Jakie na przykład?

Układ geopolityczny, świadomość ekologiczna, poziom produkcji zanieczyszczeń i tak dalej. Wiele elementów może na to wpływać, łącznie z przekonaniami oceniającego słowo lepiej. W "Family" skupiliśmy się na błogiej nieświadomości istnienia tych problemów.

 

Kiedy rekomendowałem dobremu kumplowi "Family Feast", powiedział, że wyłapuje na tej płycie mnóstwo street punka. Zgodzilibyście się z tym?

Czasami mam wrażenie, że jesteśmy zespołem miliona gatunków, co jest zastanawiające, bo gramy dość proste rzeczy. W każdym razie jako black'n'rollowy nu-black-metalcore i tak dalej, cieszymy się że kolega znalazł na "Family Feast" jeszcze trochę street punka.

 

Skøv wystąpi na Soundrive Festival 2021, który odbędzie się w dniach 10-15 sierpnia. Więcej informacji TUTAJ.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive