Gosha Savage/MFC Młody Bóg: Lubimy nazywać piosenkami wszystko, co robimy

Dzisiejsza scena alternatywna ma do zaoferowania bardzo wiele w kontekście muzyki ambitnej i poszukującej. Niezależnie od tego, czy mówimy o przeobrażających się odmianach rocka, kakofonicznym jazzie, czy najróżniejszym formach elektroniki. W ostatniej z tych dziedzin świetnie realizują się Gosha Savage i MFC Młody Bóg, a efekt ich współpracy to album "Frekfencje".

Łukasz Brzozowski: Gosia, czy w zgodzie ze swoim artystycznym pseudonimem faktycznie jesteś savage?

Gosha Savage: Oho, zaczynamy. Sam pseudonim nie ma głębszego znaczenia, to po prostu gra słów wynikająca z tego, że nazywam się Gosia Sawicz. No i jest international - to ważne.

 

Pytam, bo efekt waszej współpracy łączy się z definicją słowa savage. Wasza muzyka trochę wpada w ucho, a trochę balansuje na granicy słuchalności. Planowaliście to czy wszystko działo się instynktownie?

MFC Młody Bóg: Spotkaliśmy się na jam session po tym, gdy namierzyłem w otchłani Soundclouda jeden z numerów Gosi, który przypadł mi do gustu. Już podczas jamu zarejestrowaliśmy luźny efekt tego, co we dwoje stworzyliśmy na syntezatorze i tak poszło to dalej. Mamy dosyć podobne preferencje, jeśli mowa o odbieraniu tego typu muzyki, więc wzięliśmy pod skalpel nasze pomysły i zrobiliśmy z nich cały materiał. A co do sedna pytania, to nie planowaliśmy absolutnie niczego. Nasze numery powstają na żywo i wszelkie zmiany wychodzą dopiero później.

 

GS: Nasza wizja tworzenia już na wczesnym etapie istnienia projektu okazała się bardzo spójna i szybko złapaliśmy wspólny język. Dzięki temu wszystko wyszło naturalnie i bez problemów. Dopieściliśmy całość, zadbaliśmy o brzmienie, ale zostawiliśmy też pewne niedociągnięcia, by zachować nieco naturalnej spontaniczności - to czyni ten album bardzo luźnym.

 

MFC: Tak, "Frekfencje" to dosyć luźna rzecz. Wierzę, że dopiero nasze kolejne materiały będą naprawdę savage.

Lekkie podejście, z przymknięciem oka na mikrobłędy dało pewną swobodę w procesie tworzenia, ale czy coś wam odebrało?

MFC: Jak to w życiu bywa - coś za coś. Przy tworzeniu albumu spodobała mi się przede wszystkim jego niejednorodność. Trudno jakkolwiek sklasyfikować stylistycznie materiał z "Frekfencji", co daje mi jakąś satysfakcję. Mówimy o muzyce mocno eksperymentalnej, więc nie staraliśmy się w nic wpasowywać. To bardzo fajna odskocznia od moich pozostałych projektów.

 

GS: Ta płyta jest świetnym lekiem na mój perfekcjonizm. Gdyby nie MFC, "Frekfencje" pewnie w ogóle nie ujrzałyby światła dziennego, bo cały czas próbowałabym coś zmieniać i poprawiać, aż w końcu bym to porzuciła.

 

Czy z racji tego, że "Frekfencje" są dla was skokiem w bok, traktujecie je mniej poważnie niż to, co robicie na co dzień?

MFC: Nic z tych rzeczy. Obydwoje spędziliśmy dużo czasu nad miksem, projektem graficznym, klipem - podeszliśmy do tego poważnie. Mam w sobie coś takiego, że lubię się starać. Nawet przy największych głupotach dbam o detale, co w konsekwencji owocuje powstaniem czegoś przyjemnego.

 

GS: W powstanie "Frekfencji" włożyłam tyle samo energii i zaangażowania emocjonalnego, co w projekty solowe. Jedyny aspekt, który - można by powiedzieć - potraktowałam mniej poważnie to wizerunek.

W kontekście tego, jak bardzo eksperymentalny jest wasz album ciekawi mnie, czy narzuciliście sobie jakiekolwiek granice przy jego tworzeniu? Pojawił się moment, w którym stwierdziliście, że coś zabrnęło za daleko?

GS: Nie. Później oczywiście zaczęliśmy całość lekko modyfikować, głównie na etapie miksowania, ale granic sobie nie stawialiśmy. To jest właśnie super w tworzeniu muzyki na żywo - pojawia się jakiś motyw i lecimy za nim.

 

MFC: Jedyne ograniczenia, jakie się pojawiły to nasza wiedza w zakresie inżynierii dźwięku i teorii muzycznej.

 

GS: Tak, chociaż biorę to jako jeden z plusów. Myślę, że przesadna analiza może odebrać pewien urok, a w kontekście wypowiedzi MFC dodam też ograniczenia sprzętowe. Czasami graliśmy jednocześnie na dwóch instrumentach, więc tego trzeciego nie miał już za bardzo kto obsłużyć.

 

Mike Patton powiedział kiedyś, że do napisania utworu może go zainspirować nawet dźwięk jadącej windy, bo to jakaś forma eksperymentu i przekraczania własnej strefy komfortu. Macie podobnie?

MFC: Muszę przyznać, że nawet podczas wykonywania codziennych czynności albo w trakcie snu do głowy wpadają mi różne pomysły. Od tekstowych aż po związane z konceptem brzmieniowym. Z muzyką jest jak z kartką A4 - ogranicza cię tylko jej rozmiar i nic więcej. Od ciebie i ewentualnie twojego głośnika zależy, ile i co chcesz usłyszeć, a dźwięk jest przecież wszędzie.

 

GS: Ja zawsze jestem wyczulona na dźwięki w otaczającej mnie przestrzeni. Mam czujny słuch, ale ciężko mi powiedzieć, czy stanowi to dla mnie źródło inspiracji. Może czasem barwy tych brzmień, ale to tyle. W ogóle nie uznałabym siebie za osobę siedzącą przy biurku i pracującą nad muzyką w trybie zadaniowym. Raczej pozwalam, by wszystko wypłynęło podczas tworzenia - najpierw zaczynam grać, a później pojawia się pomysł, nie na odwrót.

Nazwalibyście zawartość "Frekfencji" piosenkami? Bo trudno tu o typowo piosenkowe schematy czy struktury.

GS: Lubię nazywać piosenkami wszystko, co robię. Jakie warunki trzeba spełnić, by własny utwór nazwać piosenką?

 

MFC: Chyba powinno móc się go łatwo zanucić? Wiesz, intro-zwrotka-bridge-refren-outro. Chyba "Teen YouTube Drama" można nazwać piosenką, brzmi najładniej z całej płyty.

 

Dobrze, że wspomnieliście o "Teen YouTube Drama", ponieważ chciałem poruszyć wątek tytułów utworów. Celowo uczyniliście je tak abstrakcyjnymi?

GS: Tytuły tych kawałków powstały raczej na bazie luźnych skojarzeń wywołanych ich brzmieniem. Co prawda trochę je modyfikowaliśmy w międzyczasie, ale mimo wszystko podejście było spontaniczne.

 

MFC: W projekcie tego typu tytuły utworów są jedną z najmniej istotnych rzeczy. No może poza singlami. Szczerze mówiąc, to każdy kawałek mógłby mieć przypisany numer, ale wiadomo - tytuł jest tytułem. Łatwiej wpada w ucho i podoba się ludziom.

 

Skoro tytuły nie są najistotniejszym elementem waszej muzyki, to chyba nadszedł odpowiedni moment, by zapytać, co nim właściwie jest?

MFC: Postawiłbym przede wszystkim na zabawę i proces twórczy - to wszystko jest taką przyjemną łamigłówką dla muzycznych nerdów.

 

GS: U mnie byłby to ogólny feeling i odczucie nieco innej rzeczywistości. Podczas nagrywania, jak i słuchania "Frekfencji" od deski do deski, miałam w głowie parę scen. Ciekawi mnie, czy słuchacze będą mieli podobnie. Poza tym, tak jak mówi MFC, robienie tej muzyki daje nam olbrzymią radość, polecam każdemu.

Skoro poruszyliśmy wątek tytułów, zapytam, czy macie ulubioną dramę na YouTube? Temat zawsze aktualny, a jest w czym wybierać.

GS: Mówiąc zupełnie szczerze, nie śledzę specjalnie youtube'owych dram [śmiech]. Ostatnio trafiłam na jakieś filmiki związane z patostreamingiem, ale bardziej mnie to smuci niż bawi. Wolę się w to nie angażować, wolę dramy z własnego życia.

 

MFC: Też nie jestem na bieżąco z całym tym nurtem. Co najwyżej rzucę czasami okiem na nagłówki artykułów opisujących całe bagienko związane z polskim rapem, ale to tylko tyle. Jeśli śledzisz tych ludzi od youtube'owych dram, karmisz ich wyświetleniami i innymi zyskami, a ja nie chcę tego robić.

 

fot. mat. zespołu (1), Zuzia Nowak (2), Paulina Litaniuk (3), mat. zespołu (4)


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive