Spięty: Nie ma sensu uprawianie gatunku, który jest ściśle określony

Lao Che utknęło w limbo - niby zakończyło działalność, ale wciąż ma do odegrania szereg pożegnalnych koncertów, na zrealizowanie których nie pozwala pandemia.

Spięty nie zamierzał jednak czekać z otworzeniem nowego rozdziału do zamknięcia poprzedniego, właśnie wydał drugi solowy album, a więcej na jego temat, na temat death metalu, subkultur czy "quasi-rapu" dowiecie się z poniższej rozmowy.

 

Jarosław Kowal: Wiem, że death metal odegrał w twoim życiu istotną rolę, ale czy podobnie było z black metalem, do którego nawiązujesz w tytule "Black Mental"?
Hubert Dobaczewski: Wiadomo, skąd zaczerpnąłem ten tytuł - z Venom. Każdy, kto interesował się metalem w pierwszej połowie lat 90., znał tę płytę i ja też ją znam, chociaż muszę przyznać, że nigdy nie byłem fanem tego zespołu i black metalu też nie. Coś tam oczywiście liznąłem, słuchałem Emperor czy Burzum, ale dotarło to do mnie dość późno, wolałem wtedy słuchać grindcore'u, jeśli chodzi o dalsze kroki związane z penetrowaniem metalu, czyli okolice roku 1993, do roku 1995.

W informacji prasowej sięgnięcie po metal wyjaśnione jest słowami: To gatunek, który niegdyś zbłąkanego przygarnął jako pierwszy. Padło słowo gatunek, ale mam wrażenie, że chodziło o subkulturę - dzisiaj to już pojęcie właściwie archaiczne.
Na pewno na jakimś etapie subkultury zaczęły się bardzo zazębiać. Kiedy byłem metalowcem, w naszym gronie nie słuchało się na przykład punk rocka, a wręcz się go kontestowało. Punkowcy mieli to oczywiście w dupie i śmiali się z metalowców, a czasami ta niechęć rozwijała się do tego stopnia, że dochodziło nawet do bójek. Granica była wyraźnie zarysowana, a w tej chwili ludzie znacznie rzadziej dzielą. Często jest tak, że ktoś słucha metalu, do tego hip-hop, jeszcze elektronikę i dobrze się w tym wszystkim odnajduje.

 

Pamiętasz, jakie były reakcje wśród twoich znajomych, kiedy postanowiłeś przerzucić się na inną muzykę? Subkultury potrafią otoczyć niemal rodzicielską opieką, ale nierzadko zdrada wspólnie ustalonych wartości czy ideałów jest karana wykluczeniem.
Jak ktoś siedział w metalu czy grał metal - podobnie jak ja - to doskonale wie, że nawet wewnątrz subkultury funkcjonował podział na tak zwanych "true maniaków" i pozerów. A już całkowite wyjście z metalu oznaczało przepadnięcie w czeluści. Subkultury są zamknięte i - nawiązując poniekąd do mojej płyty - stanowią element systemowy. Mają jasno wytyczone granice, poza którymi rozpościera się ziemia niczyja albo pole minowe.

 

Death metal jeszcze nie umarł (podcast)

 

Mnie to aż tak bardzo nie dosięgnęło, kiedy zaczynałem grać z Lao, nie obserwowałem tego, co było już za mną. Metal po prostu się we mnie skończył. Nadal mam do niego słabość i chociaż nie jestem na bieżąco, mam sentyment i czasami puszczę sobie Carcass, Morbid Angel, Deicide czy Vadera albo sprawdzam nowy klip Cannibal Corpse. To są zespoły, które kiedyś bardzo lubiłem. Nie wydaje mi się jednak, żeby wiele w death metalu zmieniło się. Może jest zagrany jeszcze bardziej technicznie niż dawniej. W pierwszej połowie lat 90. było to natomiast coś naprawdę nowego, opartego na oddolnych inicjatywach, zinach, krążących w środowisku kasetach. Nie mam zdania na temat obecnego stanu, bo nie siedzę w tej muzyce aż tak mocno jak kiedyś, ale z mojej perspektywy nie jest już tak świeża.

Na "Black Mental" rapujesz czy - jak sam mówisz - quasi-rapujesz. Ktoś mógłby powiedzieć, że to koniunkturalizm, bo przecież teraz wszyscy rapują, ale to również pewnego rodzaju powrót do korzeni, bo quasi-rapowałeś już ponad dwadzieścia lat temu, w zespole Koli.
Próbowałem to robić na swój sposób. Kiedy grałem death metal, byliśmy zachłyśnięci jego amerykańską odsłoną, rzeczami typu Cannibal Corpse, brutalnym, prymitywnym graniem. Byliśmy sprofilowani - graliśmy po prostu pod Cannibala. Później, kiedy szukaliśmy innych rozwiązań w ramach Koli albo Lao, chciałem zaczerpnąć tylko jakiś element inspirującego mnie gatunku. Przy Koli to był rap, ale nie mogę powiedzieć, że byłem czy jestem raperem. Po prostu podobają mi się niektóre rozwiązania w tej muzyce, pociągają mnie i próbuję przepuścić je przez własny filtr i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Nie będę przecież robił z siebie na siłę rapera. Najgorsze rozwiązanie w muzyce czy w ogóle w sztuce to kopiowanie kogoś. Wolę zaryzykować i szukać autorskich rozwiązań, co czasami wychodzi lepiej, a czasami gorzej. Może się to wydawać koniunkturalne w tym sensie, że jeśli chodzi o muzykę zbuntowaną czy popularną, to rap faktycznie jest na fali. Nie będę go jednak z tego powodu unikał. Lubię rap, słucham go od wielu lat i przesiąkam nim. Nie znaczy to jednak, że będę się napinał, nazywał siebie raperem i nie znaczy to, że zostanę z tym gatunkiem na zawsze.

 

Pewnie masz świadomość tego, że to nie jest album, którego słuchałby stereotypowy odbiorca Palucha albo KęKę. To rap dla tych osób, które nie czują przywiązania do żadnego z gatunków, raczej dla odbiorców Łony i Webbera albo L.UC.
Być może. Znam ksywki Paluch i KęKę, ale nigdy nie słyszałem żadnych dokonań, bo akurat w polskim rapie nie szukam inspiracji. Najbardziej podoba mi się Koza, to artysta, który przyciąga moją uwagę i beatem, i słowem, i całym swoim statementem. Kwestia gatunku nie jest jednak aż taka ważna. Mam parę lat na karku i nie będę się do żadnego z nich przyklejał, nie będę zmieniał się jak kameleon. Próbuję nie dzielić muzyki, a jak już, to tylko na lepszą i gorszą, przy czym to, co dla mnie będzie lepsze, dla kogoś innego może być do dupy - to zrozumiałe. Własną muzykę staram się tworzyć tak, żeby określała mnie, moje fascynacje i inspiracje.

A gdyby nadarzyła się okazja wystąpienia dla tej najbardziej zatwardziałej publiczności hiphopowej, nietolerującej trapu czy innych współczesnych "dziwactw", zaryzykowałbyś?
Dlaczego nie? Nie można z góry zakładać, że ludzie nie są otwarci. Odnosząc się do mojej muzycznej przeszłości i prób dookreślenia tego, co robiłem razem z Koli - to była fascynacja rapem, ale nie byliśmy raperami. Staraliśmy się robić wszystko po swojemu i absolutnie nie uzyskaliśmy rapowej weryfikacji. Jeździliśmy na jakieś rapowe festiwale, ale nosiliśmy koszulki Morbid Angel, Vadera czy Slayera i określano nas na przykład jako pojebów w martensach. Gdzieś tam jednak się ten zespół zaznaczył i swoją publiczność miał. Na koncerty przychodzili i metalowcy, i punkowcy, i hiphopowcy, więc udało się nam stworzyć coś nowego. Traktowałem to jako próbę wyłamania się z gatunku, co zawsze wydawało mi się warte walki, bo nie ma dla mnie sensu uprawianie gatunku, który jest już ściśle określony. Wolę zaryzykować i wyłamać się.

 

Zarówno metal, jak i rap to muzyka buntu, stojąca w kontrze do kultury dominującej, ale często im starsi są ich dawni pasjonaci, tym mniejsze czują do nich przywiązanie i mniejszą potrzebą buntu. Ty nadal coś takiego odczuwasz?
Określiłem tę płytę jako traktującą o szeroko pojętym systemie, który jest dla mnie męczący, ale sięgnąłem po takie treści akurat teraz, bo odpowiada to sytuacji na świecie. Widzę wyraźnie, jak to wszystko funkcjonuje i jestem tym zirytowany, a z drugiej strony sam też stanowię część systemu, z jeszcze innej strony tworzę nawet pewne własne systemy. Tak naprawdę zastanawiam się nad tym, jak to jest, że ludzie łażą po tej Ziemi, próbują indywidualnie żyć, ale łączą się w masy, a później i tak wszystko się psuje. Jedni wpływają na drugich, próbują nimi manipulować, a inni poddają się, są podatni na te manipulacje. Idzie mi teraz czterdziesty siódmy rok życia, więc nie jestem młodym buntownikiem, ale przyszły do mnie takie rozważania i dałem się im ponieść.

Swoje miejsce w społeczeństwie widzisz bardziej na margines czy bardziej w centrum?
Wszystko zależy od kontekstu. Z jednej strony nie jest mi obojętne to, że jestem Polakiem, ale wiele zależy od tego, jak rozumie się polskość, przynależenie do narodu czy do społeczeństwa. To, że jestem Polakiem traktuję jako rzecz wtórną - przyszło mi żyć akurat w tym miejscu na Ziemi i jestem przez to określony, ale czuję się przede wszystkim istotą ludzką, myślącą, czującą... Nie ma znaczenia, z jakiej części świata pochodzę. Tworzę jakieś grupy - zespoły, rodzinę - w jakiś sposób wiążę się z publicznością, więc z jednej strony ciągnie mnie do społeczeństwa, a z drugiej chciałbym siebie określać jako indywidualistę i tak się w tym gubię. Nie wiem, czy przyjdzie mi kiedyś poukładać to wszystko w sobie, chyba nie. Nie martwi mnie to jednak i nie zasmuca. Im starszy jestem, tym bardziej czuję, że tak powinno być.

 

Teksty na "Black Mental" są aktualne i współczesne, ale jeżeli odjąć nawiązania popkulturowe, to mam wrażenie, że byłyby zrozumiałe sto lat temu i za kolejne sto również będą. Wiele się oczywiście zmienia, nie palimy już ludzi na stosie, ale w gruncie rzeczy wciąż zmagamy się z tymi samymi problemami.

Okazuje się, że właściwie tak i tak chciałem te teksty napisać. Byłem poirytowany tym, co teraz się dzieje, współczesny system jawi mi się jako hydra, którą jestem już zmęczony, ale chciałem też nadać tym tekstom niewspółczesnego wymiaru, dzięki czemu ta płyta nie straciłaby na aktualniści za kilka lat, kiedy świat pod względem społeczno-politycznym przesunie się w inne miejsce. Zależało mi na tym, żeby napisać coś w miarę uniwersalnego, a pointa jest taka, że na przestrzeni stuleci wszystkie te systemy wyglądają podobnie. Taka jest po prostu natura ludzka, że wpadamy w pewien rodzaj zależności systemowej, w ramach której jedna strona chce zdominować drugą.

Inaczej pisało się teksty na ten album od tekstów, które pisałeś na albumy Lao Che? Pierwsze, co natychmiast można wychwycić to liczba wersów - w przypadku "Black Mental" bez porównania wyższa.
Historia tego sposobu pisania jest prosta - przez lata działania w Lao chciałem jako tekściarz określać siebie w dość subtelny sposób, budować krótsze teksty, ale z jak największa ilością treści. Kiedy zdecydowałem się na tę płytę i wiedziałem, że chcę bawić się rymem i quasi-rapować, czułem konieczność skręcenia w innym kierunku. Nie potrafię freestyle'ować, buduję teksty tak samo, jak budowałem je dotąd, czyli często łączę dwa wyrazy w taki sposób, że mają kilka znaczeń na różnych płaszczyznach - taki mam styl, tak lubię pisać i dlatego nowe teksty są tak bardzo naładowane. Z tego samego powodu musiałem dokonać mariażu śpiewania czy quasi-śpiewania z rymowaniem czy quasi-rymowaniem, bo gdybym cały czas jechał szesnastkami, to trochę by mnie to męczyło. Wtedy byłoby to naprawdę przeciążające, chociaż dochodzą do mnie sygnały, że ta płyta i tak jest naładowana informacjami. Wydaje mi się jednak, że ten chaos pasuje do płyty, która dotyczy szeroko rozumianego systemu. Ilość treści pasuje do tego tematu.

 

Na pierwszym solowym albumie były qusi-szanty, na drugi quasi-rap, masz pomysł, co mogłoby trafić na trzeci?
Mam pomysł, ale jeszcze chyba za wcześnie, żebym o tym mówił, bo spaliłbym temat. Muszę pochodzić wokół niego i zastanowić się. Na pewno będzie to podobne do wszystkiego, co dotąd robiłem, czyli niedorobiony rap, niedorobione szanty... Niedorobione w tym sensie, że są próba pójścia pod prąd. Nie wiem, czy mi to wyjdzie, nie wiem, czy wyszło mi to, co robiłem wcześniej - nie mnie to oceniać. W każdym razie jeżeli nagram trzecią płytę pod szyldem Spięty, to na pewno będzie inna.

Ale to nie będzie quasi-death metal?
[śmiech] Nigdy nie wiadomo.

 

fot. Oskar Szramka


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive