Caren Coltrane Crusade

Za nazwiskiem Coltrane stoi oczywiste muzyczne skojarzenie, ale Caren nie jest zaginioną wnuczką Johna i Alice, która postanowiła rozpocząć karierę w Trójmieście.

Jej krucjata nie ma nic wspólnego z jazzem, a ona sama właściwie nie istnieje, została zaczerpnięta z utworu „Karen Koltrane” Sonic Youth, lecz ten trop jest równie zwodniczy. Muzykę tercetu łatwiej usytuować geograficznie niż gatunkowo, czuć w niej skandynawski chłód ze szczególnym uwzględnieniem charakterystycznego brzmienia „Kraju Lodu”.

Po pierwszym kontakcie z „The Bell” natychmiast sprawdziłem, czy nie jest to zbiór remiksów mało znanych utworów Björk. Tak specyficzna barwa może zdawać się niemożliwa do podrobienia i chociaż po kilkunastu kolejnych przesłuchaniach albumu nie mam wątpliwości, że Marzena Wrona dysponuje autorskim stylem emitowania głosu, fani islandzkiej wokalistki mogą odnaleźć w twórczości Caren Coltrane Crusade wiele interesujących naleciałości. Doskonałym przykładem jest utwór „Paradise Days”, gdzie pojawia się zarówno znajome vibrato, wokaliza, jak i gwałtowne przyjścia od wysokich tonów do gardłowych zrywów. Ktoś prędzej czy później napisze o Marzenie per „polska Björk” i nikt zwabiony taką zachętą nie powinien poczuć zawodu, choć pod banalną łatką kryje się znacznie więcej.

Kiedy zapytałem liderkę zespołu o inspiracje, przyznała, że skandynawska muzyka jest jej bliska, ale nie najbliższa. „Piosenki na obecną płytę powstawały bardzo dawno, a wtedy słuchałam dużo takiej muzyki” - stwierdziła. Na szczęście internet nie zapomina i wczesne aranżacje niektórych kompozycji (na przykład „Trace of Human”) można odnaleźć w serwisie Soundcloud. W całości elektroniczne, sygnowane wyłącznie nazwiskiem artystki, już na tym etapie zdradzały olbrzymi potencjał, ale dopiero nawiązanie współpracy z perkusistą Piotrem Abrahamem oraz gitarzystą Markiem Kaczerzewskim tchnęło w nie niezwykły nastrój. „Te piosenki są zbieraniną wszystkiego, co robiłam przez ostatnie pięć-sześć lat - opowiada Marzena. - W zasadzie zaczęłam je pisać jeszcze jakoś w gimnazjum. Każda piosenka ma tak naprawdę po dziesięć różnych wersji [śmiech]. Jakiś rok temu poznałam Piotrka i Marka, nie myśleliśmy od razu o zabieranie się za moje piosenki, ale im się podobały, więc stwierdziliśmy, że to dobre na początek”.

Po kilkuletnich przygotowaniach bazy materiał na album został szybko oszlifowany, a jego efektem jest osiem kompozycji pod wspólną nazwą „The Bell”. Całość otwiera wspomniane „Trace of Human” z najbardziej „organiczną” perkusją, jaką można w tym zbiorze usłyszeć. Wespół z „The Bells” podziałało na mnie jak wabik, mimo że na tym etapie jeszcze nie miałem wyraźnej wizji zespołu, z którym przyszło mi się zmierzyć. Przełom nastąpił w niepokojącym „The Kitchen Table”, gdzie trio wykorzystuje w pełni swoje możliwości. Podstawą jest tu motoryczny rytm wpierw zbudowany wyłącznie na syntetycznych dźwiękach, z czasem stopniowo podsycany przez gitarę. Kompozycyjnie jest to zdecydowanie najciekawszy fragment „The Bell”, ale nader wszystko stanowi pokaz mocy niezwykłego głosu. Korzystanie z szerokiej palety wokalnych zasobów w jednej piosence to ryzykowne posunięcie - przesytem łatwo zabić nawet najlepszy pomysł wyjściowy (o czym najlepiej wie skacząca z oktawy na oktawę Mariah Carey), ale Marzena potrafi mądrze rozplanować dźwięki w czasie. W okolicach „Wars” zacząłem się jednak zastanawiać, czy da się tę muzykę odtworzyć podczas koncertów. Okazuje się, że tak.

„Instytut Spraw Wszelakich to najmniejsza scena, na jakiej graliśmy - opowiada o koncertowych doświadczeniach Marzena. - Fakt, że siedziałam na podłodze i nie mogłam się poruszyć to nie było żadne efekciarstwo [śmiech]. Graliśmy raz na bardzo dużej scenie na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, ale wydaje mi się, że był to raczej niewypał. Głównie ze względu na to, że postanowiłam przyjechać tam z gorączką i super zachrypniętym gardłem. Najlepszą opcją na koncerty dla nas są sceny średniej wielkości. W hali w Szczecinie wydawało mi się niekorzystne, że akustyka sali przynosiła ogromne echo. W małych pomieszczeniach nie jest trudno grać, nie trzeba wtedy dodatkowych odsłuchów. Kameralność nam nie przeszkadza, bardziej statyczność na takich małych scenach”.

Mimo że „The Bell” na chwilę obecną istnieje wyłącznie pod postacią plików, podczas koncertów pojawiają się już nowe utwory, według słów Marzeny żywsze i dynamiczniejsze. Muszą one jednak poczekać ze studyjną obróbką, bo priorytetem dla zespołu jest wytłoczenie debiutu, a o wsparcie zwrócili się bezpośrednio do fanów. Każdy może być mecenasem pierwszego krążka Caren Coltrane Crusade za pośrednictwem crowdfundingowej platformy MegaTotal, a w mojej opinii jest to materiał wart uwiecznienia na trwałym nośniku. „Na pewno chcemy pisać nową muzykę, koncertować gdzie się da i zrobić wszystko, żeby »The Bell« zostało wydane - zapowiada Marzena. - No i zobaczymy, gdzie nas wiatr poniesie”.

tekst:Jarosław Kowal


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive