Emptiness: Te dźwięki są naprawdę dziwne i niepokojące

Ewolucja brzmienia przynosi różne skutki, czasami kończy się kompromitacją, ale zawsze stanowi o twórczej odwadze i myśleniu pozbawionym szablonowości.

Emptiness z Belgii przebyło długą drogę. Ich blackmetalowe początki nijak mają się do frapującego trip-hopu, który prezentują na najnowszym krążku, "Vide". O nim i o różnych aspektach tworzenia muzyki rozmawiam ze śpiewającym basistą, Jeremie Bezierem.

 

Łukasz Brzozowski: Często odczuwasz ironię losu na własnej skórze?

Jeremie Bezier: Tak, jak najbardziej. Wraz z wiekiem coraz częściej się nad tym zastanawiam. Ilość niefajnych spraw, które mnie spotykają - wszelkie życiowe absurdy i inne tego typu zdarzenia - każe przemyśleć, czy to jeszcze przypadek, ironia losu, czy może przeznaczenie? Kiedy byłem młodszy i miałem na wszystko wywalone, usprawiedliwiałem to zbiegiem okoliczności, ale teraz poważnie rozkminiam wszelkie opcje [śmiech].

 

O jakich życiowych absurdach mówisz?

Trudno wymienić cokolwiek bez przygotowania, wszystko może być absurdem. Cała moja poprzednia wypowiedź straciła teraz na znaczeniu, ale co poradzić...

Zacząłem od tego tematu, ponieważ nazywacie się Emptiness i wydajecie nowy album w dobie szalejącej pandemii, gdzie wszelkie sektory życia towarzysko-biznesowego zdają się upadać. Nie uznajesz tej zbieżności jako dziwnie adekwatnej w obecnych czasach?

Zgadzam się, jest w tym coś, co określiłbym wysmakowanym chichotem losu. Mimo tego, szyld Emptiness ma dla nas naprawdę duże znaczenie. Wiele kapel nadaje sobie fajne nazwy, by ładnie prezentować się w prasie i na plakatach festiwali muzycznych. W naszym przypadku jest to kwestia całego podejścia, ta pustka jest czymś, co próbujemy osiągnąć jako muzycy. To słowo może oznaczać wszystko, może oznaczać też nic i rezonuje zupełnie inaczej we wnętrzu każdego z nas. Już samo to stanowi naprawdę pokaźne źródło inspiracji. Łączy się to z twoim pierwszym pytaniem, bo znowu dochodzimy do mnogości absurdów, jakie oferuje nam życie. Wydaliśmy płytę w dobie pandemii, a gdy zaczynaliśmy nad nią pracować jakiś czas temu, nikt nie myślał o żadnym wirusie i zamykaniu świata na cztery spusty. Jeśli zaraz po naszej rozmowie otworzy się niebo i jakaś istota wyższa zniszczy Ziemię na kawałki, nie będę specjalnie zaskoczony.

 

Ta pustka wchłania was coraz bardziej z każdym kolejnym albumem?

W jakiś sposób mogę się z tym zgodzić. Z każdą następną płytą stajemy się coraz lepszym zespołem, a każdy z nas wzbogaca swój kompozytorski warsztat o kolejne cenne umiejętności. Widać to zwłaszcza na trzech ostatnich wydawnictwach, gdzie w pełni uchwyciliśmy to, na czym nam zależy - patrząc zarówno od strony pisania numerów, tekstów, jak i całego image'u oraz towarzyszącej nam otoczki. Od samego początku postrzegaliśmy Emptiness jako przygodę - a zespół założyliśmy przecież będąc gówniarzami - i ta przygoda nadal trwa. Zmiany zmianami, ale esencja naszej grupy nie uległa przeobrażeniu. To nasz sekret - niezmienna formuła wzbogacana o nowe, niespotykane rzeczy.

 

Na waszym profilu na Facebooku opisujecie się jako zespół grający ponuracki pop i muszę jednocześnie przyznać, że na "Vide" atmosfera beznadziei jest wyraźniejsza niż na waszych wcześniejszych wydawnictwach.

Tak wyszło, że nasza muzyka emanuje negatywną, stopniowo narastającą atmosferą. Podświadomie czujemy komfort i pewność siebie przy komponowaniu właśnie takich dźwięków. "Vide" jest również bardziej dziwaczna od naszych poprzednich płyt, czuć w niej niepokój, strach. Dodatkowo brzmi dosyć delikatnie, co stanowi ciekawy kontrapunkt względem jej charakteru i trudniej ją opisać od strony gatunkowych szufladek. Te wszystkie elementy wprawiają w poczucie zagubienia, a wrażenie jest pogłębiane przez dominujący w warstwie tekstowej mrok.

Może "Vide" jest łagodniejszą płytą niż poprzedniczki, ale pokusiłbym się o stwierdzenie, że dużo intensywniejszą emocjonalnie.
Cieszy mnie, że to mówisz, bo właśnie taki efekt staraliśmy się osiągnąć. Ta płyta jest skryta - musisz porządnie się z nią osłuchać, by wyłapać wszystkie smaczki, które początkowo wydają się rozmyte w dźwiękowej magmie. Gdy już wszystko zmiksowaliśmy i słuchaliśmy gotowego materiału, początkowo przeraziła mnie jego łagodność. Musiałem bardzo dokładnie i w pełnym skupieniu przebrnąć przez całość i jakoś się z nią oswoić. Nie spodziewałem się po sobie takiej muzyki.

 

Mieliście obawy, że ludzie nie zrozumieją waszej wizji?

Nie nazwałbym tego obawami. Powiedziałbym raczej, że byliśmy ciekawi, czy ludziom ta płyta się spodoba, jak ją odbiorą. Ale na pewno nie przejmowaliśmy się. Gramy na własnych zasadach, czy to się komuś podoba, czy nie. Na "Vide" osiągnęliśmy szczytowy etap tego podejścia. Nagraliśmy ten krążek tylko i wyłącznie dla siebie. Nic, co na jego potrzeby ułożyliśmy nie było podyktowane zewnętrzną presją. Po prostu zmieszaliśmy towarzyszącą nam energię i pomysły, a później zarysowaliśmy koncept całości i zdecydowaliśmy, że nie będziemy się z niczym hamować. Odpaliliśmy eksperymentalne myślenie i daliśmy się prowadzić temu, co z niego wynikało. Doświadczenie pomogło nam spojrzeć na życie z innej perspektywy. Mogę powiedzieć, że było to w jakiś sposób oczyszczające, ale później pojawił się lekki strach związany z reakcją wytwórni. Wysyłając gotowy produkt wydawcy, trochę trzęsły mi się ręce. Na szczęście spodobało mu się, więc mogłem odetchnąć z ulgą [śmiech].

Jaka była pierwsza reakcja wytwórni na muzykę, która leży na zupełnie innym biegunie poszukiwań niż wasz poprzedni album?

Początkowo Michael - nasz wydawca - zupełnie nie wiedział, co o tym sądzić. Pamiętam, że kiedy zapytałem go o wrażenia po odsłuchu, był skonsternowany. Dodał, że nigdy w życiu nie słyszał tak dziwacznej i rozstrajającej muzyki. Zapewnił nas jednak, że wszystko mu się podoba. Zawsze darzył nas sporym zaufaniem i podobnie było w tym przypadku. Nie próbował sugerować jakichkolwiek zmian czy poprawek, za to bezgranicznie nas wspierał. To niesamowicie ważne dla muzyka.

 

Nie każda wytwórnia daje taką swobodę.

To prawda, świetnie trafiliśmy z Season of Mist. W wielu innych wytwórniach wielcy panowie w garniturach mogliby kręcić nosami, tymczasem tutaj dostaliśmy wolną rękę. Jestem wręcz pełen podziwu dla odwagi związanej z inwestowaniem pieniędzy na promocję takich dziwadeł jak my [śmiech]. Pewnie na nas nie zarobią, a jednak pchają nas do przodu. Bardzo mnie to cieszy. Dodatkowo chłopaki zasypują nas dobrymi radami. Nie każą niczego zmieniać, ale sugerują, co można zastosować przy kręceniu klipów, w jakiej estetyce utrzymać zdjęcia i tak dalej. Czuć w tym kumpelską relację i szczerą chęć pomocy.

W materiałach promocyjnych przeczytałem, że chcieliście, aby "Vide" wzbudzał dyskomfort i emanował schizofrenicznym nastrojem. Czy podczas pisania tej muzyki zdarzyły się wam momenty, gdy sami poczuliście się przytłoczeni tym, co stworzyliście?

Tak. Kiedy przepracowaliśmy pewne muzyczne patenty przy komponowaniu tych utworów i oswoiliśmy się z nimi, dotarło do nas, że potrafią przestraszyć. Te dźwięki są naprawdę dziwne i niepokojące. Zaskakiwało nas to, jak bardzo potrafiliśmy zaskoczyć samych siebie. Wiedzieliśmy, że idziemy w dobrym kierunku, ale wszystko odbywało się bardzo instynktownie i transowo... Nie potrafiliśmy nawet racjonalnie wyjaśnić, w jaki sposób dotarliśmy tam, gdzie dotarliśmy. Daje mi to poczucie dobrze wykonanego zadania. Idziesz prosto za głosem serca i nie zastanawiasz się, czy czegoś nie wypada.

 

Przed naszą rozmową przeczytałem kilka recenzji "Vide" i w każdej trafiłem na stwierdzenie, że dalej gracie black metal. Nie wkurza cię to, jak niektórzy rozmijają się z sensem tego albumu?

Też to zauważyłem. Dziwna sprawa. Ludzie usilnie przypinają nam blackmetalową łatkę, a przecież nie mamy już absolutnie nic wspólnego z tą sceną i metalem w ogóle. Bawi mnie to, ale nie powiedziałbym, że wkurza. Jeśli ktoś nazywa nas zespołem blackmetalowym, nie widzę problemu. Każdy ma prawo do własnej opinii, nawet jeśli jest tak bardzo przestrzelona.

 

Od premiery albumu minęło bardzo niewiele czasu, ale wiecie już, jaki będzie następny kierunek waszej muzycznej podróży?

Trudno teraz o tym mówić. Cały czas coś dłubiemy na próbach i dzielimy się różnymi pomysłami, ale żaden z nich nie przybrał jeszcze konkretnej formy. Na dokładne wyjaśnienie musisz trochę poczekać.

 

fot. Felicie Novy


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive