False Month

Jeżeli któryś z miesięcy zasługuje na tytuł „fałszywego”, to jest nim kwiecień, który okazjonalnie kusi ersatzem lata, żeby chwilę później rozgonić radość ostrym wiatrem. False Month również dostarcza skrajnych doznań, ale w tym wypadku efekt jest wyłącznie korzystny.

Jeżeli któryś z miesięcy zasługuje na tytuł „fałszywego”, to jest nim kwiecień, który okazjonalnie kusi ersatzem lata, żeby chwilę później rozgonić radość ostrym wiatrem. False Month również dostarcza skrajnych doznań, ale w tym wypadku efekt jest wyłącznie korzystny.

Jestem pewien, że gdyby przeprowadzić uliczną sondę, w której pytano by o to, czym jest polski folk, jedną z najczęściej powtarzających się odpowiedzi byłaby nazwa Golec uOrkiestra. Nieco bardziej poszukujący słuchacze wskazaliby na Paulę i Karola lub Żywiołaka - z jednej strony słoneczny freak folk, z drugiej nawiązywanie do historii regionu. Dotąd niewielu artystów próbowało sił w stylistyce kojarzącej się z życiem ćmy barowej. False Month uzupełnia tę lukę, lecz w sposób niewykluczający obecności innych inspiracji.

„Mówiąc o przejawach folku w mojej muzyce, trzeba by zapewne wyjść od tego, iż jest on dla mnie bardziej inspiracją klimatyczną i brzmieniową niż gatunkiem, w którym tworzę - przekonuje Krzysztof Wojsław, twórca False Month. - Zarówno w zagranicznej, jak i w polskiej muzyce znajdziemy artystów, którzy przerabiają stare pieśni ludowe, jak również muzyków wykorzystujących jakieś folkowe inspiracje w bardziej skocznych czy wręcz popowych numerach. Tak to już chyba jest z tym folkiem, ciężko wyznaczyć mu sztywne granice i wdrażanie go do współczesnej muzyki ma bardzo wiele obliczy”.

W połowie albumu „Forty Winks” po raz pierwszy od czasów podstawówki miałem ochotę sięgnąć po papierosa. Atmosfera „The Devil Never Dreams” ma w sobie coś takiego, że człowiek z miejsca czuje się niczym Iggy Pop albo Tom Waits w „Kawie i papierosach”. Zmarszczki wydają się szlachetniejsze, głos bardziej głęboki, a zwisający z ust szlug przemienia się w atrybut, który sam w sobie komunikuje za Bukowskim: „Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie”. Wrażenie potęgują kontrabas oraz saksofon, których powolny akompaniament bez słów opowiada historię strudzonego człowieka tułającego się pomiędzy szaleńczym natchnieniem a szaleństwem autodestrukcji. Postać Toma Waitsa odpowiada nie tylko wizualnemu wyobrażeniu muzyki False Month, w twórczości Wojsława czuć to charakterystyczne podejście do opisywania emocji bez popadania w żałosną egzaltację.

Mimo że na debiutanckim albumie można usłyszeć wiele instrumentów, False Month jest projektem solowym. Na koncertach pojawia się natomiast w różnych, zależnych od predyspozycji czasowych składach, również jako jednoosobowe przedsięwzięcie akustyczne. Słuchając niemal jazzowego „Kite”, zastanawiałem się, jak można dobrze wykonać ten utwór, pozbawiając go partii saksofonowej. Podobnie „Clock Song” zdaje się byś narażone na duże straty dźwiękowe po wycięciu brzmienia skrzypiec. Wojsław zapewnia jednak, że niczego nie odbiera swoim piosenkom podczas występów: „Działa to raczej w odwrotną stronę - twierdzi. - W studiu dodałem utworom pewnego kolorytu poprzez zaproszenie muzyków i powiększenie instrumentarium. Jedna z moich ulubionych płyt - »Pink Moon« [Nicka Drake'a], została w całości nagrana na jednej gitarze, z jedną wstawką pianina w tytułowej piosence”. Muzyk nie ma zarazem wątpliwości, że odmienność jego studyjnej i koncertowej twórczości może podzielić słuchaczy: „Koncerty z racji mniejszego instrumentarium naturalnie różnią się od nagrań z albumu. Na żywo na pewno jest więcej oddechu, cisza staje się tu kolejnym ciekawym grajkiem. Słyszę różne skrajne opinie na temat instrumentarium, na przykład: »Na koncercie jednak przydałby się ten sax z płytki« albo »najlepiej jak grasz i śpiewasz sam«. Aranże okazują się więc kwestią gustu. Druga płyta będzie pod tym względem z pewnością o wiele surowsza”.

Charakterystyczną cechą muzyki False Month jest przejrzystość kompozycji. Cisza faktycznie dostaje wiele przestrzeni na niespełna czterdziestominutowym wydawnictwie, co jest wartościową odmianą w porównaniu z wieloma przeładowanymi pomysłami albumami współczesnych muzyków. Wojsławowi udaje się uniknąć prostego podziału na zwrotki i refreny, a jednocześnie nie traci na tym melodyjny potencjał. Słychać to już w otwierającym album „They've Got a Party On the Moon”, gdzie żadna z tekstowych czy muzycznych fraz nie powtarza się, a jednak całość „buja” w zgodnym, wpadającym w ucho rytmie. „Zdaję sobie sprawę z pewnej przekorności tego typu kompozycji, ale lubię minimalizm i cieszy mnie, gdy ktoś tę przejrzystość docenia – muzyk odpowiada na moją reakcję. - Podział zwrotka-refren lub jego brak jest zawsze konsekwencją naturalnego toku melodii - nigdy nie wpycham na siłę bridge'a lub refrenu tam, gdzie go nie słyszę, więc twoje odczucia, co do priorytetów w komponowaniu są jak najbardziej trafne”.

Folk, blues, jazz - każdy z tych gatunków rozpala muzykę zawartą na „Forty Winks”, ale Krzysztof Wojsław nie jest jedną z tych osób, które za wszelką cenę próbują zgasić pożar i ukryć swoje inspiracje, przekonując, że tworzy coś od początku do końca nowatorskiego. Wręcz przeciwnie, chwyta za kanister i wznieca ogień tam, gdzie bez trudu potrafi opanować żywioł.

fot. Kasia Żelazińska


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive