Gojira: Czuliśmy potrzebę nagrania czegoś bardziej budującego i optymistycznego

Album "Magma" z 2016 roku pozwolił Gojirze wejść na wyższy poziom i awansować do metalowej ekstraklasy. Na kontynuację trzeba było poczekać aż pięć lat, ale warto było - "Fortitude" to godny następca, a więcej na jego temat dowiecie się od perkusisty zespołu, Mario Duplantiera.

Jarosław Kowal: Zacznę od pytania nie ode mnie, tylko od mojego dziesięcioletniego syna, który gra na perkusji od prawie pięciu lat, a doścignięcie ciebie jest jednym z jego głównych celów - którego rytmu nauczyłeś się jako pierwszego?

Mario Duplantier: Na pewno zacząłem od czegoś podstawowego... Nie wiem, jakie jest na to określenie w języku angielskim, ale we Francji mówimy rythme binaire [rytm dwudzielny], czyli ten rytm, którego zazwyczaj uczysz się na samym początku. Granie w metrum cztery-czwarte [gra w powietrzu i naśladuje dźwięki]. Coś w stylu Nirvany, bardzo proste i bezpośrednie. Później zacząłem się z tym bawić i dodawać stopę [ponownie gra w powietrzu i naśladuje dźwięki]. W każdym razie zaczynałem od bardzo prostych rzeczy [śmiech].

Idąc tym tropem, w jednym z najwcześniejszych wywiadów, jakie udzieliłeś w języku angielskim wspomniałeś, że jesteś perfekcjonistą. Na przestrzeni lat zmieniło się to czy nadal czujesz, że wszystko musi iść w stu procentach zgodnie z planem?
Nadal jestem dość wybredny i nadal mam tendencje do perfekcjonizmu. Poświęcam wiele czasu doskonaleniu podejścia do gry na perkusji, ale na pewno nieco rzadziej skupiam się na szybszych elementach gry. Wcześniej szalałem na punkcie dwukopu, ale intensywne granie na nim jest bardzo wymagające. Jeżeli chodzi natomiast o groove, melodie albo feeling, to wciąż bardzo, bardzo dużo nad tym pracuję.

 

Po ogromie pracy włożonej w napisanie i nagranie albumu, czujesz ulgę, kiedy zbliża się data premiery czy pojawia się też żal, że trzeba zatrzymać rozpędzony proces twórczy?
Na pewno jest to dobre uczucie. Jestem naprawdę szczęśliwy i podekscytowany, że możemy podzielić się tym albumem z fanami, bo musieli długo czekać, zanim nagraliśmy coś nowego. Zawsze towarzyszy temu stres, a jednocześnie to wyjątkowe uczucie, kiedy zainteresowanie wokół zespołu nagle zaczyna wzrastać. To naprawdę duży przywilej. Czuję się z wydaniem tego albumu bardzo komfortowo i jestem zrelaksowany przed premierą. Oczywiście pojawia się jakiś element stresu, kiedy wyczekuje się na reakcje, niemniej to wszystko jest elementem naszej pracy i całego tego procesu. Piszesz album, wydajesz go i wyruszasz w trasę - przywykliśmy do tego.

 

Jest kilka zaskakujących momentów na "Fortitude" - na pewno to album mniej ponury niż "Magma", a utwór "New Found" ma wręcz podnoszący na duchu nastrój. Niewiele jest we współczesnym metalu kawałków, których celem byłoby wywoływanie takiego wrażenia, może poza tymi, gdzie odśpiewywane są hymny na cześć piwa. Myślisz, że nawet mimo kiepskiej kondycji, w jakiej znajduje się obecnie ludzkość, częściej powinniśmy snuć pozytywne wizje przyszłości?

Nastały bardzo dziwne czasy, bo mamy przed sobą jedną wielką niewiadomą i nie mamy pojęcia, kiedy ta sytuacja dobiegnie końca. Stoi za tym silne napięcie, cały czas funkcjonujemy w zawieszeniu, pojawia się wiele pytań, na które nikt nie zna odpowiedzi i czuję, że lęki uderzają w ludzi z pełną mocą. Dobrze więc, że możemy właśnie w takim czasie wydać album. Mamy świadomość, że nie jest to korzystny okres z perspektywy zespołu, bo przecież album powinno się promować podczas tras koncertowych, a obecnie zorganizowanie ich nie jest możliwe. Sytuacja jest wyjątkowa i zawsze będziemy wspominać ją w ten sposób. Okoliczności często są wręcz dramatyczne, ale potrzebujemy teraz wspierać siebie nawzajem bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Przewrotne jest natomiast to, że napisaliśmy "Fortitude" przed pandemią. Całość mieliśmy gotową jeszcze zanim świat stanął w miejscu, nie wiedzieliśmy nawet o istnieniu koronawirusa, kiedy komponowaliśmy nowe utwory. Czuliśmy jednak potrzebę nagrania czegoś bardziej budującego i optymistycznego. "Fortitude" na pewno ma bardziej pozytywny charakter od wszystkich wcześniej albumów i możliwe, że jest też bardziej dojrzałe.

Uważasz siebie za optymistyczną czy pesymistyczną osobę?
Obydwa jednocześnie. Myślę, że wszystko zależy od sytuacji i okoliczności - nie można być przez całe życie tylko optymistą albo tylko pesymistą. W życiu ważna jest równowaga, nie powinno się na wszystko patrzeć w ciemnych barwach, ale nie powinno się też wszystkiego przejaskrawiać.

 

Utwór "The Chant" określiłbym jako power balladę - to bardzo emocjonalna rockowa kompozycja, pojawia się w niej nawet cowbell, ale nie przekroczyliście granicy kiczu. Powiedziałbym wręcz, że to najlepsza power ballada XXI wieku. Dlaczego zdecydowaliście się nagrać coś tak odmiennego od dotychczasowego repertuaru i jednocześnie coś, co pewnie niektóre osoby skwitują słowami: Sprzedali się?
Takie opinie nie są dla nas problemem. Żaden z nas nie ma obecnie pobocznego projektu, wszyscy mamy po czterdzieści lat, wszyscy po prostu uwielbiamy muzykę i uwielbiamy ją grać. Uwielbiamy Led Zeppelin, uwielbiamy muzykę etniczną, mamy bardzo rozległe zainteresowania i różnorodne umiejętności instrumentalne, za pomocą których możemy wyrażać siebie. Ja na przykład mogę grać muzykę ekstremalną, ale potrafię zagrać także funk. Brak innych zespołów w naszej działalności powoduje, że całą energię skupiamy na jednym bycie, któremu nadaliśmy imię Gojira. Wkładamy w niego wszystkie nasze inspiracje, zarówno te cięższe, jak i lżejsze, a kluczem jest odnalezienie równowagi. Na tym etapie naszego życia czujemy potrzebę wyrażania drzemiących w nas uczuć, więc gramy ciężko, ale nie gramy wyłącznie ciężko. Jest wiele innych emocji, które chcieliśmy odzwierciedlić poprzez muzykę. Na przykład dla Joe [Duplantiera - wokalisty i gitarzysty, brata Mario] melodyjność naszych utworów jest bardzo ważnym elementem, czuł, że tym razem musi nieco więcej śpiewać, pokazać inne cechy swojego głosu. "Fortitude" to po prostu dobre ujęcie tego, czym Gojira obecnie jest. Nie ma na tym albumie niczego, czego moglibyśmy się wstydzić i nie obawiam się komentarzy osób, które lubią nas ze względu na techniczne niuanse, a tym razem poczują się odrobinę zawiedzione. Tacy po prostu obecnie jesteśmy, a my nigdy niczego przed naszymi słuchaczami nie ukrywamy.

Zdarzyło się, że w poczuciu wolności do tworzenia wszystkiego, co tylko przyjdzie wam do głów zagalopowaliśmy się za bardzo i odrzucaliście niektóre pomysły jako całkowicie niepasujące do Gojiry?

Absolutnie tak, bo mimo wszystko, istnieją pewne zasady, dzięki którym Gojira może funkcjonować. To niesamowicie precyzyjne zadanie - jeżeli będziemy brzmieć zbyt wesoło, nie będzie to do nas ani trochę pasować; jeżeli będziemy brzmieć zbyt mrocznie albo zbyt ekstremalnie, to również nie będzie pasować. Ten proces jest dość skomplikowany, mam wrażenie, że Gojira funkcjonuje we wnętrzu bardzo kruchych ram. Przekroczenie ich poskutkuje stworzeniem czegoś, co nie będzie do tego zespołu pasowało. Wszyscy lubimy na przykład muzykę elektroniczną, ale nigdy nie będziemy wplatać elektroniki do naszego brzmienia.

 

Masz ulubiony utwór na nowym albumie?

Jeszcze nie... To się zmienia - czasami moim ulubionym jest "New Found", innego dnia czuję, że to jednak "Into the Storm" albo "Another World". Wszystko zależy od nastroju, ale chociażby z tego względu, że komponowałem każdy z tych utworów i pracowałem nad nimi wspólnie z kolegami z zespołu, kocham je wszystkie. Są jak nasze dzieci.

 

Zajmujesz się również rysunkiem i malarstwem, a w przeszłości wspominałeś, że odzwierciedlasz w ten sposób przede wszystkim doświadczenia zdobyte podczas tras koncertowych. Teraz tras nie ma - czy to oznacza, że zrobiłeś sobie przerwę od malowania, czy znalazłeś nowe źródło inspiracji?

Zawsze mam jakieś źródło inspiracji. Wspominałem wtedy o trasie, bo była tak intensywna, że po powrocie do domu czułem potrzebę zajęcia się czymś innym. Dla mnie kreatywność to codzienność, codziennie maluję chociaż odrobinę. Obecnie jestem we Francji, więc inspiruje mnie chociażby ocean czy po prostu moje zwykłe życie. Może nie wydaje się to bardzo inspirujące, ale we wszystkim można znaleźć natchnienie.

Wielu znajomych muzyków musiało w ostatnim czasie zmienić branżę ze względu na brak koncertów, jak sytuacja wygląda u was?

Mamy świadomość, że dla wielu muzyków i zespołów - zwłaszcza tych mniejszych - obecna sytuacja jest bardzo trudna. Gojira ma dużo szczęścia, bo mimo tak trudnego okresu - wynikającego chociażby z braku koncertów - nadal od strony finansowej wychodzimy na swoje. Pomaga nam wsparcie wytwórni, managementu i naszych fanów, którzy nieustannie kupują merch. Wiemy, w jak katastrofalnej sytuacji są inni, cała branża rozrywkowa i muzyczna cierpi. Na przykład dzisiaj oddałem werbel dla organizacji, która zajmuje się zbieraniem funduszy dla ekip technicznych. Sytuacja tych osób jest szczególnie trudna, bo nie dostają żadnych tantiem, nie sprzedają niczego w sieci, cały ich dochód wiązał się z koncertami. Pozostaje nam tylko cierpliwość, w końcu świat ponownie się otworzy, a w międzyczasie każdy radzi sobie jak może.

 

To jakie macie plany na działalność po 30 kwietnia, kiedy album zostanie już wydany? Wygląda na to, że nie pozostaje wiele, poza udzielaniem wywiadów i działalnością w mediach społecznościowych.

Dokładnie. Dla nas też jest to jedną wielką zagadką. Damy z siebie wszystko, żeby zrobić coś ciekawego, żeby rozmawiać o albumie i dzielić się naszymi odczuciami. Może nagramy też występ na potrzeby streamingu, a poza tym... czekamy. Musieliśmy jednak zrobić coś z albumem właśnie teraz. "Magmę" wydaliśmy pięć lat temu, fani narzekali na brak nowej muzyki, ale także dla nas było to istotne. Cały materiał nagraliśmy w styczniu 2020 roku, więc już najwyższa pora na wydanie go. Dzięki temu będziemy mogli rozpocząć nowy etap, może wrócimy do komponowania, może napiszemy coś nowego, ale przede wszystkim zależało nam na oddaniu naszej muzyki słuchaczom. Ludzie siedzą teraz w zamknięciu i potrzebują kultury. Może nie mogą wychodzić na koncerty, ale wciąż potrzebują muzyki. Ja słucham jej od rana do nocy. Jesteśmy pokorni i cierpliwi, nie zamierzamy narzekać. Obserwujemy sytuację, wydajemy album, a jak nadejdzie odpowiednia pora, żeby ruszyć w trasę, będziemy gotowi.

 

Na koniec zadam pytanie, na które znam odpowiedź, ale zróbmy to dla formalności - lada moment do kin i do sieci trafi film "Godzilla vs. Kong", kto wygra ten pojedynek?

Oczywiście Godzilla [śmiech].

 

fot. Jimmy Fontaine (1), Gabrielle Duplantier (2)


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive