Klimt

Antoni Budziński prowadzi podwójne życie muzyczne od blisko dziesięciu lat.

Z jednej strony współtworzy zespół, którego twórczość najłatwiej określić jako indie rock, z drugiej samodzielnie generuje dźwięki bliskie post-rockowej stylistyce. O aktualnej kondycji obydwu przedsięwzięć można było przekonać się niedawno przy okazji premiery albumów „Kod wysyłany w przestrzeń” Saluminesii oraz „Genesa” Klimt.

Równoległe manewry na dwóch frontach są dużym wyzwaniem, ale kiedy zapytałem Antoniego, jak sobie z tym poradził, zapewnił, że jest to proces całkowicie naturalny: „Miałem na szczęście sporo czasu na to, aby spokojnie te rzeczy ze sobą zgrać. Natomiast były krótkie momenty, kiedy wszystko nakładało się na siebie. Są to jednak na tyle odlegle bieguny muzyczne, że nie mieszało mi się to pod względem artystycznym. Z Saluminesią mieliśmy przygotowany materiał, wchodząc do studia. Klimt to takt naprawdę improwizacja studyjna”. Spontaniczność „Genesy” to jej wielka siła, bo chociaż pozwoliłem sobie na zaszufladkowanie albumu jako post-rockowego, Antoni ma nietypowe podejście do gatunku, co staje się niemal odrębną estetyką specyficzną dla Trójmiasta (inny dobry przykład to zespół Spoiwo). Niewiele jest tutaj wysokotonowych gitarowych pisków, które są znakiem rozpoznawczym post-rocka. Jedynym utworem zbliżonym do grania spod znaku Mogwai czy God is an Astronaut jest „A Dream Within A Dream”, ale także tutaj porównywanie do innych zespołów jest zaledwie drogowskazem. „Post-rock traktuję jako ciekawą przyprawę do wypełnienia pewnej przestrzeni. Natomiast post-rock sam w sobie, mimo że go lubię, na dłuższą metę jest nużący i przewidywalny” - twierdzi Antoni i trudno się z nim nie zgodzić, skoro nawet zespołu pokroju Explosions in the Sky i 65daysofstatic coraz dalej zapuszczają się w dźwiękowych poszukiwaniach.

„Poruszam się mnie więcej w okolicach ambientu, shoegaze'u i post-rocka, bo w takiej formie naturalnie przychodzi mi tworzenie, ale czy to aż tak ważne?” - Antoni ma rację, można by długo doszukiwać się podobieństw pomiędzy jego twórczością a brzmieniem wielu innych projektów. Lista ta prawdopodobnie ciągnęłaby się w nieskończoność, co potwierdza jedynie, jak nieszablonowym materiałem jest osiem utworów z „Genesy”. Mój ulubiony fragment tego wydawnictwa to „Moving At The Speed Of Balance”, gdzie pianino splata się z mocnym bitem i delikatną partią smyczkową. Gitary nie ma tutaj w ogóle, przez co uwydatniona zostaje esencja albumu - zdolność do emocjonalnego pobudzania słuchaczy. Pochodzące z poprzedniego wydawnictwa Klimt „Kiedyś będziesz przenosić góry chłopcze” albo „Ostatnie chwile dzieciństwa” miały podobne właściwości, lecz ich ekspresja przybierała formę zalewającego odbiorcę strumienia. Tym razem Antoni działa subtelniej. „Jest bardzo spokojnie, to rzecz, która tak naprawdę od razu »rzuca się w uszy« - opowiada Antoni. - Kiedy podchodzę do nagrywania utworu lub płyty, nigdy nie zakładam, jak ma ona wyglądać. Z tą płytą było tak samo. Po prostu podążam za pewnym sygnałem wewnętrznym, intuicją. Intelekt i założenia staram się jak najdalej odsunąć od tego procesu. To zazwyczaj tylko przeszkadza. Myślę, że muzyka na »Genesie« zmieniła się tak, jak ja się zmieniłem”.

Zmiana ta ma wyraźny kierunek na nowym albumie Klimt. Słowo „genesa” jest nawiązaniem do istoty ludzkiego umysłu, „bardo” to stan przejściowy w buddyjskiej nomenklaturze, z kolei „icaro” to szamańska pieśń. „Myślę, że sporo poświęcam uwagi metafizyce – twierdzi Antoni. - Na pewno doświadczenie medytacji, świadomych snów zmieniło moje spojrzenie na rzeczywistość. Zaczynasz więcej rzeczy kwestionować, wnikasz głębiej w naturę rzeczywistości i doświadczenia. Umysł zaczyna się bardziej otwierać. Ostatnio bardzo interesuje mnie kwestia jaźni, poznawania jej. Czym jest tak naprawdę ten twór, który wpływa na wynik doświadczenia? Jakie ma możliwości, właściwości. Myślę, że w bardzo małym skrawku korzystamy za dnia z naszego potencjału”. Przemiana Klimt, począwszy od debiutu na składance Sleep Well III, zdaje się być ukierunkowana na wzmacnianie tego potencjału. Każda muzyka podlega ewolucji. Dzisiaj trudno uwierzyć, że „Telstar” The Tornados sięgnęło pierwszego miejsca na Billboard Hot 100, ale na początku lat 60. właśnie tak definiowało się komercyjne granie. Słuchając „Please Don't Take Life Too Seriously Just Read The Manual” lub „90 Degree Turn”, bez trudu mogę sobie wyobrazić, że właśnie tym będzie przyszłość muzyki do medytacji, kiedy przestanie się już ją traktować jako narzędzie do uruchamiania konkretnych postaw, a zacznie postrzegać jako równorzędnego partnera większego procesu.

Nowy album Klimt zawiera wiele ciekawych rozwiązań kompozycyjnych (najwyraźniejszych w „Felicity”, gdzie elektroniczny podkład przeplata się z akustyczną gitarą), ale nie jest to łatwo przyswajalny materiał. Doświadczając „Genesy” w takcie wykonywania innych czynności, nie można wychwycić jej prawdziwego, wyciszającego charakteru. Kiedy jednak poświęci się jej całą uwagę, trudno wrócić do jakichkolwiek innych zajęć.

fot. Paweł Budziński


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive