Godzilla vs. Kong. Wygrywa publiczność

78%

Fabuła wspólnego filmu dwóch najpopularniejszych gigantów w historii popkultury niemal w całości zawiera się w tym prostym tytule - "Godzilla vs. Kong". Z dodatkiem zwrotu akcji, który nie zaskoczy nikogo, kto miał już do czynienia z pojedynkami dwóch postaci o równym statusie (chociażby Iron Mana i Kapitana Ameryki). Reguła "mniej znaczy więcej" pasuje tutaj jednak idealnie, o ile wasze oczekiwania nie sięgają ponad poziom solidnego fanserwisu.

"Solidny" to jedno z najbardziej asekuracyjnych określeń, po jakie można w recenzji sięgnąć. Oznacza trochę mniej niż "dobry", ale na pewno więcej niż "zły" i jest adekwatne do całego tego uniwersum - "Godzilli" z 2014 roku, "Konga: Wyspy Czaszki" z 2017 roku i "Godzilli: Króla potworów" sprzed dwóch lat. Każdy z tych obrazów cechują wysokie walory ludyczne, znakomite efekty specjalne i tak duża liczba kaiju, że wielbiciele gatunku nie mogą się nudzić. Z drugiej strony, niewiele jest w nich treści, a postacie ludzkie na ogół pełnią role pretekstowe - to im grozi niebezpieczeństwo i to one wyznaczają stawkę ewentualnej przegranej "dobrego" potwora. "Godzilla vs. Kong" nie jest pod tym względem wyjątkiem.

Na jednym froncie mamy Wyspę Czaszek i grupę osób badających Konga, w tym dziewczynkę (Kaylee Hottle) symbolizująca niewinność i przydającą kolosalnemu gorylowi jednoznacznie pozytywne cechy. Na drugim jest Godzilla przypuszczająca niezrozumiały dla opinii publicznej atak na siedzibę technologicznego potentata oraz Millie Bobby Brown ("Stranger Things") i Julian Dennison ("Deadpool 2") próbujący dociec prawdy wraz z rozmiłowanym w teoriach spiskowych podcasterem (Brian Tyree Henry). Nici, za pomocą których uszyto ten scenariusz są tak grube, że tylko przysypanie ich kurzem zdewastowanego do fundamentów Hong Kongu pozwala w finałowych trzydziestu minutach zapomnieć o frankensteinowej fabule, która przywiodła nas do tego momentu. Adam Wingard doskonale wiedział, że wszystko zostanie mu wybaczone, o ile unaoczni starcie tytanów w należycie spektakularny sposób i na szczęście stanął na wysokości zadania.

 

Godzilla, gore i Hanzo zwany brzytwą - Japonia klasy B (podcast)

 

Żeby to docenić, musicie mieć jednak dużą tolerancję dla obrazów generowanych komputerowo, bo większość ze scen akcji nie rozgrywa się nawet na green screenie, a w całości w bebechach kart graficznych. Na ekranie kinowym mogłoby to robić duże wrażenie, na ekranie komputera (bo zgodnie z obecnym trendem - czy wręcz koniecznością - "Godzilla vs. Kong" ukazało się jednocześnie w wybranych kinach oraz w sieci) bywa męczące, a gwałtowna praca kamery nieustannie zmieniającej perspektywy nierzadko (zwłaszcza po zejściu w głąb Ziemi) wywołuje utrudniający utrzymywanie uwagi oczopląs.

Na szczęście twórcy nie zaniedbali jednego z najistotniejszych elementów, czyli właściwej choreografii walk pomiędzy stworzeniami o bardzo odmiennej anatomii. Godzilla i Kong korzystają z zupełnie innych technik, wynikających z budowy ich ciał - atomowy gad szuka siły przede wszystkim w sobie i swoim destrukcyjnym oddechu, goryl przypomina raczej ulicznego wojownika, wykorzystuje ukształtowanie terenu i wszystko, co nadałoby się ma broń, począwszy od żurawia budowlanego albo myśliwca skończywszy na swojej nowej zabawce, pradawnym toporze. Dbałość o szczegóły i piękna scenografia (Wingardowi zdecydowanie nie przeszło uwielbienie do neonów, którym zachwycał w "Gościu" z 2014 roku) okazują się największymi atutami tego filmu.

 

Mało? Dla wielu osób na pewno tak będzie, bo chociaż mamy do czynienia z wysokobudżetową, mainstreamową produkcją, to jednak skierowaną do ściśle określonej publiczności, która najzwyczajniej w świecie musi odnajdywać radość w oglądaniu gargantuicznych istot wymieniających ciosy i przy okazji dewastujących pół planety (a w tym przypadku wręcz całą planetę, bo nawet w jej wnętrzu toczą się brutalne boje). Dla takich osób "Godzilla vs. Kong" będzie nie tylko solidnym filmem, ale nawet jednym z najsolidniejszych, w jakich tytułowi tytani pojawili się w XXI wieku.


Godzilla vs. Kong

USA/Australia/Kanada/Indie, 2021

Warner Bros.

Reżyseria: Adam Wingard

Obsada: Millie Bobby Brown, Rebecca Hall, Alexander Skarsgård



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive