The Stubs: Magiczna woń sprawia, że lubimy spędzać ze sobą czas

Po trzech latach przerwy muzycy The Stubs odkurzyli pałeczki, gitary i maskę lucha libre - właśnie ukazała się nowa EP-ka ("Make The Stubs Dead Again"), za chwilę będą koncerty, ale po co wracać w środku pandemii? Dlaczego nie skupić się na innych projektach? I co z tym wrestlingiem? O tym opowiadają Tomek Szkiela i Radek Sternicki.

Jarosław Kowal: Pierwsze pytanie może być tylko jedno - dlaczego akurat teraz wznowiliście działalność The Stubs, kiedy właściwie nie da się grać koncertów. A może właśnie dlatego zdecydowaliście się na to, bo nic lepszego nie mieliście do roboty?

Radek Sternicki: Chodziło mi to po głowie od jakiegoś czasu, tęskniłem za tym zespołem. Tomek [Ochab] z Knock Out Productions od jakiegoś czasu proponował nam różne koncerty, ale dopiero kiedy zaproponował występ na Mystic Festival, uznaliśmy to za poważną podstawę do rozpoczęcia rozmów na temat powrotu. Doszliśmy do wniosku, że chcemy to zrobić.

 

Tomek Szkiela: Nasz zespół jest o graniu koncertów. Pal licho te wszystkie piosenki - przede wszystkim gramy dobre koncerty i na tym polega ten zespół. Ale żeby zagrać nawet jeden koncert, musimy zrobić naprawdę dużo prób. Nawet jeżeli występ miałby trwać piętnaście minut, to chcemy być do niego rzetelnie przygotowani. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że po co grać pięćdziesiąt czy sto prób dla zaledwie jednego koncertu? To już lepiej po prostu grać dalej i oto jesteśmy... I nie gramy koncertów [śmiech].

Na pewno nie jest tak, że The Stubs istnieje wyłącznie z potrzeby tworzenia muzyki, bo to realizujecie również w innych zespołach. Co daje wam The Stubs, czego nie dają Fertile Hump, Drip of Lies albo Jad?

TS: To zawsze jest kwestią personalną. Mniej chodzi o to, kto i jak potrafi grać na instrumencie, bardziej o to, jakim jest człowiekiem, bo później spędzimy z sobą bardzo dużo czasu. Pomijając to, że fajnie się w The Stubs gra - bo umiemy ze sobą grać - dochodzi jeszcze taka historia, że po prostu bardzo się lubimy. Ale w międzyczasie zapomniałem, jakie było pytanie [śmiech].

RS: Mam bardzo podobnie - każdy z tych zespołów jest zupełnie inny i zupełnie inaczej funkcjonuje. W The Stubs jest... Szukam odpowiedniego słowa.

TS: Magiczna woń.

RS: Magiczna woń [śmiech], która sprawia, że lubimy spędzać ze sobą czas. Nawet te próby są dla nas jak koncerty. Na próbach odpalam się tak samo, jak na scenie. W innych zespołach próby wyglądają trochę inaczej - nie twierdzę, że gorzej, ale na pewno inaczej.

TS: A możesz powtórzyć pytanie, bo nie jestem pewien, czy na nie odpowiedziałem.

 

Co daje wam The Stubs, czego nie dają inne zespoły, w których gracie?
TS: Na pewno jest to kwestia właśnie tego konkretnego zestawu osobowości.

Odwracając pytanie - dlaczego w takim razie trzy lata temu zrezygnowaliście akurat z The Stubs?
TS: Musimy najpierw ustalić odpowiedź. Radek, czy my mówimy temu człowiekowi prawdę?

RS: Można poprzestać na tym, że na skutek zbiegu różnych okoliczności natury osobistej stało się to, co się stało. Po prostu.

TS: Miałem wtedy bardzo dużo rzeczy w życiu. Mam angażującą pracę, rozwiodłem się z żoną, miałem mnóstwo wyrzutów sumienia względem moich dzieci, miałem dwa zespoły, które grały tak, jakbym miał dwa dodatkowe etaty i w pewnym momencie "odjechał mi peron". Czyli zwariowałem.

 

RS: Jak się nazywał ten epizod?

TS: Epizod psychotyczny [śmiech]. Musiałem podjąć jakieś decyzje, żeby nie wariować dalej. Wyszedłem z tego, ale wiedziałem, że jeżeli będę tak dziergać dalej, to zaraz znowu zwariuję. Mam za małą pojemność głowy w stosunku do rzeczy, które muszę robić. Coś trzeba było wykluczyć. Nie mogłem zrezygnować z pracy, choć bardzo bym chciał; nie mogłem wykluczyć z mojego życia dzieci, choć bardzo bym chciał; mogę łączyć zespół i związek - związku nie wykluczę, bo bardzo bym nie chciał. Jedynym, co zostało do skreślenia było The Stubs.

The Stubs jest też chyba najbardziej przystępnym z waszych zespołów. Pojawialiście się w notowaniach Antyradia gdzieś pomiędzy Foo Fighters a Muńkiem Staszczykiem, graliście nawet w TVP, jak jeszcze nie było zawłaszczone przez politykę. Macie poczucie, że z tym zespołem możecie pozwolić sobie na więcej? A może nawet ktoś zarzucił wam zdradę z tego powodu?

RS: Różne rzeczy nam zarzucono, ale mniej więcej na wysokości drugiej płyty zaczęliśmy mieć w dupie przytyki od kolegów z tak zwanej "sceny". Ten zespół kroczy własną ścieżką, sami decydujemy, co jest dla nas obciachem, a co nie jest i wydaje mi się, że póki co wychodzimy z naszych poczynań z twarzą.

TS: W pewnym momencie uznaliśmy, że tylko my możemy określać reguły działalności naszego zespołu. Po swojemu interpretujemy reguły "scenowe" i sami wyznaczamy granice, których nigdy byśmy nie przekroczyli. Dowodem może być odrzucenie propozycji wywiadu dla pewnej stacji, która chciała z nami porozmawiać po ogłoszeniu reaktywacji. Ale dlaczego nasza piosenka miałby nie zostać puszczona w Antyradiu albo dlaczego miałbym nie porozmawiać z Makakiem w jego audycji? Puszczają tam muzykę, jaką puszczają, ale czy robią coś złego?

 

Słuchając nowej EP-ki, trudno nie odnieść wrażenia, że przez te kilka lat kiedy was nie było, nie zmieniło się nic. Zaczynacie w tym samym punkcie, gdzie ostatnio skończyliście, ale czy to od was wymagało wprowadzenia się w określony stan umysłu, czy po prostu chwyciliście za instrumenty i samo wyszło?

RS: Kiedy spotkaliśmy się po tej trzyletniej przerwie, może nie musieliśmy uczyć się grać ze sobą na nowo, ale ze dwie-trzy próby wymagały ponownego dotarcia. Nagrywaliśmy te próby, a później odsłuchiwałem je i sam sobie zadawałem pytanie, czy to jest The Stubs, czy nie? Miałem chwilę wątpliwości, ale w końcu stwierdziłem, że to jest The Stubs i jest tak, jak mówisz - niewiele się zmieniło. I dobrze, bo chciałbym, żeby to cały czas pozostał ten sam zespół.


TS: Jeden powie, że zjadamy własny ogon, drugi powie, że super, bo jesteśmy konsekwentni. Prawda jest taka, że nie ma w tym żadnej wielkiej koncepcji - robimy takie piosenki, jakie akurat nam wychodzą. Oczywiście po tych trzech latach przerwy graliśmy jak upośledzeni, ale teraz jest już dobrze, a wychodzi nam po prostu to, co może z tej konfiguracji osobowości wyjść.

O waszych tekstach można powiedzieć, że są uniwersalne, bo jak śpiewacie o tańczeniu dla Belzebuba, to tańczyć dla niego można było półwieku temu i będzie można tańczyć za kolejne pół wieku. Z drugiej strony wszyscy wywodzicie się ze sceny punkowej, nie czuliście potrzeby komentowania bieżących spraw związanych chociażby z polityką?

TS: Mam absolutny przesyt polityką. Wymiotuję nią, ale uważam też, że i tak przedstawiamy jakiś komentarz, bo jak śpiewasz o tańczeniu dla szatana, to wiadomo, jakie zajmujesz stanowisko. Nie miałem natomiast takiego nastroju, żeby uderzać w jakiś konkret, sypać nazwiskami albo coś takiego. Wiadomo, że i tak ustawiamy się w kontrze do ekipy rządzącej, ale nie musimy konkretyzować naszej odpowiedzi na rzeczywistość. Pisałem te teksty w czasie, kiedy moja dziewczyna zbierała podpisy pod ustawą o bezpiecznej i legalnej aborcji, ja też byłem w to bardzo zaangażowany, więc kiedy siadałem do pisania dla The Stubs, to nie chciałem już o tym myśleć.

 

Czyli szukałeś w tych tekstach może nie terapii, ale jakiegoś rodzaju równowagi?
TS: Na pewno kiedy spotykamy się na próbach w tym smutnym, pustym Pogłosie, to mamy moment całkowitego odcięcia od rzeczywistości. Możemy na chwilę pobyć w naszym własnym świecie i to jest jakiś rodzaj terapii, ale postrzegam w ten sposób wykonywanie każdej czynności, która sprawia przyjemność. Kiedy piszę teksty, raczej o tym nie myślę. Po prostu przychodzi mi coś do głowy i zapisuję to.

Ja tego nie powiem, ale ktoś mógłby powiedzieć, że gracie garażowego rock'n'rolla tak, jakby świat stanął w miejscu w ubiegłym stuleciu. A czy jako słuchacze też gustujecie przede wszystkim w takiej muzyce, czy czasami wrzucicie sobie jakiś hyperpop albo trap?

TS: Lubię Mlodego Dzbana, byłem nawet na koncercie - jego pierwszym w Warszawie. Lubię Zdechłego Osę, podobnie jak Radek, lubię też Probl3m, lubię trochę reggae [śmiech]. Ale stare reggae. Jakieś siedemdziesiąt procent muzyki, jakie słucham to oczywiście muzyka gitarowa, ale nie jestem zamknięty na inne rzeczy.

RS: Może to trochę wyświechtane powiedzenie, ale jako słuchacze nie dzielimy muzyki na gatunki, tylko na muzykę, która podoba się nam lub nie podoba się nam. Ja na przykład lubię posłuchać metalu i kiedy niedawno przeczytałem, że L.G. Petrov z Entombed pożegnał się z tym światem, to zrobiło mi się przykro. Wspaniała to była postać. W każdym razie na pewno żaden z nas nie zamyka się wyłącznie na muzykę gitarową.

TS: Przypomniała mi się jeszcze jedna płyta, którą ubóstwia i wielbię ponad życie - pierwszy album Justice. To jest tak dobre...

RS: A pamiętasz, ile wytrzymaliśmy na ich koncercie, kiedy graliśmy na Open'erze? Całe dziesięć minut.

Dlaczego tak krótko?
TS: Bo to po prostu dwóch gości stojących przy komputerkach. Muzyka grana na instrumentach ma jednak wyraźną przewagę nad rapem czy nad muzyką elektroniczną. W moim odczuciu to się po prostu znacznie lepiej ogląda.

 

To może na chwilę cofnijmy się do najodleglejszej przeszłości - kiedy usłyszałem was po raz pierwszy, nazywaliście się jeszcze Hulkhogan i z wiadomych względów nie dało się tej nazwy utrzymać. Wrestling został jednak z wami na dłużej, tyle że w formie lucha libre i zamaskowanego zapaśnika w logo czy obecnego z krwi i kości w ostatni teledysku. Tak się składa, że jestem wrestlingowym nerdem, więc muszę dopytać - czy to kwestia zainteresowań, sentymentu czy po prostu walorów wizualnych?
TS: Kiedy zakładaliśmy zespół Hulkhogan, faktycznie trochę byliśmy zainteresowani wrestlingiem, a teraz to po prostu tak już zostało [śmiech].

 

RS: Luchador przeszedł za nami do kolejnego zespołu.

TS: Jest też bardzo wygodny przy wymyślaniu jakichkolwiek wzorów na koszulki, okładki czy nawet teledysk. Od razu masz pod nosem tysiąc pięćset różnych pomysłów wokół samej postaci i wszystkim, co może się z nią wiązać.

Muzyka i wrestling (podcast)

 

Wzorem dla niego był El Santo?

TS: Nie, ale faktycznie chcieliśmy użyć jak najbardziej sztampowej maski luchadora, jaką tylko można wymyślić, a właśnie on taką nosił... Nie, przepraszam, to Blue Demon ma tę najbardziej oczywistą.

Już samo to, że znacie te postacie świadczy o przynajmniej minimalnym zainteresowaniu wrestlingiem.
TS: Trochę w tym siedzieliśmy, ale przestaliśmy śledzić tę scenę [śmiech]. Najbardziej podobały mi się filmy fabularne o luchadorach, w których byli nie tylko zapaśnikami, ale czymś w rodzaju Jamesa Bonda. Chodzili w garniturze, byli detektywami, pełnili różne role, ale zawsze mieli na sobie maski, co jest bardzo irracjonalne i mocno mnie w tamtym okresie łechtało.

El Santo publicznie zdjął maskę tylko raz w życiu i dziesięć dni później umarł.
TS: [śmiech] Ale wydaje mi się, że w przypadku tych najbardziej znanych luchadorów ich osobowość z ringu zostaje przekazana dalej. Teraz jest chyba nowy El Santo?

 

Akurat nowego El Santo nie ma, ale jego syn walczy jako El Hijo del Santo. Jest natomiast nowy Blue Demon.
Trochę jak z Papa Emeritusem, tylko że on zmienia osobowości, a tutaj osobowości zmieniają właścicieli.

 

Na okładce nowej EP-ki luchadore też jest, a premiera wypada akurat dzisiaj. Co dalej? Na razie koncerty stoją pod znakiem zapytania, więc będziecie dalej nagrywać?

TS: Jakieś koncerty mamy zaplanowane i żywimy szczerą nadzieję, że uda się je zagrać. Jak wspominałem, ten zespół jest o koncertach, a granie ich to nasza ostateczna przyjemność. Myślę, że jesteśmy też dosyć kreatywni i płodni, więc po co robić aborcję tych płodów [śmiech].

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive