Maria Ka

„Muzyka zawsze była dla mnie kwestią energii, kwestią paliwa.

Sentymentalni ludzie nazywają to inspiracją, ale naprawdę mają na myśli paliwo. Zawsze potrzebowałem paliwa, spalam go naprawdę dużo. Są takie noce, kiedy wciąż wierzę, że samochód, którego wskaźnik pokazuje na pusty bak, może przejechać jakieś pięćdziesiąt mil, jeżeli słuchasz bardzo głośno właściwej muzyki” - opinia Huntera S. Thompsona z „Kingdom of Fear” była pierwszym, co przyszło mi do głowy po przesłuchaniu materiału na debiutancki album Marii Ka.

Najbardziej wydajną metodą pozyskiwania energii z muzyki jest powielanie schematu refren-zwrotka w tempie od allegro wzwyż. Działało to chociażby w przypadku ulubionych zespołów Thompsona, czyli między innymi The Rolling Stones i Jefferson Airplane. Nie działa natomiast w utworach Marii Ka. Pierwszy z nich - „Rewolucja” - zaczyna się niewinnie - od monotonnych basowych dźwięków granych na klawiszach, pojedynczych pociągnięć za struny gitary i uderzeń w werbel przypominających manierę wojskowego dobosza. Jeszcze przed upływem pierwszej minuty cały ten porządek zostaje zburzony, a muzycy ujawniają swoją prawdziwą naturę. Paweł Osicki wplata coraz więcej nieparzystych uderzeń w bębny; Michał Kusz nie decyduje się na wsparcie klawiszowego rytmu i permanentnie pozostaje w roli gitarzysty prowadzącego, choć wolnego od wirtuozerskich zapędów; natomiast Maria Ka oprócz utrzymywania w ryzach melodii dodaje najbardziej wyrazisty składnik - głos. Na szczęście nie słychać w nim tendencji do nerwowego skakanie po oktawach. To nie jest sposób śpiewania, który dyktują oszlifowane pod okiem nauczyciela uwarunkowania biologiczne. Ważniejsze są tutaj barwa i emisja, które z niemal aktorskim (ale nie przaśnym) zacięciem nie tyle opowiadają historie, co maluje je w wyrazistych kształtach.

Po dwóch fragmentach „Rewolucji”, które z początku omyłkowo wziąłem za zwrotki, nie następuje refren. Refrenu w ogóle nie ma. Tempo gwałtownie hamuje, instrumenty nagle dostają znacznie więcej przestrzeni i odgrywają mniej gęste partie, atmosfera staje się wręcz patetyczna. Koniec. Gdybym był kierowcą, to podejrzewam, że mógłbym na energii generowanej przez tę piosenkę dojechać aż do Krakowa, gdzie Maria zaczynała muzyczną działalność. „Robiłam rzeczy dosyć awangardowe z tekstami częściowo moimi, częściowo poetów, głównie tych z okresu Młodej Polski - opowiada. - Nie przypominało to poezji śpiewanej - to rzecz daleka moim gustom - całość oparta była zdecydowanie na muzyce psychodelicznej oraz awangardzie. Z czasem ten etap się wypalił”. Kolejnym było samodzielne nagranie EPki inspirowanej zimną falą i muzyką lat 80.: „Z założenia były to po prostu pomysły, chciałam ten materiał umieścić w sieci z perspektywą pokazania go ewentualnym zainteresowanym współpracą. Pierwszym materiałem, który umieściłam w internecie była EPka w klimacie lo-fi. Nagle okazało się, że napisał o niej pewien muzyczny portal. To było dla mnie spore zaskoczenie - nie sądziłam, że ktoś ten materiał odnajdzie. Pomyślałam wtedy, że może warto kontynuować ten wątek”. Nie był to jednak jedyny wątek, który rozpoczął się na południu Polski: „Moja druga muzyczna droga rozpoczęta w Krakowie, a kontynuowana do dziś wraz z cudowną Mają Miró, to granie muzyki do filmów niemych. To formuła eksperymentalna odległa zdecydowanie od muzyki klezmerskiej, z niewielkimi jedynie akcentami czerpiącymi z form tradycyjnych. Tworzymy muzykę do filmów między innymi w języku jidysz - towarzyszy jej mój śpiew w tym języku oraz generowane »na żywo« loopy i modulacje głosowe, a także flet traverso, cytra oraz loopy Mai. Dzięki stypendiom - Prezydenta Miasta Gdańska oraz Marszałka Województwa Pomorskiego - niedługo nagramy z tym materiałem płytę”.

Rozległe zainteresowania Marii ujawniają się szczególnie w końcówce jeszcze niezatytułowanego albumu. Po szeregu szybkich, około trzyminutowych utworów wybrzmiewa rasowy przebój, który przewrotnie jest jednym z najdłuższych na wydawnictwie. „Wieczór” już po pierwszym przesłuchaniu gwałtownie zwiększa apetyt i zanim można przejść dalej, konieczne jest zapętlenie ścieżki i nasycenie rozbudzonego nałogu. Na szczęście dalej jest równie dobrze - „Droga” prowadzi pod jakąś sypiącą się spelunę w Detroit, gdzie brudniejsze od podłogi jest tylko brzmienie gitary, a „Cigarette Mamma” odbija w zupełnie innym, bardziej tajemniczym kierunku. To jedyny kawałek zaśpiewany w języku angielskim i gdyby ktoś polecił mi go, twierdząc, że autorką jest doświadczona wokalistka z Harlemu, nie miałbym powodu, żeby powątpiewać. Potężne głosy często cierpią na emocjonalny niedobór i marnieją, wykrzykując kolejne frazesy o miłości. Maria Ka potrafi jednak poruszyć i jeżeli szukacie dobrego utworu do siedzenia na parapecie z kieliszkiem wina w jednej dłoni i „Ecce Homo” w drugiej, to nie mogliście trafić lepiej.

Zapytałem Marię, dlaczego nie śpiewa o miłości, ale uświadomiła mi, że być może po prostu tego nie usłyszałem: „A może śpiewam? Miłość jest przecież obecna w wielu rzeczach. To nie jest oczywiste uczucie, właściwie nie do końca wiadomo, czym ona jest. Im dłużej żyję, tym bardziej zasadne jest to pytanie, choć brzmi to banalnie. Z pewnej perspektywy można powiedzieć, że miłość jest wszędzie i że zawsze śpiewam o niej. Jestem daleka od narzucania interpretacji moich tekstów. Piszę je i słyszę z określoną, towarzyszącą mi w danej chwili emocją, ale to, jak ludzie je odbierają, to już ich odczucia i interpretacje. Inspiracją są dla mnie wszelkie relacje międzyludzkie, nieścisłości, rzeczy zawoalowane. Na pewno bliskie są mi działania impresjonistów, którzy wybierali konkretny, krótki moment dnia i wyczekiwali go, aby wykonać szkic i później, mając w pamięci widok trwający ułamek sekundy, stworzyć cały obraz”.

Możliwe, że Maria Ka jako zespół w ogóle nie zaistniałby w takiej formie, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności po długich i bezowocnych poszukiwaniach właściwych muzyków. „To była ciężka droga, zakończona, w moim przekonaniu, niepowodzeniem i decyzją o przeprowadzce do Warszawy – opowiada Maria. - Stwierdziłam, że nie znalazłam tutaj tego, czego szukałam i właśnie wtedy poznałam na weselu naszych wspólnych przyjaciół Pawła Osickiego. To było bardzo muzyczne wesele - nie było przygrywającego zespołu, sami zaproszeni goście natomiast kolejno występowali ze swoim programem. Na scenę wchodziły składy, jeden po drugim, a ja stałam w kącie, coraz bardziej zestresowana, bo jako jedyna miałam wystąpić sama i do tego ostatnia. Przed występem na Open'erze nie byłam takim trzpiotem zdenerwowanym, jak na tym weselu [śmiech]. W trakcie wykonywania jednej z piosenek usłyszałam za sobą grającą perkusję, obróciłam się i zobaczyłam siedzącego za bębnami, improwizującego Pawła. Po weselu stwierdziliśmy, że warto byłoby coś razem zrobić. Pokazałam Pawłowi mój materiał i rozpoczęliśmy próby, podczas których aranżowaliśmy moje utwory na »żywe« dźwięki. To była dosyć ciekawa forma, podobna trochę do zespołu The Dresden Dolls, ale nie chciałam iść w tę stronę. Brakowało mi w tym jeszcze gitary. Na pewnym etapie przyszedł do pracowni Michał Kusz - został na próbie, pojawiła się muzyczna całość. Tak zaczął się etap trio”.

Debiutancki album Marii Ka jest już gotowy, ale zanim słuchacze będą mogli go wypróbować, zespół musi przejść przez najtrudniejszą i najnudniejszą fazę - szukanie wydawcy. Do tego czasu polecam zatankować wysokoenergetyczne paliwo na koncertach, których nie brakuje ani w Trójmieście, ani poza nim.

fot. A. Jastrzembski


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive