Believe in Nothing, dwudziestolecie "najgorszego" albumu Paradise Lost

Początki XXI wieku to ciekawy okres w muzyce z okolic rocka. Z jednej strony szczyt przeżywał nu metal, choć największe sukcesy odnosiły Slipknot bądź System of a Down, czyli zespoły wpychane do tej szuflady na siłę; z drugiej trwała ekspansję pop-punka, Slayer wydał "God Hates Us All" w dniu zamachu na World Trade Center, ukazało się kultowe dla mathcore'a "Jane Doe" Converge i... "Believe in Nothing" Paradise Lost.

Ostatnia z tych płyt jest chyba najczęściej pomijaną z całego zestawu, a szkoda, bo to jedyna pozycja w przepastnej dyskografii Brytyjczyków, na której znajdziecie bezpretensjonalnego, przebojowego rocka bez udziwnień. Dlaczego album z 2001 roku jest zapomniany zarówno przez fanów, jak i samo Paradise Lost? Co inspirowało muzyków zespołu przy jego tworzeniu? Czy panowie puścili oko w kierunku wielkiego naówczas brit-popu? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań udziela Małgorzata Gołębiewska, autorka biografii zespołu zatytułowanej "Raj dla cyników".

 

Łukasz Brzozowski: "Believe in Nothing" wydaje się najbardziej zapomnianym materiałem w karierze Paradise Lost, a nawet sam zespół wolałby o nim nie pamiętać. Skąd ta antypatia?

Małgorzata Gołębiewska: Nie wiem, czy zapomnianym, bo muzycy wygrzebują go zawsze wtedy, gdy trzeba wskazać najgorszy moment w ich karierze. W dyskredytowaniu płyty przoduje Greg [Mackintosh - gitarzysta], choć o jego antypatii dowiedzieliśmy się dopiero z filmu Dirana Noubara - "Over the Madness". Właśnie tam po raz pierwszy powiedział, że nie przepada za tym materiałem, bo zespół za bardzo ugiął się przed EMI. Warto jednak zastanowić się, na ile niechęć do "Believe in Nothing" faktycznie wynika z artystycznego dyskomfortu, a na ile z kalkulacji.

 

Płyta wyszła po kontrowersyjnym "Host". Dziś ten krążek ma oddanych wielbicieli, ale w momencie premiery wywołał dezorientację i - co tu dużo mówić - rozczarowanie. Fani nie chcieli elektronicznego Paradise Lost. Sami zainteresowani również szybko doszli do wniosku, że to był jednorazowy eksperyment. Postanowili wrócić do tradycyjnego, gitarowego grania. Z charakterystyczną melodyką Mackintosha, ale bez autoplagiatów i sentymentalnych wycieczek. Mogłoby się wydawać, że rockowa obróbka zyska przychylność tych, których zawiódł "Host. Stało się jednak inaczej. W zagranicznej prasie "Believe in Nothing" został przyjęty dość chłodno, a w Kerrangu! - który po "Draconian Times" nazwał Paradise Lost najlepszą metalową formacją od czasów Iron Maiden - wręcz fatalnie, dostał jedną gwiazdkę. Dziennikarz zakończył recenzję soczystym: Pierdolcie się. Dobranoc.

Konkurencyjne magazyny podzielały sceptycyzm. Może nie były aż tak radykalne w ocenie, ale spadek notowań grupy był zauważalny. To musiało zaboleć, zwłaszcza po niedawnych zachwytach i oczywiście nie przeszło bez echa u chłopaków z Halifax. Być może sami byli zaskoczeni, że przywrócenie tradycyjnie brzmiących gitar nie zagwarantowało sukcesu. Fani i pismacy chcieli więcej - dawnego Paradise Lost, najlepiej drugiego "Icon" lub "Draconian Times". Kolejne lata twórcze pokazują, że zespół zaczął spełniać te życzenia. Dziś panowie znów brylują na metalowych salonach. To jak powrót synów marnotrawnych. W międzyczasie trzeba było się pokajać, przyznać do błędów. "One Second" - mimo zmiany stylu - nie budzi większych zastrzeżeń. "Host" został doceniony, zresztą, dla Nicka to zbyt osobista płyta, by zrobić z niej kozła ofiarnego. "Symbol of Life" miał całkiem niezłą prasę, a "Believe in Nothing" został gdzieś pomiędzy, bez rehabilitacji. Oczywiście możliwe, że EMI zbyt mocno ingerowała wtedy w produkcję krążka, a nie wypadało o tym mówić w momencie, gdy obowiązywał kontrakt, ale nasuwa się pytanie, jak twórcy ocenialiby ten materiał, gdyby został dobrze przyjęty przez dziennikarzy i fanów? Wystarczy przypomnieć, że długo krytykowali swój debiut. Dziś natomiast, po Vallenfyre i kursie obranym na "The Plague Within", Greg umieszcza go w top 5 albumów swojej kapeli. Punkt widzenia po prostu nieraz zmieniał się wraz z ich muzyką. Albo wraz z muzyczną koniunkturą.

 

Na "Believe in Nothing" jest więcej rocka niż na "Host", ale muzycy Paradise Lost nie zdecydowali się na całkowite przepraszanie fanów, jakie miało miejsce parę płyt później. Masz tezę, gdzie upatrywać przyczyny takiego, a nie innego podejścia?

Nie czuli takiej potrzeby, choć faktycznie w tym samym czasie - w 2001 roku - tych przeprosin było całkiem sporo. Megadeth i Kreator przypomniały sobie o thrashowym rodowodzie, My Dying Bride już nie pamiętał o eksperymencie z procentami, także Moonspell wrócił do czasów sprzed "Sin/Pecado". Paradise Lost wprawdzie zrobili krok wstecz w porównaniu z "Host", ale jak sam zauważyłeś, bez grania na sentymentach. Nadal też podchodzili do death metalu i metalu w ogóle z ironią. Greg czuł się wówczas zmęczony tym nurtem. Dziś pytany o inspiracje, wymienia klasykę muzyki ekstremalnej. Podczas tworzenia "Believe in Nothing" w jego odtwarzaczu kręciły się jednak zupełnie inne płyty, między innymi "White Pony" Deftones, "Come Clean" Curve, "The Contino Sessions" Death in Vegas. Ponadto duże wrażenie robiła na nim twórczość Queens of the Stone Ages oraz styl The Edge'a z U2. Nick z kolei wsłuchiwał się Morissey'a, The Cardigans czy A Perfect Circle. Ówczesne playlisty kompozytorów Paradise Lost to dość obrazowa odpowiedź na twoje pytanie.

 

Ta płyta kojarzy mi się przede wszystkim z jednymi z lepszych tekstów Holmesa w całej jego karierze. Jest w tym brytyjski humor, jest zabawa słowem. Co ciekawe, im dalej w las - jeśli o dyskografię Paradise Lost chodzi - tym sam zainteresowany coraz bardziej stawał się zwyczajnym metalowym piosenkopisarzem.

Tak wyszło, że najlepsze teksty powstały w okresie eksperymentalnym - od "One Second" po "Symbol of Life". Są prostsze językowo od liryków z "Icon" czy "Draconian Times", a jednocześnie nie tak banalne, jak wywody z "PLX" ["Paradise Lost" z 2005 roku] lub "In Requiem". Ciekawie jest też od strony tematycznej - na "Believe in Nothing" mamy wątek o hipochondrii ("Illumination"), ludzkich interakcjach i okolicznościach, które od siebie oddalają ("Divided"), stagnacji i braku odwagi na podjęcie decyzji ("Control"), niesłusznym przekonaniu o własnej wyjątkowości ("I Am Nothing"), o przyjaciołach, którzy zawodzą wtedy, gdy są potrzebni ("World Pretending"). To wszystko jest bliższe człowiekowi niż opowieści o shadows haunt the night. Dużo tu też ironii, gierek słownych i żartów, które studzą negatywne emocje. I chyba ta brytyjska przewrotność, ten luz wciśnięty między wersy, wpływają na odbiór. Gdy panowie wrócili do metalu, teksty Nicka - przynajmniej od strony językowej - znów stały się bardziej wydumane, a momentami pretensjonalne.

"Believe in Nothing" to w dużej mierze płyta Stevena Edmondsona - na żadnej innej bas nie został uwypuklony tak dobrze. Co sam zainteresowany o niej sądzi, jak ją wspomina?

Podczas nagrywania "Believe in Nothing" Steve używał wzmacniacza AMP z 1980 roku i grał na pięciostrunowym basie Music Man. Warto dodać, że nie próżnowali też gitarzyści. Greg właśnie wtedy, po przeprowadzce, stworzył w domu własne studio nagrań. Tam kombinował i testował nowy sprzęt. Aaron [Aedy] miał trzy gitary, używane w zależności od potrzeb. Zespół ponadto wynajął vintage'owy piecyk Fender Twin. Podobno Jeff Beck polował na niego ładnych parę lat. To wszystko świadczy o sporym budżecie, który EMI przeznaczyła na produkcję materiału.

 

Gdzieś trafiłem na opinię, że to najbardziej nielubiana płyta wśród fanów Paradise Lost razem z "Host". O ile w przypadku albumu z 1999 jestem w stanie to zrozumieć, tak tutaj nie.

Nie jestem przekonana, czy dziś "Host" ciągle wchodzi w skład tego nielubianego pakietu. Wielu przecież doceniło ten album. Oczywiście są nieprzejednani, którzy uparcie twierdzą, że to piosenki Depeche Mode, a nie Paradise Lost, ale jest lepiej niż w 1999 roku. Z pewnością sam dziś zauważasz większą otwartość na tego typu eksperymenty. "Believe in Nothing" za to faktycznie nie doczekał rehabilitacji - przynajmniej nie tak widocznej jak "Host". Na pewno duże znaczenie ma narracja zespołu. Niechęć twórców nie zachęca do dania drugiej szansy. Opinia muzyków po prostu stała się wiążąca dla fanów. Ale uczciwie trzeba też powiedzieć, że nie każdemu mógł odpowiadać obrany kierunek. Na "Believe in Nothing" mamy resztki po eksperymentalnym "Host", ale zamiast elektroniki i przetworzonych gitar, dominuje rockowe brzmienie. Dla niektórych był to stan zawieszenia i brak zdecydowania, w którą stronę pójść - czy celować w mainstream, czy wracać do stylu, który wywindował zespół na szczyt. Z perspektywy czasu "Believe in Nothing" brzmi jednak spójnie. Panowie nie reanimowali tu stylistyki, której wtedy nie czuli, to nie był klon "Icon", a naturalna konsekwencja "One Second" i "Host". W znacznie większym rozkroku zespół stanął choćby przy "In Requiem", gdzie naprawdę nie mógł się zdecydować, czy wrócić do własnych korzeni, czy pojechać na kolejną trasę z Nightwish.

 

"Believe in Nothing" było interesującą płytą od strony źródeł inspiracji. Fani i prasa potrafili szufladkować go jako dziecko ery nu metalu... A jak było naprawdę? Gdzie tkwiły główne inspiracje Paradise Lost podczas tworzenia tej płyty?

Rzeczywiście czasem pojawiały się nu metalowe odniesienia. Prawdopodobnie chodziło o zbasowane brzmienie "Look at Me Now" i "Sell to the World". Być może ówczesna fascynacja Grega Deftones przeniosła się na mocniejsze partie albumu. Ciekawsze są jednak inne tropy. W "I Am Nothing" wibrujące efekty gitarowe nasuwają skojarzenia ze stylem The Edge'a; choćby z utworem "Staring at the Sun"; "Mouth" oparto na stonerowym riffie; w "Faded" pobrzmiewają echa brit-popu, to taka paradajsowa odpowiedź na "Tender" Blur; w "Illumination" przemycono melodykę uwielbianego przez Grega The Cult; w "Never Again" pozostały ślady po "Host" i Depeche Mode. Mamy więc sporo muzycznych tras, bo to naprawdę ciekawa i różnorodna płyta. Wbrew niechęci Grega, znacznie mniej wymuszona niż późniejsze powroty do przeszłości z lat 2005-2012.

Z racji tego, że "Believe in Nothing" jest trochę w cieniu pozostałych płyt Paradise Lost, w głównym obiegu nie krąży zbyt wiele historii z nią związanych. Zakładam, że ty, jako autorka biografii, pewnie i tak mogłabyś sypnąć różnymi ciekawostkami z tego okresu.

W utworze "Gone" (z EP-ki "Mouth") planowano wykorzystać fragment monologu Rutgera Hauera z "Łowcy androidów". Słowa time to die miały wtopić się w odgłos deszczu. Pomysłu nie zrealizowano ze względu na cenę praw autorskich. Okazała się zbyt wysoka. Już po premierze płyty muzycy odkryli, że bin - skrót od "Believe in Nothing" - to po szwedzku pszczoły. Przez przypadek zatem tytuł zgrał się z okładką. Najciekawszy jest jednak ówczesny styl życia. Dzięki bogactwu EMI, panowie czuli się jak gwiazdy rocka. Imprezy kończyli rachunkami na dziesięć tysięcy funtów, na wyciągnięcie ręki mieli butelki koniaku, kubańskie cygara, stuletnie brandy, pięciogwiazdkowe hotele. Wszystko oczywiście na koszt giganta fonograficznego. Kiedy zespół opuszczał wytwórnię, był jej winien milion funtów. Polskim fanom z pewnością utkwił w pamięci koncert z Metalmanii 2002 i nie ze względu na muzykę, a z powodu zachowania Nicka. Publika zapamiętała pajacyki na scenie, rzucenie mikrofonu podczas "Forever Failure" i humorystyczne zapowiedzi innych gwiazd festiwalu. Wszystko przez alkoholowe odurzenie. A w zasadzie przez mieszankę alkoholu z lekami. Na drugi dzień muzycy nie mogli dobudzić swojego frontmana. Portier wszedł przez balkon do jego pokoju hotelowego, by otworzyć drzwi od wewnątrz. Holmes w końcu się ocknął, ale nie na tyle, by oprzytomnieć. Koledzy założyli mu okulary przeciwsłoneczne, wzięli pod ramię i zaciągnęli na lotnisko. Prawie tak, jak w klipie do "The Enemy".

 

Niespełna trzy lata temu "Believe in Nothing" i "Host" doczekały się gruntownego remasteringu. O ile pierwsza z płyt dostała nowe życie i wyeksponowano jej największe atuty, o tyle druga jest ciężkostrawną bułą ze schowanym basem, sztucznie napompowaną perkusją i brakiem nawet minimum żaru z oryginału. Co poszło nie tak?

Pół żartem pół serio - muzycy Paradise Lost tak bardzo chcieli, by "Believe in Nothing" zostało złym albumem, że w końcu naprawdę do tego doprowadzili. Remaster brzmi jak demo do właściwej płyty. Wokale i bębny - atuty oryginalnej wersji - ocierają się tutaj o karykaturę, a basu na tej płycie nie ma. Po prostu nie ma. Wystarczy odpalić "Control", wykastrowany z niepokojącego klimatu i właśnie z pulsującej partii Steve'a. Albo "Leave this Alone" z EP-ki. To zupełnie inny utwór, jakby nagrany od nowa, oczywiście dużo gorzej, bez detali z tła. Zastanawiam się nawet, czy można dokonać takiej ingerencji w oryginalne ścieżki, ale pewnie dziś nie ma rzeczy niewykonalnych w studiu. W "No Reason" momentami prawie nie słychać wokalu. Niepojęte, że tak schrzaniona wersja została zaakceptowana, a jeszcze bardziej, że za remaster odpowiada Jamie Gome Arellano, bo "Host" faktycznie odkurzył znakomicie. Spójrz, dokąd na koniec doszliśmy. Historia zatoczyła koło. Jeśli EMI upierała się przy oryginalnej produkcji na przekór zespołowi, to trzeba przyklasnąć tym naciskom. John Fryer - facet, który przecież maczał palce w produkcjach This Mortal Coil, Cocteau Twins, Nine inch Nails, White Zombie czy HIM - nadał oryginałowi "piecowe", przestrzenne brzmienie i w odróżnieniu od remastera, podszedł do sprawy zawodowo. Może Paradise Lost gdzieś w swoich serduszkach dobrze o tym wiedzą. W końcu na "Obsidian" mamy piękne nawiązanie właśnie do pierwotnego klimatu "Believe in Nothing" - "Ending Days" brzmi niemal jak zaginione nagranie z 2001 roku. Z przedzierającym się do przodu basem, tak głupio wyciszonym na tym nieszczęsnym remasterze. Zresztą, to właśnie przez skopany bas odnowiony "Believe in Nothing" jest tak zduszony i stłumiony. Nic nie zostało z selektywności, którą wykręcił Fryer.

Jaki jest twój odbiór tej płyty teraz, a jaki był dwadzieścia lat temu, przy premierze?

Podobny. Nigdy nie miałam z nią problemu. "Believe in Nothing" to przede wszystkim fajny, rockowy materiał z dobrze skrojonymi piosenkami. Bez wysilania się na mrok i bez udawania tuzów gothic metalu. Ostatni album bez odcinania kuponów, z ciągu: każda kolejna płyta zaskakuje i jest inna od poprzedniczki. Wprawdzie "Symbol of Life" również można włączyć do tej serii, ale to już pomost między Paradise Lost jeszcze zaskakującym a Paradise Lost już stopniowo wracającym do ostrzejszych brzmień.

 



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive