Pył: Ambicji instrumentalnych nie mam już od dawna

Umarło Ampacity, niech żyje Pył - o ile taka myśl byłaby nie do końca na miejscu po premierze bezpiecznego i poprawnego debiutu gdynian, o tyle tegoroczna EP-ka ("Farwater") w pełni mnie do niej uprawnia. Jeśli lubicie muzykę instrumentalną, która nie ucieka w kakofoniczne popisy i jedną wielką solówkę, rekomenduję zapoznanie się z tym materiałem. O nim i o filozofii grania w takiej estetyce rozmawiam z gitarzystą grupy, Piotrem Paciorkowskim.

Łukasz Brzozowski: Pozwól, że zacznę trochę niestandardowo - masz ulubioną porę roku?

Piotr Paciorkowski: W sumie przez całe życie nikt mi nie zadał takiego pytania, ale raczej bez większego namysłu - lato.

 

To pozornie głupie pytanie jest w jakiś sposób zasadne, jeśli bierzemy pod uwagę muzykę Pyłu. Wasz debiut był trochę jak późne lato właśnie - płynął, miewał pewne wzniesienia, ale był bardzo przyjemny do słuchania. Nowa EP-ka jest jak wczesna wiosna - nieprzewidywalna, skupiona wokół bardzo różnych nastrojów. Zgodziłbyś się?

Jako autorowi trudno jest mi jednoznacznie powiązać muzykę z takimi uczuciami jak przyjemność, bo jednak cały proces twórczy w tym względzie może bardzo różnić się od efektu końcowego. Na pewno natomiast zgodzę się z tym, że nowa płyta jest mocno nieprzewidywalna i eklektyczna.

Postawienie na eklektyzm było waszym zamierzeniem wobec dużo bardziej jednorodnego "Pyłu" czy wyszło to samo z siebie?

To zawsze wychodzi dość naturalnie. Robiąc muzykę instrumentalną o bliżej niedookreślonym gatunku, szukamy interesujących i intrygujących połączeń różnych motywów i brzmień. Czasami to jest karkołomne, bo wychodzi z tego tak zwany patchwork, którego ciężko się słucha, a czasami wychodzi dobrze i mam nadzieję, że to nam się tutaj udało.

 

No właśnie, ciekawe zagadnienie. Wasza muzyka jest pełna różnych wątków - szybko zmieniacie nastroje, jednocześnie często stawiacie na trans sekcji rytmicznej. Jak komponować muzykę pozbawioną wokali tak, by cały czas pozostawała ciekawa i wyważona pod kątem ilości różnych elementów?

No właśnie, jak? To truizm, ale nie ma recepty na zrobienie dobrego numeru, nieważne czy jest to dwunastotaktowy blues, czy dwudziestominutowy prog rockowy klocuch. Wokale same w sobie są jednak - szczególnie te dobre - takim "nadinstrumentem", dzięki któremu wtórność schematu typu zwrotka-refren-zwrotka-przejście-refren razy dwa schodzi na dalszy plan. Trudno zastąpić ładunek emocjonalny związany z dobrym wokalem i tekstem melodyjkami na gitarze czy saksofonie, chyba że chcemy grać przez cały numer "solo życia". Są oczywiście gatunki, w których wypracowano schematy działające instrumentalnie, choćby wielkie post-rockowe crescendo albo potęga jednego riffu w doom metalu. Natomiast jeżeli grasz coś niedookreślonego, to zaczynasz kombinować właśnie przede wszystkim z aranżem czy nastrojem.

 

Były momenty, kiedy żałowaliście braku wokalu? Przypuśćmy w obliczu ewentualnego braku weny, gdy trudno o ambitną pracą instrumentów?

Mogę mówić za siebie, bo nigdy nie mieliśmy takich kolektywnych wniosków, ale na pewno żałuję, że nie mieliśmy na podorędziu wokalu. Przy czym nie ma też co ukrywać, że nie mieliśmy pomysłu na to, jak ten wokal miałby wyglądać, więc zamiast zajmować się próbami jego zorganizowania i docierania się, postawiliśmy po prostu na instrumenty. Co ważne, saksofon w pewnym sensie potrafi mieć w sobie coś z wokalu.

Pył: Nasza muzyka nie jest osadzona w konkretnym nurcie (wywiad)

 

Momentami saksofon wręcz dominuje nad całością. Była to dla ciebie, jako gitarzysty, ciekawa sytuacja, gdy trochę częściej schodziłeś w cień, zamiast prowadzić cały zespół?

Była raczej oczekiwana. Chciałem, żeby melodie saksofonu były wyeksponowane. Ambicji instrumentalnych nie mam już od dawna, bardziej kompozytorskie i w tym względzie uważam, że saksofon na pierwszym planie jest dobrym posunięciem.

 

Nie uważasz, że jednak przy muzyce, która nie jest najprostszą na świecie, wypada mieć pewne instrumentalne ambicje?

Wypada mieć jakieś umiejętności i zrozumieć instrument, ale w moim przypadku jest to bardzo dalekie od wirtuozerii i zupełnie mi nie przeszkadza. Być może śmieję się z tego "solo życia", bo sam nie potrafię zagrać super solówki. Z drugiej strony... Gdybym potrafił, to pewnie nie oparłbym się pokusie, by grać ją cały czas. Naprawdę uważam, że poza nielicznymi wyjątkami, taka muzyka nadaje się tylko do imponowania początkującym instrumentalistom.

 

Mam na myśli inną specyfikę posługiwania się warsztatem. Nie uważasz, że bardzo wysoki poziom umiejętności instrumentalnych w takiej muzyce jest istotny z tego powodu, że możesz swobodnie odegrać każdy pomysł ze swojej głowy? Niezależnie od tego, czy zaawansowany technicznie, czy też nie.

Patrząc z mojej perspektywy, przekładanie pomysłów z głowy na instrument nie jest problemem, a mimo tego, nie powiedziałbym o sobie, że mam wysoki poziom umiejętności. Może trochę się deprecjonuję, a może te pomysły nie są aż tak wymagające. Na pewno znajomość harmonii i teorii muzyki może być wspaniałą pomocą w rozwijaniu swoich kompozycji, co często obserwuję, podpatrując profesjonalistów.

Okładkę "Farwater" zdobi zdjęcie z zamierzchłych czasów, na którym widzimy twojego dziadka. Nie zapytam, dlaczego akurat zdecydowałeś się na tę fotografię, bo pewnie zapyta cię o to mnóstwo innych osób. Chciałbym za to dowiedzieć się, czy w twojej opinii koresponduje ona z zawartością tych numerów, w pewien sposób je ilustruje?

Mam nadzieję, że jest ona na tyle otwarta i niedopowiedziana, że dla każdego słuchacza widok tego zdjęcia w połączeniu z muzyką przywoła inny nastrój i skojarzenia. Dla mnie jest to oczywiście dużo bardziej osobista sprawa, związana nie tylko z samym klimatem fotografii, ale i z postacią dziadka, który był marynarzem i dotarł tym swoim farwaterem do Nowego Jorku jeszcze w latach 50. Już samo to, że doszło do tej podróży i to, jak musiał czuć się w tym miejscu i czasie człowiek wyrwany z głębokiego PRL-u sprawia, że dla mnie to zdjęcie koresponduje z klimatem płyty bardzo mocno.

 

Przesadą byłoby powiedzenie, że "Farwater" to swoista próba oddania hołdu twojemu dziadkowi?

Przesadą, dla mnie zdjęcie po prostu naturalnie pasowało do napisanej już muzyki.

 

Ciekawi mnie, czy taka muzyka ma stałe grono odbiorców? Dla fanów prog rocka jesteście zbyt transowi, a entuzjastom piosenek może zgrzytać brak wokalu. Jednocześnie nie odlatujecie też w rejony dziwacznego jazzu. Pył ma swoich fanów?

Myślę, że jest pewien wspólny mianownik z fanami muzyki, jaką grałem w poprzednim zespole - Ampacity. Wiele osób siedzących w scenie psychodelicznej czy stonerowej wysyła nam dużo pozytywnych sygnałów. Inna sprawa, że nie należymy do najaktywniejszych ludzi, jeżeli chodzi o autopromocję. Trudno więc powiedzieć, jak bardzo to grono powiększyłoby się, gdybyśmy rozpychali się łokciami trochę mocniej. Mam też wrażenie, że "Farwater" jest na tyle różny od pierwszej płyty, że grono odbiorców może ulec zmianie - mam nadzieję, że nie na gorsze oczywiście.

No właśnie - Ampacity. Nie miałeś początkowo podskórnych obaw, że Pył może nie usatysfakcjonować fanów twojego poprzedniego zespołu?

Miałem świadomość, że nie przekona wszystkich fanów Ampacity, bo to jednak inna muzyka, inne instrumentarium i flow. Nie jest to raczej źródłem moich obaw, bo duży sukces to ostatnia rzecz, jaką wiążę z tym projektem, tak samo zresztą jak w przeszłości z Ampacity. Patrzę raczej z ciekawością, jaki będzie odbiór nowej EP-ki

 

Czy na horyzoncie jest już pomysł na następcę debiutanckiego albumu?

Dla mnie ten materiał jest w pewnym sensie następcą pełnoprawnym, choć z racji długości dwudziestu minut mówimy oczywiście o EP-ce. Na ten moment nic nowego się nie szykuje, covid oraz tak zwana proza życia dość mocno nas przystopowały. Można powiedzieć, że teraz łapiemy oddech.

 

fot. Przemysław Mazur (1), Magdalena Dopke (2)


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive