Mad In Poland

Kilka razy w publikowanych tu tekstach muzycy opowiadali o swoich rozstaniach z rockiem, który stał się w ich oczach gatunkiem skostniałym, niemożliwych do dalszego rozwijania.

Być może jest to prawda, ale wciąż zdarzają się zespoły potrafiące obrać utartą ścieżkę i pociągnąć za sobą szereg słuchaczy.

Hatifnats, Renton, Lili Marlene, Rotofobia - jeszcze niedawno każdej jesieni lub wiosny można było na nich wpaść we wszystkich większych miastach Polski. Może nie wyprzedawali koncertów, ale frekwencja przez długi czas utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza jak na kapele, które dopiero co wyszły z garażu. Popularność muzyki inspirowanej brytyjskim rockiem pojawiła się gwałtownie, a po kilku tłustych latach równie gwałtownie zniknęła. Niektórzy mieszkańcy Trójmiasta wciąż z sentymentem wspominają imprezy typu Indie Rock Festival, This Is Not Another Typical Party czy legendarne Indie Night Party, a powodów ich zgonu nikt nie potrafi jasno sformułować. Nie wszyscy jednak zawiesili gitary na kołkach i od czasu do czasu pojawiają się nowe zespoły zafascynowane tą stylistyką, które rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Jednym z nich jest Mad in Poland.

Kiedy zapytałem Błażeja Kucmana, gitarzystę, czy według niego zainteresowanie tego rodzaju graniem wciąż istnieje, kompletnie nie podzielił mojej czarnej wizji upadku indie rocka: „Grono odbiorców oczywiście istnieje. Moim zdaniem nie zmieniły się zainteresowania, tylko czasy. W tej chwili każdego dnia dzieje się wiele, szczególnie w większych miastach. Jeśli chodzi o nasze granie, jest ono proste, a ludzie lubią proste rzeczy, proste rozwiązania”. Określanie czegoś jako proste zazwyczaj oznacza kilka gwiazdek mniej, ale na Soundrive.pl na szczęście nie stosujemy skali ocen, tylko skalę argumentów. W muzyce Mad in Poland faktycznie nie uświadczycie gwałtownych zmian tempa, nieparzystych uderzeń w werbel czy gitarowych solówek odgrywanych palcami szybszymi od pendolino. Miałem kiedyś przyjemność rozmawiać z Tomaszem Stańko, który wypowiedział następujące słowa: „Pierwszą rzeczą, jaką mnie nauczył Komeda była właśnie prostota. Jest ona trudna, bo istnieje niebezpieczeństwo zbliżenia się do kiczu, ale jest zarazem piękna. Łatwiej jest przemycić coś kiepskiego, jeżeli ubierze się to w formę nowoczesną, skomplikowaną, utrudnioną”. Jazzowy i rockowy minimalizm są od siebie wprawdzie bardzo różne, ale idea pozostaje niezmienna, a „Wściekli w Polsce” realizują ją z wiarygodnością, której brakuje wielu innym twórcom.

„Rescue Me” - pierwszy utwór z debiutanckiej EPki - zbudowany jest na klasycznym schemacie zwrotka-refren, muzycznie przypomina nieco Foo Fighters, wokalnie Oasis i prawdopodobnie długo można by się czepiać odtwórczości tego pomysłu, gdyby nie jego bezlitosna przebojowość zmuszająca do nieustannego zapętlania. Może wielu osobom wydaje się, że stworzenie połamanego solo o długości dziesięciu minut jest ogromnym osiągnięciem, moim zdaniem znacznie większym jest napisanie tak chwytliwego i nie rażącego banałem refrenu, jak w „Rescue Me”. „Walk on By” powstało według podobnego przepisu, lecz w wyraźnie wolniejszym tempie, z kolei „All By Myself” to kolejny materiał na radiowy hit, a przynajmniej byłby nim, gdyby polskie stacje radiowe wciąż miały ambicje do ustalanie trendów, zamiast powielania zagranicznych.

W pewnym sensie Mad in Poland mają ułatwioną sytuację, ponieważ w ich szeregach znajduje się rodowity Brytyjczyk, dla którego tego typu stylistyka jest równie naturalna, jak dla Polaka „Hej, sokoły”. Miałem okazję słyszeć Craiga Coppocka już kilkakrotnie z jego wcześniejszym (obecnie nieaktywnym) zespołem - Supa-Fi. Kiedy zagrali akustycznie w niewielkiej przestrzeni jednej z sal szkoły językowej, miałem wrażenie, że znalazłem się na prywatnej audiencji u Dave'a Grohla i do pewnego stopnia podobną atmosferę czuć w twórczości Mad in Poland. Riffy są tu wprawdzie znacznie mocniejsze, a stopa perkusisty wyraźnie cięższa, ale najprawdopodobniej wynika to z innego podziału ról przy komponowaniu. „Muzykę tworzą w zespole głównie Polacy [śmiech] – opowiada Błażej. - Zwykle nagrywamy całe utwory, a Craig tworzy linię melodyczną i pisze słowa”. Podział ten powstał w naturalny sposób, a cała piątka błyskawicznie znalazła wspólny język: „Nagraliśmy »na setkę« jakieś riffy i po trzydziestu minutach Craig odesłał nam gotowy numer... Nagrał nawet chórki. Byliśmy w szoku”.

Prace nad pierwszym wydawnictwem Mad in Poland są na ukończeniu, materiał ukaże się w wersji fizycznej, ale bez współpracy z wytwórnią czy dystrybutorem. „Raczej myślimy, żeby dotrzeć z nim przede wszystkim do ludzi. Na pewno roześlemy kilkadziesiąt sztuk do rozgłośni radiowych, do innych zespołów i wszędzie gdzie się da” - twierdzi Błażej i zapewnia, że wraz z EPką pojawi się wzmożona aktywność sceniczna: „W tej chwili nie koncertujemy, ale jest to też związane z tym, że gra z nami czwarty perkusista z kolei, mamy nadzieję, że ostatni. Jak tylko dokończymy materiał, mamy zamiar ruszyć na sceny i do klubów”. Warto ruszyć za nimi, bo w prostocie tkwi ogromna siła, a nawet najlepszy domowy system audio nie odda jej tak dokładnie, jak bezpośrednie spotkanie z muzyką.

fot. mat. arch.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive