Jesień

Jesień bezwzględnie okryta jest złą sławą. The Moody Blues śpiewali o wiecznej jesieni spowodowanej porzuceniem przez kobietę; Pet Shop Boys przekonują, że dla samuraja jesienią nie jest ani tak łatwo, jak było, ani tak trudno, jak może być; z kolei Tymon Tymański nie cieszy się w tym okresie z brazylijskiego serialu.

Jesień bezwzględnie okryta jest złą sławą. The Moody Blues śpiewali o wiecznej jesieni spowodowanej porzuceniem przez kobietę; Pet Shop Boys przekonują, że dla samuraja jesienią nie jest ani tak łatwo, jak było, ani tak trudno, jak może być; z kolei Tymon Tymański nie cieszy się w tym okresie z brazylijskiego serialu. Krótko pisząc, jesień to zło i rozpacz, a po zespole nazwanym na jej cześć można by oczekiwać potężnej dawki melancholii, ale toruńska Jesień przekracza wszelkie instynktowne oczekiwania.

 

Zespoły tego rodzaju to koszmar dziennikarza - nazbiera sobie człowiek kilka segmentów z różnymi szufladkami, ale żadna nie wydaje się adekwatna, więc pojawiają się pomoce: „post”, „eksperymentalny”, „psychodeliczny”... Tylko co? Samym przymiotnikiem czytelniczej fantazji nie sposób pobudzić, pozostaje podstęp - zrzucenie odpowiedzialności na sam zespół. Zapytałem Szymona Szwarca - wokalistę i gitarzystę - o wspólne początki, granie rockowych coverów w garażu i cały ten dryl typowy dla młodych zespołów, ale odpowiedź nie ułatwiła mi zadania: „Odkąd zaczęliśmy grać razem, nie było mowy o coverach. To była jedna z żelaznych zasad. Jasne, że miało się ochotę czasem na to czy na tamto, ale olaliśmy temat naśladownictwa, skupiając się na budowaniu wspólnego języka, sposobu wyrażania się. Myślę, że to było całkiem rozsądne posunięcie, bo przy wszelkich inspiracjach muzycznych, tropach, którymi podążamy, rzeczach, które możesz odbierać jako cytaty, nawiązania i tak dalej, udało się zachować coś niewątpliwie własnego i to jest to, co nas łączy, coś, dzięki czemu jeszcze się graniem i sobą nie znudziliśmy”.

 

W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak rozgrzać kłykcie i opisać subiektywne doznania bez wsparcia etykiet oraz porównań. Początek albumu „O” nie zapowiada jeszcze zbliżających się problemów opisowych. Pierwsza minuta to sielankowe tempo, monotonna perkusja, niemal melorecytacja w stylu Kazika. Całość gładko zmierza do refrenu, później zapętlenie schematu i piosenka upichcona zgodnie z przepisem... ale refrenu nie ma. Jest za to drastyczne wyciszenie i gwałtowny atak doskonałej solówki gitarowej, a jako ideał nie uznaję tasiemców Satrianiego, tylko soczysty, intensywny fragment, który spójnie wtapia się w całą kompozycję. „Do dziewczyny” potwierdza podejrzenia, że Jesień ma w sobie coś z zespołów pokroju Much, ale podobne cele brzmieniowe realizuje w na tyle odmienny sposób, że dają nieporównywalnie ciekawszy efekt. Niby prosta, ledwie tocząca się ballada, a jednak z miejscem dla rozbiegnięcia się partii instrumentalnych i harmonijnego powrotu na granicę ciszy. Z utworem tym wiążę się też ciekawa, choć nieprzyjemna historia.

 

 

„Zdarzyło się coś takiego, że wirus szalał po sieci i zainfekował komputer naszego montażysty, Arka, który trochę to zbagatelizował - opowiada Szymon. - Wirus zablokował większość plików na tym jego kompie, hakerzy zażądali okupu w bitcoine'ach, słyszałem potem o kilku jeszcze takich historiach, równie nieszczęśliwych, bo na komputerach znajdowały się na przykład magisterki lub inne istotne dokumenty, pliki. Początkowo nie mogłem w to uwierzyć, wyszła nam na prawdę interesująca rzecz, kręcona na jednym ujęciu, trochę w stylu Tarkowskiego, wszystko zagrało, nawet zjawiska atmosferyczne i przyroda. Stanęło na tym, że teledysk nakręcimy jeszcze raz, we wrześniu, teraz nie ma na to czasu. Niektórzy sądzili, że był to jakiś chwyt marketingowy, ale zapewniam, że na tak rozbudowane działania promocyjne raczej byśmy nie wpadli”.

 

„Karetka” to jednej z ciekawszych polskich utworów, jakie w tym roku usłyszycie. Czego tu nie ma... Od free jazzującej perkusji przez masywny, pulsujący bas po wściekle wyjącą gitarę. Co jednak najważniejsze, słuchanie tekstu wyśpiewywanego w języku polskim wcale nie wywołuje wzmożonej grawitacji pomiędzy czołem a otwartą dłonią. „Śpiewanie w rodzimym języku jest trudne choćby ze względu na to, że w jakimś większym stopniu się odsłaniasz - komentuje Szymon. - Angielski jest prosty artykulacyjnie, jakby stworzony do śpiewania gównianych piosenek, polski jaki jest - wiemy mniej więcej wszyscy, no i teraz zaczyna się cała zabawa - trzeba odkryć piękno tego języka, zrezygnować z maski, jaką obcy język ci zapewnia i szukać brzmienia połączonego z sensem. Jest jeszcze parę niuansów, w które tutaj nie będę się zagłębiał, recepty na tekst nie daję, bo nieustannie jej poszukuję, myślę, że chodzi też o to, żeby się tego nie bać”. Basista Michał Supcziński dodaje natomiast: „Śpiewanie w języku angielskim wydaje mi się passé, ogranym schematem. Wiadomo, że są tacy, którym to wychodzi, na przykład Michałowi Bieli, bo jest anglistą, wiec porusza się w tym języku swobodnie, ale większość to raczej pójście na łatwiznę. Na świecie się już nie zwraca uwagi na magiczny język angielski, który zapewni Myslovitz czy innej kapeli karierę na Zachodzie. teraz chce się słuchać francuskiego, rosyjskiego, afrykańskich rzeczy, świat jest bardziej otwarty”.

 

Słuchając „Karetki”, trudno nie odnieść wrażenia, że tworzenie tak wielowątkowej muzyki oraz poetyckiego, niepretensjonalnego i współgrającego z instrumentami tekstu to niezwykle trudne zadania. Szymon zapewnia jednak, że żaden konkretny system komponowania nie może mieć tu trwałego zastosowania: „Nie ma schematu. Można wydzielić kawałki, które są skutkiem epifanicznych doświadczeń, są utwory grane przez lata, które się zmieniają, najczęściej, przynajmniej ostatnio, jest to wynik improwizacji i wspólnej pracy nad materiałem muzycznym, wiadomo, że ktoś czasem coś przynosi, wiadomo, że czasem zrobi się melanż i też coś z tego wyjdzie, ale jednolitej zasady nie uświadczysz, korzystamy z różnych metod dochodzenia do utworu nie zastanawiając się nad tym, wybieramy tę, która aktualnie jest skuteczna. Nie jestem w stanie bardziej tego sprecyzować, bo wydaje mi się, że powiedziałbym nieprawdę, a prawdą jest to, że muzyka, którą gramy jest jakby w ciągłej produkcji, przetwarza się to nieustannie w naszych głowach, w rozmowach, przetwarza się to potem w próbowni, na koncertach - płyta w tym wypadku nie jest kwestią ostateczną”. Dopytałem więc, czy po nagraniach pojawiają się myśli, że jednak trzeba było nagrać ten czy inny fragment w odmienny sposób. „Pewnie, że się pojawiają - odpowiada Michał. - Szczególnie, że utwory na EPkę powstały dawno temu. Większość z nich gramy już inaczej na koncertach, mają zmienioną strukturę, ale ważne jest to, że utrwalenie tych numerów w pewien sposób nas od nich »uwalnia« - nie musimy już myśleć, jak je nagrać, one już są zapisane, a my i tak lecimy dalej”.

 

Tylko sześć utworów, nawet nie trzydzieści minut muzyki, ale tyle wystarcza, żeby „O” przyciągnęło na wiele wspólnych posiedzeń. Do końca roku zostało jeszcze kilka miesięcy, nie mam jednak wątpliwości, że w styczniowym podsumowaniu będzie to jedna z moich ulubionych polskich płyt 2015.

 

fot. archiwum zespołu


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive