Eyehategod: Zawsze byliśmy zespołem dla wyrzutków z marginesu społeczeństwa

Trzy lata niemal nieustającej trasy koncertowej to duże wyzwanie, które okazało się bezpośrednią inspiracją do nagrania nowego albumu Eyehategod.

Szczegółami pracy nad tym materiałem oraz życia w drodze podzielił się Gary Mader, basista zespołu, z którym rozmawiałem również o ucieczce z Europy w ostatnich dniach przed wybuchem pandemii, o zmianie nastrojów w Stanach Zjednoczonych po wyborze nowego prezydenta, a także o magii Nowego Orleanu.

 

Jarosław Kowal: Pytanie o przygody na trasie jest banalne, ale skoro album "A History of Nomadic Behavior" jest odzwierciedleniem trzech lat w drodze, może mógłbyś wskazać na wydarzenia, które miały szczególnie znaczący wpływ na jego powstanie?

Gary Mader: Wiele się w tym czasie wydarzyło, na przykład po raz pierwszy wystąpiliśmy w Kanadzie - wcześniej było to niemożliwe ze względu na kryminalną przeszłość niektórych z nas [wokalista Mike IX Williams został skazany za posiadanie narkotyków w 2005 roku]. Może się wydawać, że to małe wydarzenie, ale dla mnie miało ogromne znaczenie. Graliśmy też w wielu krajach, gdzie zespoły wykonujące muzykę podobną do naszej raczej nie występują i były to naprawdę wyjątkowe przygody. Koncerty w Stanach czy w większości krajów Europy są całkowicie odmiennymi doświadczeniami od koncertów w Indonezji albo w Singapurze.

Publiczność w tych krajach reagowała na waszą muzykę inaczej niż publiczność amerykańska albo europejska?
Mieliśmy dużo szczęścia, bo w każdym z tych miejsc istniała już jakaś grupa naszych fanów i wszyscy okazali się niesamowici. To dla nich ważne przeżycie, bo rzadko mogą uczestniczyć w podobnych wydarzeniach, więc nie oszczędzali się, ale także dla nas było to coś wyjątkowego. Azjatyckie koncerty były szalone, przychodziło na nie po trzysta-czterysta dzieciaków, wszystkie chciały wejść na scenę i skoczyć z niej, zrobić wszystko to, o czym marzyły od miesięcy albo nawet od lat. Nasi słuchacze zawsze są żywiołowi, ale to, co zobaczyliśmy w niektórych z tych krajów przekraczało nasze dotychczasowe doświadczenia.

 

Zazwyczaj na trasie nie ma czasu na zobaczenie niczego poza hotelem i klubem, ale widziałem na twoim profilu na Instagramie, że zebrałeś całkiem pokaźną kolekcję zdjęć z kościołów i cmentarzy z całego świata. Takie miejsca interesują cię najbardziej?

Lubię zwiedzać każde miejsce w jakiś sposób związane w historią miasta, w którym gramy albo miejsca ważne dla lokalnej społeczności. Katedry i tego rodzaju budowle przyciągają mnie nie ze względów religijnych, ale z powodu ich masywnego wyglądu. Dla ludzi mieszkających w Europie jest to niemalże na porządku dziennym, ale w Stanach podobnych budynków nie widuje się. Zazwyczaj kiedy gdzieś dojedziemy i mamy kilka godzin wolnych, próbuję zwiedzić centrum miasta albo pokręcić się gdzieś z osobami organizującymi koncert. Pytam o miejsca, która dla nich są fajne i ważne. Bardzo to lubię, a wyspać mogę się po powrocie do domu [śmiech].

 

Gorsze są pierwsze dni na trasie czy ostatnie?

Koniec trasy zawsze jest gorszy. Z jednej strony nie chcę wracać, bo dobrze się bawię, z drugiej tęsknię za żoną i psami. Początek jest znacznie lepszy, czuć wtedy ekscytację, ciekawość nowych zespołów, z którymi będzie się grało, spotyka się przyjaciół... Na horyzoncie jest wiele wydarzeń, a po miesiącu spędzonym w drodze powrót do normalnego życia bywa trudny.

Dosłownie na kilka dni przed wybuchem pandemii byliście w Polsce, na trasie razem z Napalm Death. Mieliście obawy, że utkniecie tutaj na dłużej niż byście tego chcieli?

Pod koniec faktycznie zaczęliśmy zdawać sobie sprawę z tego, jak poważna jest sytuacja. Mieliśmy szczęście, bo na trasie z Napalm Death niemal wszystkie koncerty odbyły się. Tylko występ w Szwajcarii został odwołany. Jeden z ostatnich koncertów graliśmy w Kijowie i dopiero wtedy do nas dotarło, co tak naprawdę dzieje się na świecie. Zaczęliśmy dostawać wiadomości od rodzin i przyjaciół, że musimy wracać, bo w przeciwnym razie utkniemy w Europie przynajmniej na miesiąc, co w każdej innej sytuacji byłoby wspaniałe, ale nie przy szalejącej pandemii.

 

Teraz nie wiadomo, kiedy znowu będzie można wyruszyć na trasę. Wolny czas to dla ciebie przede wszystkim wypoczynek czy jednak niepokój albo nawet złość?
Przez pierwszy miesiąc czy dwa cieszyłem się z możliwości odpoczęcia w domu, byliśmy przecież w trasie niemal przez całe trzy lata. Po tak długim czasie moje psy ledwo mnie rozpoznawały, a powrót do stacjonarnego życia z początku wydawał się dziwny. W końcu miałem czas na rodzinę, miałem czas, żeby pospacerować po własnym mieście, czego nie robiłem od wieków, ale ilość wolnego czasu z czasem zaczęła być przytłaczająca. To mogło albo doprowadzić do szału, albo mogłem znaleźć jakieś zajęcie. Najpierw zacząłem odczuwać to pierwsze, energia mnie rozpierała i nie potrafiłem jej spożytkować, ale w końcu postanowiłem przekuć ją w inne działania związane z zespołem. Chociażby w przygotowanie nowego merchu, bo to coś, co sami lubimy u innych kapel - dobrze zaprojektowane koszulki, naszywki i tak dalej. Po jakimś czasie doszliśmy do wniosku, że chcemy założyć własną wytwórnię. Materiałów mamy mnóstwo, postanowiliśmy wydać to, do czego mamy prawa w reedycjach i ostatnie miesiące spędziliśmy głównie na związanych z tym działaniach. Skoncentrowanie się na muzyce pomaga przetrwać ten czas.

A z drugiej strony nie masz poczucia, że cały ten niepokój dałoby się przekuć w nową muzykę? W końcu często uważa się, że im artysta jest bardziej udręczony, tym jest bardziej kreatywny.
Myślę, że działamy w taki sposób od zawsze. Negatywne emocje i frustracje są w naszej muzyce bardzo wyraźne. Uważam wręcz, że o to w niej chodzi, a ja sam zawsze do jakiegoś stopnia czuję się udręczony [śmiech]. Przez całe życie pracuję w kuchni i gram w zespołach, całą złą energię przenoszę na te dwie sfery i staram się przekształcać ją w coś pożytecznego. Eyehategod to odbicie tego, co spotkało nas w życiu i w tym jednym sensie można uznać tę muzykę za pozytywną.

 

Z mojej perspektywy - perspektywy Europejczyka, który ma kilku znajomych ze Stanów Zjednoczonych na Facebooku, czyta wiadomości i ogląda Colberta albo Fallona - wygląda na to, że nastrój w waszym kraju po ostatnich wyborach prezydenckich stał się jednoznacznie pozytywny. Też uległeś temu huraoptymizmowi czy masz z tyłu głowy myśl, że jednak żadnemu politykowi nigdy nie można ufać?

Nie chodzi o to, że politykom nie powinno się ufać, tylko o to, że zawsze powinno się patrzeć władzy na ręce. Na pewno nowy prezydent to krok we właściwym kierunku, ale na radość jeszcze jest za wcześnie. Pozbyliśmy się Trumpa, który był skrajnie żenującą postacią, ale warto pamiętać, że aby zostać prezydentem w tym kraju, trzeba mieć dużo pieniędzy. Nie ważne, czy jesteś demokratą, czy republikaninem, wszystko rozgrywa się zawsze na tej samej scenie, a podzielenie nas to jeden z celów, bo im bardziej jesteśmy podzieleni, tym łatwiej sprawować nad nami kontrolę. Nie wiem, czy można powiedzieć, że jest już dobrze tylko dlatego, bo Biden przejął ster. Trzeba schować szampana z powrotem do lodówki i bacznie obserwować sytuację. Ameryka nadal jest w fatalnej kondycji, a nowe kierownictwo nie oznacza natychmiastowej poprawy. Myślę, że lepiej będzie dopiero wtedy, gdy przestaniemy wypatrywać kogoś, kto mógłby nas zbawić i sami zaczniemy działać, chociażby na rzecz najbliższego otoczenia. Obecna struktura polityczna sięga starożytności, wszystko od tego czasu zdołało ewoluować, więc i na nią pora.

To już nie jest kwestia bycia politycznym zespołem, to kwestia obaw o przyszłość ludzkości. Nie możemy przecież odwracać wzroku od tych wszystkich koszmarnych wydarzeń, zawsze byliśmy zespołem dla osób słabszych, dla wyrzutków z marginesu społeczeństwa

Często podkreślacie, że Eyehategod nie jest zespołem zainteresowanym polityką, ale na "A History of Nomadic Behavior" pojawia się wiele tematów bezpośrednio zawiązanych z aktualnymi wydarzeniami w Stanach Zjednoczonych i na reszcie globu. Zaskoczyło cię to, kiedy po raz pierwszy przeczytałeś nowe teksty Mike'a?

Nie bardzo, bo polityka stała się ważną częścią codzienności każdego z nas. Nawet jeżeli wcześniej miało się dość apatyczne podejście do świata, dzisiaj trudno się tego trzymać. To już nie jest kwestia bycia politycznym zespołem, to kwestia obaw o przyszłość ludzkości. Nie możemy przecież odwracać wzroku od tych wszystkich koszmarnych wydarzeń, zawsze byliśmy zespołem dla osób słabszych, dla wyrzutków z marginesu społeczeństwa. Nie czuję więc, że jest na tym albumie jakiś polityczny przekaz, to przekaz wypływający z naszych serc, to kwestia tego, co wydaje się nam właściwe.

 

Nagrywanie w czasie pandemii miało wpływ na charakter tego albumu?

Nagraliśmy go w styczniu 2019, więc trudno powiedzieć [śmiech]. Wokale dodaliśmy dopiero w lipcu zeszłego roku i cały ten późniejszy proces był dość dziwny. Wszystko musieliśmy robić na odległość, łącznie z sesją zdjęciową, co dotąd się nie zdarzało. Z drugiej strony, mieliśmy znacznie więcej czasu, żeby skupić się nawet na najdrobniejszych elementach i osiągnąć dokładnie to, co sobie w głowach założyliśmy.

Kilka lat temu przeprowadziłem wywiad z Branfordem Marsalisem, muzykiem również pochodzącym z Luizjany, ważną postacią na jazzowej scenie Nowego Orleanu. Z jakiegoś powodu przyszło mi do głowy, że skoro tamtejszy jazz jest tak bardzo znany i tamtejszy metal również ma wielu zwolenników, to osoby z tych dwóch światów muszą przynajmniej wiedzieć o swoim istnieniu, ale kiedy zapytałem o to Branforda, był zaskoczony, że w Nowym Orleanie w ogóle ktoś gra metal. Wyszło na to, że żyjemy w zupełnie innych bańkach, ale teraz mam okazję sprawdzić, jak to działa w drugą stronę - czy ten słynny, pierwotny jazz z waszego miasta odbił się w jakimś stopniu na twojej muzyce?

Na pewno jest to część mnie. Nowoorleański jazz, bębniarze z Congo Square, każdy z nich miał ogromne znaczenie dla mojej muzycznej edukacji. Te rytmy przybyły tutaj z Afryki i tak naprawdę nic innego w równym stopniu nie wpłynęło na formowanie się rock'n'rolla. Oczywiście dzisiaj niewiele osób zapuszcza się w tak odległe w czasie rejony, ale bębniarze, ragtime, big bandy, swing czy delta blues mają bardzo istotne znaczenie dla każdego, kto stąd pochodzi i w minimalnym stopniu interesuje się muzyką. Nasze geny są tym przesiąknięte. Każdy jako dziecko zabierany jest na Mardi Gras, które zazwyczaj kojarzy się z pstrokatymi strojami, paradami, przyozdobionymi samochodami i platformami, ale dla mnie najważniejszy element tego święta to orkiestry, zazwyczaj szkolne, czasami złożone z trzydziestu bębniarzy. Siła tych wszystkich osób grających unisono na ulicach jest dla siedmiolatka niesamowitym przeżyciem, które wraca do niego przez resztę życia. Te początkujące zespoły są tak samo ważne, jak Sidney Bechet albo Louis Armstrong. Nie mógłbym o sobie powiedzieć, że jestem muzykiem z Nowego Orleanu, gdybym nie znał tego wszystkiego, gdyby nie słyszał niesamowitych historii o voodoo i wielu innych charakterystycznych dla tego miasta legend.

 

Kiedy zapytasz o to tych, którzy nas inspirują, na przykład z Branforda, to ich perspektywa będzie podobna, z tym że nie widzą w niej nas. Mogę ci przysiąc, że stopa Branforda nigdy nie postała na metalowym koncercie [śmiech]. Nawet Dr. John nie był tym zainteresowany, a to był naprawdę wyluzowany koleś, łatwo można było nawiązać z nim rozmowę na każdy temat. My znamy na pamięć "Gris-Gris" [album Dr. Johna z 1968 roku], ale on nigdy nie słyszał o "Take as Needed for Pain". Przez jakiś czas mieliśmy z tym problem, bo nawet lokalne media obierały podobną postawę - pisano tylko o jazzie, bluesie czy gospelu, które są wspaniałe, ale o nas nie było ani słowa. Metal zawsze był niewidzialny i dopiero wtedy, gdy reszta świata odkryła nas, nagle tutejsze magazyny zaczęły interesować się tym, co robimy. To przykre, ale przestaliśmy się tym przejmować. Nie myślę źle o Branfordzie tylko dlatego, bo nigdy nie słyszał o metalowej scenie z Nowego Orleanu, ale cieszę się, że coraz więcej osób otwiera głowy na to, co dzieje się w ich własnym mieście. Zwłaszcza, że jest to miasto znane na cały świat z zupełnie innego brzmienia.

Branford powiedział mi też, że chociaż wielu muzyków próbuje naśladować brzmienie nowoorleańskiego jazzu, żadnemu nie może się to udać, bo do tego trzeba poczuć tę atmosferę i znać te ulice. Myślisz, że w przypadku nowoorleańskiego metalu działa to podobnie?

Możesz tak brzmieć, ale kiedy stąd pochodzisz, automatycznie pojawia się w twoim brzmieniu coś charakterystycznego. To się wiąże z doświadczaniem tych wszystkich rzeczy, o których wspominałem, z bodźcami, na jakie nie można natrafić w żadnym innym mieście. Nie oznacza to, że nie można tego brzmienia odtworzyć, każdy może osiągnąć każde brzmienie, jeśli długo nad tym pracuje. Różnica jest natomiast taka, że nam przychodzi to w naturalny sposób. Nie musimy obierać sobie takiego celu, prowadzi nas do niego nasza codzienność.

 

Z jednej strony Nowy Orlean to wielokulturowe, inspirujące miasto, z drugiej nieustannie narażone na kataklizmy. Nigdy nie miałeś go dosyć?

Na pewno musisz wiele poświęcić, żeby tutaj żyć. Doświadczyliśmy wielu koszmarnych wydarzeń, chociażby huragan Katrina albo wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej, który miał druzgoczący wpływ na tutejszy ekosystem i pozostawił ludzi trudzących się rybołówstwem, a jest ich tutaj bardzo wielu, bez pracy. Na pewno ktoś z zewnątrz szybko by się poddał i wyjechał, ale my nadal tu trwamy. Nabraliśmy odporności i po każdym takim ciosie podnosimy się, walczymy dalej. To miasto znaczy dla nas tak wiele, że nie możemy po prostu go opuścić. Jak zebrać te wszystkie huragany, wycieki ropy albo ogromną ilość biurokracji, z której słyniemy, to faktycznie ktoś z zewnątrz może się zastanawiać, po co w takim miejscu zostawać. W dodatku moja najbliższa okolica jest na drugim miejscu w statystykach zabójstw. Czuję jednak, że te wszystkie poświęcenia są w pewien sposób wynagradzane i to mi wystarcza. Bywamy wkurzeni, zdarzają się dni, kiedy mamy tego wszystkiego dosyć, ale wtedy pomaga nam muzyka - przelewamy na nią te wszystkie emocje.

 

Zazwyczaj po wydaniu albumu przychodzi pora na trasę koncertową, ale czasy nie są zwyczajne, więc jakie macie plany po 12 marca?
Na pewno nadal będziemy skupiać się na naszej wytwórni - Take As Needed Records. W zeszłym roku wypuściliśmy split z Sheer Terror, wznowiliśmy "In the Name of Suffering" z okazji trzydziestolecia wydania, a teraz pracujemy nad wznowieniem "Take as Needed For Pain". Plany wydawnicze to właściwie jedyne, co jest pewne w tym roku. Chcielibyśmy też jak najszybciej wrócić do sali prób i zacząć pracę nad nowym materiałem. Mamy już na niego pomysł - chcemy nagrać szybszą EP-kę. Wszyscy jesteśmy fanami oldschoolowego hardcore'u i chcielibyśmy na chwilę pójść w tym kierunku. Każdy oczekuje po Eyehategod wolnych, masywnych utworów, więc fajnie byłoby spróbować czegoś innego. Koncerty to natomiast wielka niewiadoma. Mieliśmy grać w Europie w lato, ale nie mam pojęcia, czy to wypali. Codziennie siedzę w ogrodzie i wyobrażam sobie, że jestem na jakiś backstage'u albo że gram koncert [śmiech].


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive