Cult of Luna: Prędzej czy później nagramy słaby album

Pandemia dała muzykom Cult of Luna czas na dokończenie starszych utworów i nagranie EP-ki, o której więcej dowiecie się od jednego z założycieli zespołu, Johannesa Perssona. Będzie też o współpracy z Markiem Laneganem i o tym, dlaczego nie warto wspierać "frajerów" pokroju Varga Vikernesa; o tym, że świat wcale się nie skończy, jeżeli Cult of Luna nagra zły album; o istotności krytycznego myślenia w coraz mniej przyjaznym dla nauki świecie; a nawet o... hobbitach.

Jarosław Kowal: Chciałbym zacząć od tematu z jednej strony bieżącego, z drugiej poruszanego od dawna - czy można oddzielić dzieło od twórcy? Dla wielu osób Dissection, Burzum czy Marilyn Manson to ważne inspiracje, a pogodzenie się z przemianą idola w kryminalistę nie jest łatwe.

Johannes Persson: Jebać tych kolesi. Następne pytanie [śmiech]. Ja to widzę tak - artysta i jego twórczość to dwie odrębne kwestie, ale jeżeli chodzi o konsumowanie kultury czy sztuki, a zwłaszcza wydawanie na nie pieniędzy, trzeba się zastanowić, czy naprawdę chcemy kogoś takiego wspierać? Czy komuś takiemu chcemy oddawać część swoich dochodów? Czy ten faszystowski frajer z Burzum - a w dodatku morderca - naprawdę jest kimś, do kogo mają trafić zarobione przez ciebie pieniądze?

 

Istnieje tak wiele innych znakomitych zespołów, wiele dotąd nieodkrytych. Jeżeli naprawdę kochasz muzykę, zadasz sobie wysiłek znalezienia czegoś lepszego i w ogóle nie będziesz zwracał uwagi na te postacie spod ciemnej gwiazdy. Nie stoję po stronie "kultury unieważniania", ale uważam, że trzeba być odpowiedzialnym za swoje wybory i jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, kogo warto wspierać. Oczywiście każdy dalej może słuchać Burzum, nikt tego nie może zabronić, ale nie zamierzam udawać, że nie będę takiej osoby oceniał - taki już jestem [śmiech]. Możesz słuchać Burzum, a ja mogę się z tym nie zgadzać i myśleć, że jesteś idiotą [śmiech].

Na pewno przy osobach pokroju Varga Vikernesa, czyli ludziach, którzy złamali prawo, tak jednoznaczna ocena jest łatwiejsza, ale jest też mnóstwo po prostu nieprzyjemnych typów pokroju Morrisey'a albo Billy'ego Corgana.

[śmiech] Jeśli chodzi o Morrisey'a, to naprawdę próbowałem. Uwielbiam britpop, a zwłaszcza scenę Manchesteru i z całych sił wmuszałem w siebie The Smiths, ale nie potrafię ich polubić. Na pewno masz rację, że to zupełnie inna sytuacja, kiedy ktoś po prostu wygłasza dziwaczne opinie, wtedy łatwiej można to oddzielić od muzyki. Jeżeli chodzi z kolei o Billy'ego Corgana, to nie jestem pewien, w co on właściwie wierzy... Kosmitów czy coś takiego?

 

Nie wiem w co wierzy, ale na pewno źle traktuje inny ludzi.

Jestem wielkim fanem The Smashing Pumpkins, więc przychodzi mi to trochę łatwiej. Deklarowanie poglądów politycznych - o ile nie jest to narodowy socjalizm - to inna kategoria i myślę, że nie da się tego tematu postrzegać w czarno-biały sposób, ma różne odcienie szarości. Mój charakter jest dość konfrontacyjny, ale wierzę w dialog i w to, że warto podejmować rozmowy z osobami, z którymi się nie zgadzasz. A skoro warto rozmawiać z ludźmi o innych opiniach, to nie powinno być problemu z czerpania przyjemności z tworzonej przez nich sztuki. Żylibyśmy w przedziwnym świecie, gdybyśmy mogli słuchać tylko tego, z czym się zgadzamy. To może być wręcz interesujące mierzyć się z tak odmiennymi przekonaniami, można się czegoś z nich nauczyć.

 

Na pewno do nieprzyjemnych osób nie zaliczyłbyś Marka Lanegana, który zaśpiewał w jednym z utworów na waszej nowej EP-ce. Domyślam się, że nie mogliście nagrywać razem w studiu, ale był przy tej współpracy jakiś rodzaj partnerstwa czy sprowadzało się to do przesyłania sobie plików?
Przesyłanie plików [śmiech]. Ale tak naprawdę w ogóle się to nie różniło od sposobu, w jaki nagrywaliśmy z Julie Christmas. Spotkaliśmy ją wcześniej tylko raz, nie pamiętam nawet dokładnie kiedy, to było tak dawno temu... Byliśmy na koncercie w Nowym Jorku i przed wejściem na scenę napiliśmy się z nią - to było tyle. Taka współpraca w pewnym sensie jest nawet bardziej ekscytująca. Kiedy sami komponujemy, mamy całkowitą kontrolę nad tym, co ostatecznie z tego wyjdzie. Kiedy pracuje się z innym artystą, nie masz pojęcia, jaki będzie rezultat. Oczywiście nigdy nie współpracujemy z kimś, o kim od strony artystycznej niczego byśmy nie wiedzieli. Byłem i jestem fanem Julie, to samo mogę powiedzieć o Marku, więc wiedzieliśmy, że wyjdzie to dobrze, ale jednocześnie nie wyszło tak, jak sobie to w myślach zaplanowaliśmy.

Dyskutowałeś o tych planach czy pomysłach z Markiem czy po prostu dostał plik i wolną rękę?

Kiedy usłyszał utwór, napisał do mnie maila z potwierdzeniem, że chętnie się tego podejmie, a ja miałem wtedy dużo na głowie i nie chciałem odpowiadać bez zastanowienia. Zajęło mi z tydzień, zanim ułożyłem dobrą odpowiedź. Zacząłem od tego, jak bardzo się cieszę, że wyraził zgodę na współpracę i zadałem ostrożne, czysto techniczne pytanie, czy chciałby, żebym to ja napisał tekst, czy wolałby sam coś przygotować. Napisałem mu o kilku pomysłach na ten kawałek, podkreśliłem, że może się nimi zupełnie nie przejmować i działać po swojemu... Odpowiedział bardzo szybko, jeszcze tego samego wieczoru. Napisał, że nagrał wokal tego samego dnia, kiedy wysłałem mu plik i niestety nie może zrobić żadnych dogrywek, bo właśnie się przeprowadza i musiał rozebrać całe studio. A w dodatku był z dala od internetu, więc gotowy utwór miał podesłał jego znajomy - dostałem go jeszcze tego samego wieczoru. Moja pierwsza reakcja była taka, że przecież ten koleś nie musi robić żadnych dogrywek. Z tak wyjątkowym głosem i takimi umiejętnościami powinien być wymieniany jednym tchem razem z Tomem Waitsem czy Leonardem Cohenem.

 

Myślisz, że powodem, dla którego nie jest wymieniany jednym tchem z takimi postaciami może być jego przeszłość w Screaming Trees i bliskie więzi z grungem, który był postrzegany raczej jako komercyjne zjawisko?

Zajmowanie się muzyką to tak naprawdę loteria. Istnieją ludzie o wielkich talentach, ale to gdzie skończą wcale od tego nie zależy. Wszystko sprowadza się do tego, by znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie i trudno po latach skutecznie zanalizować, dlaczego ktoś znajduje się na tym czy innym etapie kariery. Wielu nigdy nie doczekało sukcesu, na jaki zasługiwali, a z drugiej strony wielu cieszy się uwagą, jaka wcale im się nie należy. To nie jest uczciwa branża [śmiech]. Mark oczywiście jest znany i szanowany w pewnym środowisku, ale na pewno mógłby zostać dostrzeżony na znacznie większą skalę.

 

Wiem, że "The Raging River" w pewnym sensie powstało razem z albumem "A Dawn To Fear", ale czy już w 2019 roku było gotowe do miksu i produkcji, czy musieliście wrócić z tym materiałem do sali prób, popracować nad nim i dopiero wtedy nagraliście EP-kę?

Zaczęliśmy nagrywać te utwory w Norwegii, podczas sesji do "A Dawn To Fear", ale mieliśmy wrażenie, że chociaż są dobre, jeszcze nie udało się wycisnąć z nich pełnego potencjału. Dlatego dość szybko przestaliśmy się nimi zajmować, zostawiliśmy je na później. Pandemia dała nam dodatkowy czas, nie mieliśmy niczego lepszego do roboty, więc zaczęliśmy pracować nad tym materiałem, a także nad zupełnie nowym.

Kiedy spotykacie się w sali prób, zawsze pracujecie nad czymś, co docelowo ma trafić na album, czy zdarza się wam grywać dla rozrywki? Spotykać się tak, jak kumple spotykają się na szkolnej sali gimnastycznej, żeby pokopać w piłkę.

Nie zdarza się nam nic takiego [śmiech]. Tak naprawdę jest to dosyć nudne. Kiedy pomyślę o moich wcześniejszych zespołach i tych próbach trzy razy w tygodniu, to niewiele z tego wynikało. Nie funkcjonuję w ten sposób od ostatnich - mniej więcej - osiemnastu lat. Zawsze ćwiczymy przed koncertami, żeby mieć pewność, że potrafimy zagrać utwory, ale nigdy nie robimy tego dla zabawy. Poniekąd chciałbym jeszcze kiedyś tak pograć - bez intencji tworzenia czegokolwiek.

 

Pytam o to, bo zastanawiam się, czy przy muzyce tak monumentalnej, dla wielu osób stanowiącej niemalże duchowe doświadczenie, jej twórcy mogą brać ją mniej poważnie.
Jeżeli istnieje coś, do czego podchodzę na poważnie, to jest tym właśnie tworzenie muzyki. To kluczowa część mojej osobowości i osobowości naszego zespołu, co oczywiście nie oznacza, że nie ma przy tym ani odrobiny zabawy.


To ciekawy dysonans, bo chociaż wiele osób doszukuje się w waszej muzyce czegoś metafizycznego, mam wrażenie, że jesteś człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Uważasz, że jakiś rodzaj duchowości jest człowiekowi potrzebny?

Jeżeli zdefiniujesz, czym jest duchowość, chętnie odpowiem na to pytanie. Nikt nigdy nie potrafi tego zrobić.

 

Dla mnie duchowość jest właśnie tym dziwnym uczuciem, którego nie da się zdefiniować. Coś, co pojawia się na przykład podczas słuchania niektórych utworów, ma wymiar całkowicie umysłowy.

Mówisz o jakiegoś rodzaju odczuciu, więc nie jest to doświadczenie duchowe, a raczej emocjonalne.

 

Jeżeli nie traktować duchowości jak zjawiska religijnego, to może właśnie jest zjawiskiem emocjonalnym. Wszystko zależy od definicji, nikt nie uwierzy w istnienie na przykład hobbitów, ale jeżeli zapytasz o bardzo niskich ludzi z bardzo włochatymi stopami, można założyć, że takie osoby żyją wśród nas.

Istnieje idea hobbita, ale to coś, co tworzysz w swoim umyśle, to twoja wyobraźnia. Nawet jeżeli spotkasz niską osobą z owłosionymi stopami, to może nie być hobbit, bo przecież hobbit powinien żyć w Hobbitonie i ma wyraźnie określony styl życia [śmiech].

Wystarczy posiadać podstawową wiedzę na temat sposobu, w jaki działa nauka, jak działa myślenie oparte o wyprowadzanie wniosków na podstawie dowodów, a człowiek staje się odporny na głupotę

[śmiech] To może duchowość też jest ideą, która dla każdego znaczy coś innego, ale przyznam, że mniej więcej takiej odpowiedzi spodziewałem się. Nie chcę zabrzmieć jak stalker, ale przejrzałem twój profil na Facebooku i bardzo spodobał mi się wpis z hołdem dla Jamesa Randiego, znanego jako Zdumiewający Randi - magik, który na emeryturze trudził się demaskowaniem pseudonaukowych przekonań. Nie wydaje ci się, że to ironiczne, zaskakujące i zarazem niebezpieczne, że zamiast projektować latające samochody - jak 2021 rok często wygląda w filmach science-fiction - znowu musimy tłumaczyć, że Ziemia nie jest płaska?

Zdarzyło mi się dyskutować z płaskoziemcem, ale akurat takimi ludźmi wcale się nie przejmuję. Funkcjonują na skraju rzeczywistości, a ich poglądy dostarczają dużo śmiechu. Martwi mnie natomiast brak zrozumienia dwóch kwestii. Po pierwsze, wiele osób nie potrafi rozróżnić krytycznego myślenia od krytykowania. Krytyczne myślenie to podążanie za dowodami, nie wymaga krytykowania każdego i wszystkiego, bo z takim podejściem zaczyna się przypominać nastolatka, który dopiero co zaczął studiować filozofię i przy każdej sposobności wygłasza poglądy typu: Nic na tym świecie nie istnieje poza twoim własnym umysłem. Wszyscy możemy być podłączeni do Matrix-a, bla bla bla. To infantylny sposób postrzegania świata. Krytyczne myślenie to rozumienie, jak działa nauka oparta na dowodach. Druga kwestia to nieumiejętność rozróżniania korelacji i kohezji, czyli spójności. Teorie spiskowe powstają zazwyczaj na bazie korelacji.

 

Nie wiążę tego z polityką, możesz doskonale rozumieć te wszystkie różnice, a i tak znaleźć się po drugiej stronie, ale wtedy da się przynajmniej prowadzić logiczną dyskusję. Bez tych elementów cała racjonalność zostaje wyrzucona przez okno. Utknąłem w wielu tego rodzaju debatach, ale to marnowanie czasu. Tacy ludzie są bardzo przewidywalni, a internet dodatkowo ich wykorzystuje. To niebezpieczne miejsce, gdzie każdy może wrzucić wszystko, co tylko zechce. Wystarczy jednak posiadać podstawową wiedzę na temat sposobu, w jaki działa nauka, jak działa myślenie oparte o wyprowadzanie wniosków na podstawie dowodów, a człowiek staje się odporny na głupotę. Idioci rządzą internetem... Zawsze tak zresztą było, ale w ostatnich dziesięciu latach skala się zwiększyła, a cała ta polaryzacja wkroczyła do świata rzeczywistego, co jest bardzo niebezpieczne. Zacząłem ten wywiad od nawoływania do jebania kilku kolesi, więc niewątpliwie jestem częścią tego zjawiska, ale nawet jeżeli czasami bywam surowy i nawet jeżeli popadam w skrajności, potrafię prowadzić rozmowy z ludźmi, z którymi się nie zgadzam. Potrafię się zaprzyjaźnić z kimś, z kim się nie zgadzam w wielu kwestiach, ale nie mam też problemu z mówieniem wprost, kiedy chcę, żeby ktoś się odpierdolił.

Twoje teksty są otwarte na interpretacje, a nie myślałeś o poruszeniu tych wszystkich kwestii i napisaniu czegoś bardziej bezpośredniego?

W muzyce bardziej interesuje mnie opowiadanie historii. W ostatnich latach wręcz z premedytacją nie chciałem pisać o niczym konkretnym, staram się zejść na drugi plan i pozwolić umysłowi, żeby przejął kontrolę. To dość ciekawy proces - siedzę naprzeciwko komputera albo kartki i nagle pojawia się pierwsze zdanie, później dochodzi do niego drugie i zaczyna się to napędzać jak śnieżna kula. Nie oznacza to jednak, że nie ma w tym szczerych przeżyć czy emocji. Nic nie bierze się z niczego - te teksty pochodzą z mojego mózgu, bieżące wydarzenia czy myśli nieintencjonalnie wpływają na to, o czym piszę. Podświadomość działa za mnie. Nauczyłem się interpretować własne słowa i wiele się dzięki temu o sobie dowiedziałem.

 

Pod recenzją "The Raging River" jeden z czytelników naszego portalu napisał: Mam wrażenie, że świat się skończy wtedy, gdy Cult of Luna wyda słabą płytę. Wiem, że nie on jeden tak myśli, ale czy ty dostrzegasz dysonans pomiędzy tym, jak to jest być członkiem waszego zespołu - jak to jest być tobą - a perspektywą fanów, dla których Cult of Luna to już też pewnego rodzaju kult.
To trochę dziwne... Nie czuje się dobrze, kiedy o tym opowiadam, ale kilka lat temu uświadomiłem sobie, że zdołaliśmy osiągnąć pewien status. To nigdy nie było tak, że nagle spadł na nas sukces. Powoli stawialiśmy kolejne kroki i nagle ocknęliśmy się na wielkiej scenie przed tłumem ludzi, nie mogliśmy zrozumieć, jak do tego doszło. Dwadzieścia dwa lata temu, kiedy zaczynaliśmy, z taką muzyką nie dało się daleko zajść, mogliśmy co najwyżej pomarzyć o tym, że będziemy w sytuacji, w jakiej jesteśmy dzisiaj. Najdziwniejsze jest jednak to, że sam wciąż jestem słuchaczem i fanem muzyki. Postrzegam siebie jako osobę, która wpatruje się w działalność innych twórców i nagle dotarło do mnie, że jestem już po drugiej stronie. Szczerze mówiąc, to nie jest komfortowe.

Przyznam szczerze, że im więcej tworzymy, tym trudniej jest wymyślić coś nowego. Prędzej czy później musi dojść do tego, że nagramy coś, co większości naszych słuchaczy nie będzie się podobać

Na plus na pewno mogę natomiast odnotować pozbycie się paniki, jaka dawniej towarzyszyła mi, kiedy oddawaliśmy gotowy materiał do tłoczenia. Często myślałem, że kompletnie mi nie wyszło, że wszystko brzmi fatalnie i wolałbym nagrać całość od nowa, ale od kilku ostatnich albumów już tak nie myślę. Jestem pewien jakości tego, co nagrywamy i wiem, że kierują nami właściwie pobudki. Nie szukamy sukcesu, interesuje nas tylko muzyka. Jestem jednak pewien, że w końcu nagramy słaby album. Przyznam szczerze, że im więcej tworzymy, tym trudniej jest wymyślić coś nowego. Prędzej czy później musi dojść do tego, że nagramy coś, co większości naszych słuchaczy nie będzie się podobać, ale nawet wtedy na pewno zachowamy zbliżone brzmienie, bo to po prostu w nas siedzi...

 

Świadomość tego, że są fani i zespoły, którzy wpatrują się w was i stawiają za wzór wiąże się z dodatkową presją?
Nie myślę o tym. Nie czuję żadnej innej presji poza tą, którą sam na sobie wywieram. Mam pewien standard, do którego zawsze dążę i mam pewien standard, do którego chcę dożyć jako zespół, ale to nigdy nie stanowiło problemu, bo ludzie, z którymi współpracuję są niesamowitymi muzykami. Mam ogromne szczęście, że mogę z nimi grać. Oczywiście nie chcę nagrywać złych utworów, ale nigdy nie wiem, czy taki się nie zdarzy, dopóki go nie nagram.

Już prawie od roku dopytuję muzyków, jak znoszą pandemię i okazuje się, że dla większości nie jest to aż tak trudne. Część cieszy się, że nie musi tracić pieniędzy na drogie trasy koncertowe; część, że ma więcej czasu dla rodziny, a w dodatku wiele osób odnalazło nowe natchnienie, bo okazuje się, że cykl album-trasa-album skutecznie odbiera możliwość znalezienia świeżych inspiracji. Jak to wygląda u ciebie?

Mam świadomość, jak poważna jest obecna sytuacja i jak wiele osób straciło już życie, ale z osobistej perspektywy nie mogę narzekać. Nie miałbym nic przeciwko takiemu trybowi życia już do końca moich dni [śmiech]. Podoba mi się pracowanie z domu, nie muszę nigdzie wychodzić, nie jestem towarzyska osobą, ale z drugiej strony mam świadomość, że jestem w tej sytuacji szczęściarzem. Jestem z tą samą, niesamowitą kobietą od piętnastu lat, mam dwoje dzieci, świetny zespół, świetną pracę i sporo wolnego czasu. Gdybym był samotny, pewnie nie byłbym w aż tak dobrym położeniu. Poza tym nigdy nie jeździliśmy w bardzo długie trasy z Cult of Luną. Lubię grać na festiwalach, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że wolne przez całe lato nie sprawiło mi przyjemności. Wiem, że koncerty prędzej czy później wrócą, więc staram się nie myśleć o nich, przystosowuję się do sytuacji. Nie myślę o tym, co przepadło, skupiam się na tym, co zostało.

 

fot. Silvia Grav


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive