Pięć twarzy Mike'a Pattona

 

Pod koniec zeszłego roku Mr. Bungle - czyli pierwszy zespół, w którym światu objawił się Mike Patton - postanowił wybudzić się z zimowego snu. Wcześniej zagrali kilka koncertów, ale dopiero nowa płyta zaakcentowała triumfalny powrót tych dziwaków do świata żywych.

Mr. Bungle zawsze bazowało na zaskoczeniu, nikt nie wiedział, czego się po nich spodziewać, a wobec tego - mając w pamięci chociażby "Disco Volante" i "Californię" - wiele osób liczyło, że ta banda z Eureki dalej będzie podążać tropem skrajnego eklektyzmu oraz awangardowości. Jak pokazało zeszłoroczne wydawnictwo grupy, był to w błąd.

 

Taki jest zresztą Patton - nieprzewidywalny, momentami wręcz nieobliczalny. Nigdy nie grał pod publiczkę, zawsze kroczył swoimi ścieżkami. Oczywiście kończyło się to różnie, często publikacjami znajdującymi się na granicy słuchalności, a jednak w gąszczu jego nagrań, łatwo o kilka rzeczy wybitnych. Zagorzali szalikowcy artysty podaliby pewnie więcej, ale pozostańmy przy piątce. W niej zawiera się esencja Mike'a jako twórcy nie tylko płodnego, lecz również szalenie utalentowanego.

Faith No More - "King for a Day... Fool for a Lifetime" (Slash Rec.)

Wielu słuchaczy mogłoby popukać się w głowy i w to miejsce wstawić "Angel Dust", które zapewniło Faith No More sławę, status zespołu innowacyjnego oraz nieśmiertelne hity z coverem "Easy" na czele. Mimo wszystko, wychodzę z założenia, że talent zespołu w pełni wykiełkował i okrzepł właśnie na "King for a Day". Zabawy w obrębie odmiennych od siebie gatunków stały się uporządkowane, warsztat muzyków budził większe wrażenie niż kiedykolwiek dotąd, a jednocześnie więcej było w tym szaleństwa niż na o trzy lata starszym poprzedniku.

 

Co najważniejsze, to właśnie w ramach tego krążka zdobyliśmy pełną świadomość tego, jak szeroką gamę możliwości wokalnych dysponuje Patton. W "Star A.D." zawodzi szelmowsko niczym członek kapeli swingowej grającej wesela na jachtach, by jednocześnie za pomocą "Cuckoo for Caca" udowodnić, że jego wrzasków, pisku i skomlenia mogliby uczyć się grindcore'owcy. Wszystko to w zgodzie z muzyką, bez przesady, bez skupiania na sobie całej uwagi. Gdyby nie zdroworozsądkowe podejście wokalisty, hity pokroju "Evidence" bądź "Digging the Grave" straciłyby na sile.

Mr. Bungle - "Disco Volante" (Warner Bros. Records)

Zdania co do najlepszej płyty Mr. Bungle od lat są podzielone. Duża część osób stawia na debiut w tradycji zappowsko-zornowej, dominuje na nim szaleństwo w najróżniejszych wydaniach - od funku po psychodelikach po muzykę cyrkową i inne odszczepieństwa. Z drugiej strony gros fanów wskazuje na "Californię", czyli album-pomost między Panem Bunglem awangardowym do bólu a Panem Bunglem piosenkowym. Ja jednak zawsze najbardziej ceniłem sobie "Disco Volante", bo właśnie na tej płycie Patton, Trevor Spruance i reszta kolegów pokazali, że są zespołem, którego nie wepchniemy do żadnej szufladki.

Przy całym rozpasaniu aranżacyjnym i dużej ilości pomysłów z kosmosu, to nie są po prostu zbitki hałaśliwych dźwięków. Taki "Everyone I Went to High School with Is Dead" spokojnie mógłby zasilić arsenał Neurosis, w "Phlegmatics" senna partia gitary idzie pod rękę z d-beatem, a inne przykłady można tylko mnożyć. Najlepszym z nich jest "Merry Go Bye Bye", który w trzynaście minut rozprawia się z radosnymi melodiami, death metalem i harsh noisem. Czegoś takiego nie wymyśliłby byle żartowniś, a nawet jeśli, to na pewno by tego tak dobrze nie zagrał.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive