God is an Astronaut: Nowe brzmienie jest surowe, pasuje do naszego obecnego nastroju

"Ghost Tapes #10" - dziesiąty album irlandzkiego zespołu - powstawał w napiętej atmosferze, tuż po wycieńczającej trasie koncertowej i na moment przed odwołanie kolejnych występów po ogłoszeniu pandemii. Rezultat to surowa i agresywna muzyka, o której więcej dowiecie się od jednego z założycieli God is an Astronaut, Torstena Kinselli.

Jarosław Kowal: Etykieta "post-rock" jest dla was ciężarem?
Torsten Kinsella: To nie ma dla nas żadnego znaczenia. Szufladkowanie jest dla ludzi słuchających tego, co modne, dla muzyków i dziennikarzy, którzy cenią bardziej styl niż treść. Dla mnie to bez znaczenia, czy jesteśmy określani mianem "post-rock", "instrumental rock", "space rock", "trip hop" albo jeszcze inaczej. Po prostu tworzymy i nadal będziemy tworzyć muzykę, która wydobywa się z nas w naturalny sposób.

 

A jednak God is an Astronaut to jedna z pierwszych nazw, jakie przychodzą ludziom do głowy, kiedy myślą o post-rocku. Cofnijmy się do samego początku - kiedy zaczynaliście, mieliście świadomość istnienia takiego określenia na muzykę?
Nasz pierwszy album, "The End of the Beginning", był uznawany za trip hop/dance. Dopiero kiedy pojawiły się pierwsze występy na żywo, zamiast perkusyjnych loopów, zaczęliśmy korzystać z "żywej" perkusji i znacznie większej ilości gitar. Na drugim albumie, "All is Violent, All is Bright", w naturalny sposób włączyliśmy te zmiany do naszego brzmienia i to właśnie w tym okresie zaczęliśmy być określani mianem "post-rock". Nie będę ściemniał - to było znacznie lepsze, niż określanie nas jako zespół dance'owy.

Mniej więcej dziesięć lat temu wiele wskazywało na to, że post-rock może być kolejną wielką rzeczą. Pamiętam wasze pierwsze koncerty w Polsce albo koncerty Caspian, This Will Destroy You czy Russian Circles i były na nich tłumy, ale później pojawił się zalew opinii, że gatunek zaczął zjadać własny ogon i jest zbyt odtwórczy.

Nie mogę się zgodzić z tym, że post-rock zapowiadał się na kolejną wielką rzecz. To nonsens. Sigur Rós to jedyny zespół, który trafił do mainstreamu, ale większość jego słuchaczy nie zna nawet określenia "post-rock". W mojej opinii część muzycznych mediów lubi tworzyć hype wokół niektórych gatunków w nadziei na to, że właśnie one odkryją nowy popularny trend. W zeszłym roku miały na celu post-punk. Oczywiście dobrze pamiętamy pierwsze koncerty w Polsce, publiczność była entuzjastycznie nastawiona, ale kluby były tak naprawdę maleńkie. Nawet teraz gramy w Polsce w większych i dla większej liczby osób. Co do zjadania własnego ogona i odtwórczości - to stały problem wszystkich gatunków muzycznych i na pewno jest w tym prawda. Dokładamy wszelkich starań, żeby się nie powtarzać. Ważne jest rzucanie sobie nowych wyzwań i utrzymywanie słuchaczy w stanie niepewności oraz zaangażowania.

 

Przy "Ghost Tapes #10" udało się - to chyba najmniej post-rockowy z waszych albumów. Byliście zdeterminowani, żeby nagrać coś tak bardzo odmiennego czy tak po prostu wyszło?

"Ghost Tapes #10" ukształtowały wydarzenia z ostatnich dwóch lat. Ostatni koncert zagraliśmy w Bostonie, prawie szesnaście miesięcy temu; trasa z okazji piętnastolecia "All is Violent" w 2020 roku zakończyła się fiaskiem z powodu pandemii, co było szczególnie frustrujące, bo w 2019 graliśmy niewiele. Skandynawska trasa odpadła w kwietniu, a trasa po Stanach pochłonęła dużo pieniędzy, wymagała absurdalnej ilości papierkowej roboty i skandalicznych kosztów opłat za visy - tyle wystarczyło, żeby już na zawsze odechciało mi się przez to wszystko ponownie przechodzić. Na domiar złego, tuż przed wyruszeniem na trasę teściowa Nielsa zmarła po długiej walce z rakiem i przez kilka pierwszych koncertów graliśmy bez basisty. To było ogromne wyzwanie i bardzo stresujący okres. Poradziliśmy sobie, ale później nic już dla mnie nie było takie same. Kiedy wróciliśmy do domu, pisanie z całym tym napięciem oraz intensywnością wydawało się czymś oczywistym.

 

Tak agresywny album wydany w obecnych czasach może zostać odebrany jako wynik gniewu na aktualną sytuację społeczno-polityczną.
Polityka nigdy nie jest dla mnie inspiracją. Nasze inspiracje mają raczej introspekcyjny charakter, każdy album ukształtowały wydarzenia z naszych własnych żyć. Na przykład utwór "Adrift" napisaliśmy w lutym 2020 roku i chyba zdołaliśmy uchwycić charakter tych bardzo dziwnych czasów. To byłoby niemal niemożliwe, żeby nie wystosować jakiejkolwiek artystycznej odpowiedzi na to, co się wokół nas obecnie dzieje.

 

A czy przekonanie o tym, że im bardziej artysta cierpi, tym ciekawsze jest jego sztuka jest w waszym przypadku prawdziwe?
Cierpienie i utrata kogoś to bardzo silne, dramatyczne emocje, o ile uchwyci się je w szczery sposób. Mogą być intensywne, ale czy bardziej interesujące? O tym decyduje słuchacz.

Po tytułach waszych utworów trudno wywnioskować, jakie może stać za nimi przesłanie, ale dla każdego z was mają zbliżone znaczenie?

Każdy kawałek przywołuje jakieś uczucie albo wspomnienie i zawsze wybieramy tytuł, który to odzwierciedla. Nasz poprzedni album, "Epitaph", był wyjątkiem, ale lubimy sięgać po do pewnego stopnia zaszyfrowane tytuły. Nie mogą zbyt dosłownie opisywać utworu, więc mimo wszystko, pozostają otwarte na interpretacje. Podoba mi się to, że pojawiają się odmienne perspektywy na nowy album, choć dla nas oznaczał zbliżenie do krawędzi zniszczenia. David Rooney - nasz sąsiad i przyjaciel - przygotował oprawę graficzną, jest też autorem nowego projektu jubileuszowego wydania winyla "All is Violent, All is Bright", który wygląda niesamowicie. Kiedy puściłem mu kilka wczesnych nagrań demo z nowego albumu, przypomniał mu się wciąż powracający sen, w którym samoloty spadają z nieba, ale pozostają zawieszone. Unoszą się, nigdy nie uderzają w ziemię, a mimo tego rozpadają się.

 

Pandemia zmieniła sposób, w jaki pracuje się nad nowym albumem?
Do pewnego stopnia doświadczyliśmy złości i znudzenia wynikających z izolacji, co w moim odczuciu zwiększyło napięcie przy komponowaniu i wykonywaniu utworów. Przy całym tym wolnym czasie, ukształtowaliśmy nasze brzmienie na nowo. W końcu mieliśmy okazję znowu poeksperymentować ze wzmacniaczami i przesterami, a to, co uzyskaliśmy podobało się nam do tego stopnia, że zrezygnowaliśmy z cyfrowych efektów. Nowe brzmienie jest bardziej surowe, co pasuje do naszego obecnego nastroju. Chcieliśmy skupić się na "żywych" instrumentach, elektronicznym teksturom poświęciliśmy mniej czasu.

 

W wielu waszych wywiadach następuje chwila na pytania techniczne. Nie będę się w to zagłębiał, ale czy bylibyście w stanie osiągnąć satysfakcjonujące brzmienie bez swojego preferowanego ustawienia? Na przykład gdybyście z jakiegoś powodu musieli grać na cudzym sprzęcie.

Tworzymy muzykę w kreatywny sposób za pomocą narzędzi i sprzętu, które są dostępne. Gdyby któryś z przesterów zaginął, niektóre z tych utworów nie zabrzmiałyby tak, jak założyliśmy, że brzmieć powinny, ale wystarczy, że dostaniemy dwie gitary akustyczne i możemy zagrać dość materiału, by wypełnić nim cały koncert. Ważna jest świadomość, że bardziej eksperymentalne utwory, które zostały napisane przy pomocy określonych efektów, pozwalają gitarze zachowywać się w radykalnie i niepowtarzalnie odmienny sposób, co jest trudne do odtworzenia. Teoretycznie gdyby nie było elektryczności, dużej części muzyki w ogóle nie dałoby się wykonywać. Techno, EDM, pop i tak dalej w dużej mierze są zależne od technologii. Jako muzycy musimy po prostu iść naprzód, musimy eksperymentować z nowymi dźwiękami na wybranych przez nas instrumentach. Jest tak wielu utalentowanych twórców przesterów, którzy pomagają artystom tworzyć coś odmiennego... Gdybyśmy grali standardową rockową muzykę, wtedy nie byłoby problemu - dajcie nam stary wzmacniacz i gitarę, a zagramy jakiegoś dwunastkowego bluesa, ale nie o to w God is an Astronaut chodzi.

A jeżeli chodzi o pracę w studiu, czasami fiksujecie się na eksperymentowaniu i przedłużacie zakończenie nagrań czy wiecie, kiedy trzeba odpuścić?

W przypadku nowego albumu, chcieliśmy brzmieć tak naturalnie, jak to tylko możliwe. Zarejestrowaliśmy całość za jednym razem, bez dogrywek. Mamy skromne domowe studio, które budowaliśmy od podstaw przez ostatnie dwadzieścia lat. Wszystkie albumy nagrywaliśmy w duchu DIY.

 

To komunał, ale muzyka instrumentalna często bywa postrzegana jako naturalnie predysponowana do obrazowania filmu. Myśleliście kiedyś o nagraniu ścieżki dźwiękowej?
Na tym etapie nagrywanie ścieżki dźwiękowej raczej nie wchodzi w grę, ktoś by już się do nas w tej sprawie zgłosił, a moje aspiracje w tym zakresie z roku na rok maleją. Szkoda. Wziąłbym pod uwagę każdego rodzaju film, gdyby tylko miał ciekawą historię.

 

Jak już rozmawiamy o filmach - prawdopodobnie większość słuchaczy i słuchaczek wie, że wasza nazwa ma źródło w "Nightbreed" Clive'a Barkera, ale czy jesteś wielbicielem horrorów klasy B, czy przypadkiem trafiłeś na ten film i postanowiłeś wykorzystać fragment jednego z dialogów?

Cały cytat to: Wszystko jest prawdą. Bóg jest astronautą, Oz leży po drugiej stronie tęczy, a Midian jest tam, gdzie żyją potwory. Skróciliśmy to do samego God is an astronaut. Wszyscy oczywiście uwielbiamy Clive'a Barkera, najbardziej znanego z serii "Hellraiser", a poza tym "Martwe zło", "Świt żywych trupów", "Dzień żywych trupów", "Teksańska masakra piłą mechaniczną" czy "Potomstwo" to jedne z moich ulubionych tytułów.

Koncerty nadal stoją pod znakiem zapytania, jakie macie więc plany na najbliższe miesiące?

Mamy naprawdę dużą nadzieję na powrót do koncertowania na jakimś etapie tego roku, ale wygląda to na mało prawdopodobne. Obstawiałbym raczej na 2022 rok. W tym roku na pewno wydamy serię koncertowych wydawnictw związaną z przyszłorocznym dwudziestoleciem naszej działalności.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive