Hawkeye. Kate Bishop. California love

79%

Hawkeye przenosi się na Zachodnie Wybrzeże - bezpieczniejsze miejsce, bo przecież podobnie jak Tokio przyciąga Godzillę, tak Nowy Jork jest ulubionym rejonem działalności złoczyńców ze świata Marvela. Brak kosmitów czy potworów z innych wymiarów nie eliminuje jednak wszystkich zagrożeń, o czym "Jastrzębie Oko" szybko się przekonuje... tyle że to "ten drugi Hawkeye".

Kate Bishop strzela do wrogów za pomocą łuku i suchych żartów od ponad piętnastu lat, ale w Polsce wciąż jest postacią mało znaną. Była wprawdzie jedną z bohaterek "Avengers: Krucjata dziecięca" wydanego w ramach Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, można było zapoznać się z nią u boku Clinta Burtona w historiach autorstwa Davida Aji i Jeffa Lemire'a, ale dopiero teraz wyszła z cienia, a zmiana otoczenia na Kalifornię dodatkowo podkreśla odrębny charakter historii napisanej przez Kelly Thompson.

 

Kalifornię można zresztą uznać za jedną z bohaterek tego tomiku. Została ukazana stereotypowo, jako słoneczne miejsce pełne surferów i ludzi w krótkich spodenkach; niemalże w postaci pleneru z filmów "Deskorolki", "Uciekinierzy" albo "Na fali" (do ostatniego z nich pojawia się nawet bezpośrednie nawiązanie - napad na bank dokonywany przez rzezimieszków w maskach byłych prezydentów Stanów Zjednoczonych), ale należy to odnotować na plus przynajmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze, to skrajnie odmienne otoczenie od miejsca, gdzie szeryfami są członkowie Avengers, a Kate Bishop niczego nie potrzebuje tak bardzo, jak superbohaterskiej emancypacji i zrzucenia brzemienia, jakie wpisane jest w przyjęcie pseudonimu Hawkeye. Po drugie, jest w tej naiwnej wizji duża dawka sentymentu przywodzącego na myśl wczesne, funkowe nagrania Red Hot Chili Peppers albo kadry z szalonymi imprezami na plaży, których po latach nie da się dopasować do konkretnych tytułów filmów. Ma to o tyle istotne znaczenie, że przygody nielicencjonowanej detektywki są banalne, wręcz sztampowe (choć czasami dodatkowo zagmatwane przez achronologiczną narrację), ale osadzone w tak przyjaznym nastroju i nakręcane przez na tyle interesującą bohaterkę, że lektura zbiorczego wydania tych szesnastu zeszytów przynosi dużą satysfakcję.

 

Satysfakcję, o ile gustujecie w pozycjach skierowanych przede wszystkim do nastolatków, spod znaku chociażby fenomenalnej "Ms Marvel" G. Willow Wilson. Thompson z porównywalną łatwością wchodzi w głowę młodej kobiety, a każdy jej dialog, czerstwy żart, każde zauroczenie i każdy smutek mają odpowiednio dobrana wagę i nigdy nie trącą pozą czy żebraniem o empatię czytelników/czytelniczek. Dzisiaj młodzieżowych komiksów z supermocami w tle wprawdzie nie brakuje, ale przy czytaniu każdego z nich żałuję, że nie mogłem z podobnymi tytułami dorastać. Nawet Spider-Man (najbardziej młodzieżowy heros lat 90.) już po ośmiu numerach pierwszego polskiego wydania (w roku 1991) stanął na ślubnym kobiercu, co młodocianemu mnie wydawało się decyzją podejmowaną przez trzydziestoletnich "starców". Gdybym wtedy trafił na Kate Bishop, prawdopodobnie natychmiast stałaby się jedną z najważniejszych bohaterek w moim osobistym panteonie.

W liczącym blisko trzysta pięćdziesiąt stron tomisku Thompson zaczyna od walki z... internetowym trollem. Czy może być coś bardziej współczesnego i bardziej przystającego do codziennych zmagań setek tysięcy nastolatków na całym globie? Oczywiście troll okazuje kimś więcej, ale nawet kiedy pojawia się smok [sic!], kiedy wykorzystywane są klisze pokroju tajnego przejścia uruchomianego za pomocą książki ustawionej na regale albo wybuchowej spinki do włosów, prawdziwe przesłanie jest tak wyraźne, że trudno nie wyczuć jego pokrzepiającego tonu. Nawet mnie, człowiekowi, który za kilka miesięcy sam będzie ojcem nastolatka, robi się lżej na sercu, gdy na chwilę można opuścić te wszystkie mroczne, pesymistyczne wizje, które zdominowały nie tylko współczesny komiks, ale całą dzisiejszą popkulturę. Dobrze czasami poczuć się dobrze!

 

O ile wybór przeciwników jest intrygujący (o Madame Masque, Oddballu, Lady Bullseye czy Swordsmanie rzadko można przeczytać, a w dodatku pojawia się sporo pomniejszych wrogów pełniących pretekstowe role), o tyle gościnne występy sprzymierzeńców zazwyczaj bywają naciągane, ewidentnie podyktowane wzbudzeniem większego zainteresowania potencjalnych nowych czytelników/czytelniczek. Nie mogło zabraknąć prawdziwego Hawkeye'a, ale Jessica Jones (swoją drogą, w scenie pożegnania na lotnisku tak dziwnie narysowana, że mogłaby zostać koleżanką Beavisa i Butt-Heada) i przede wszystkim X-23 (jako Wolverine i w towarzystwie Gabby Kinney, jej klona oraz Jonathana... prawdziwego rosomaka) nawet przy desperackiej próbie ukazania ich jako przyjaciółki Kate Bishop, wypadają blado i wydają się kompletnie niepotrzebne.

 

WandaVision. Marvel podbił duże ekrany, teraz bierze szturmem małe

 

"Hawkeye. Kate Bishop" to kilka prostych, krótkich, detektywistycznych historii z dramatem rodzinnym i zawieraniem nowych przyjaźni w tle. W fabule nie ma krzty oryginalności, są za to szczere emocje, znakomita atmosfera i coraz trudniejsze do przywołania wrażenie, że świat to jednak fajne miejsce. A w dodatku nie znajdziecie lepszej rozgrzewki przed serialem "Hawkeye", gdzie Kate Bishop (w tej roli Hailee Steinfeld znane z "Bumblebee" czy "Prawdziwego męstwa") doczeka się ekranowego debiutu pod koniec tego roku.


Hawkeye. Kate Bishop

Tytuł oryginalny: Hawkeye, vol. 5
Polska, 2021

Egmont

Scenariusz: Kelly Thompson

Rysunki: Leonardo Romero



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive