Calm the Fire

Dolewanie oliwy do ognia może wydawać się mało skutecznym sposobem przy jego uspokajaniu, ale gdyńskie Calm the Fire skutecznie gasi pożary, emitując wyłącznie wściekłość już od ponad dziesięciu lat.

Dolewanie oliwy do ognia może wydawać się mało skutecznym sposobem przy jego uspokajaniu, ale gdyńskie Calm the Fire skutecznie gasi pożary, emitując wyłącznie wściekłość już od ponad dziesięciu lat. To jeden z tych zespołów, które w „środowisku” znają wszyscy, poza nim niemal nikt. Na szczęście warunki w Polsce coraz bardziej sprzyjają muzycznym poszukiwaniom w skrajnie odmiennych rewirach i kto wie, może niedługo Calm the Fire pojawi się w składzie największych krajowych festiwali, niekoniecznie tych hardcore'owych.

Album „Doomed From The Start” rozpoczyna się od kawałka „The Great Collapse” i obydwie te nazwy doskonale odwzorowują to, z czym słuchaczowi przyjdzie się zmierzyć. Wielki Upadek ściany dźwięków z miejsca wywołuje bezdech, ale to nie ta sama ściana, o której zwykło się mawiać w przypadku shoegaze'u. To solidna, betonowa konstrukcja, spod której nie da się uciec. Nie ma złudzeń - jesteśmy zgubienie od samego początku. Skonstruowanie machiny do rozjeżdżania słuchaczy nie jest jednak aż tak trudnym zadaniem. Calm the Fire posiada natomiast cechę, która wyróżnia go na tle wielu pozornie podobnych kapel - można ich bez trudu zanucić. Furię o podobnym natężeniu melodii potrafią wytworzyć na przykład Kvelertak czy Black Tusk, lecz są to zaledwie najbliższe podobieństwa, a nie matryce służące ekipie z Gdyni do powielania schematów. Zresztą Calm the Fire uchodzi za jeden z najsilniej eksperymentujących zespołów na rodzimym poletku, a po wydaniu mocno nawiązującego do stonera splitu z Full of Hell pojawiły się głosy, że „się skończyli”. Myśmy się nawet jeszcze nie zaczęli! - odpowiada Krzysztof Paciorek, wokalista. - Dla niektórych najlepszą rzeczą, jaką nagraliśmy jest nasze demo z 2005 roku, które ja z kolei wyparłem ze świadomości. Split z Full of Hell był nową odsłoną zespołu. Pierwszy materiał nagrany z nowym perkusistą, już jako kwartet. Uważam, że oba kawałki są bardzo fajne i jak najbardziej w naszym stylu, który przez te wszystkie lata udało nam się ukształtować. Faktem jest też, że najnowsza płyta, poza »Shallow Grave«, nie ma żadnego »odpału«, jakie znajdowały się na każdej z poprzednich. Uspokajam więc, na nadchodzących wydawnictwach na pewno coś takiego się pojawi [śmiech].

 

„Odpały” są tym, co w Calm the Fire lubię najbardziej, a ociężałe, niemal doom metalowe „Shallow Grave” to mój ulubiony moment „Doomed From The Start”. Tempo spada tu tak drastycznie, że nie trzeba nawet wytężać słuchu, aby wyraźnie usłyszeć partie gitary basowej, każdy z instrumentów dostaje dużo przestrzeni i wyraźnie obiera własną drogę. Depnięcie na hamulec nie oznacza jednak hamulców przy wyrzucaniu z siebie gniewu. Pacior jest tutaj jak De Niro w „Taksówkarzu” - niby grozi własnemu odbiciu w lustrze, a jednak czuć, że żadne z tych słów nie pada na żarty. Teksty, jak zawsze, pisane były w chwilach wzburzenia i rezygnacji, choć najczęstszym stanem była obojętność, która zaczęła mnie dopadać - opowiada Krzysiek, a chwilę później przechodzimy do innej istotnej kwestii ściśle związanej z punk rockiem, czyli do słynnego „gadania między kawałkami”. Gadanie między kawałkami to trudna sprawa - twierdzi. - Trzeba mieć coś konkretnego do powiedzenia, trzeba mieć talent oratorski i najlepiej by było, gdybyś mówił do grupy, która niekoniecznie myśli tak, jak ty albo na przykład... w ogóle nie myśli [śmiech]. Wtedy wywołasz jakąś reakcję. Klepanie dla klepania, patrząc się w podłogę, do ludzi, którzy słyszeli te regułki sto razy nic nie da. Mi się już tego słuchać nie chce, gadać mi się też nie do końca chce, bo nie zawsze mam o czym. Tak po prostu. Gadanie do ludzi z innej bajki może przynieść jakiś efekt, nawet, jak ich początkowo wkurwisz.

 

Calm the Fire lubi w agresywny sposób prowokować odbiorców do myślenia, zapytałem jednak, czy czasami nie żałują, że poszli bardziej w stronę Entombed, a mniej w kierunku na przykład Dezertera, który potrafi zapełniać duże kluby dwa razy w roku i zbiera żniwa na juwenaliach, a przy okazji nie jest prześmiewczo postrzegany, jak chociażby KSU. Nazwa Dezerter nawet nie powinna pojawiać się w jednym akapicie obok jakiegoś KSU - odpowiada Pacior. - Jasne, że Dezerter kiedyś a dziś to inna bajka, ale chciałbym, żeby każdy się tak ładnie starzał. Nasz zespół od początku romansował z metalem, metalcore z bazą hc/punk. Nie było nawet szans na jakiś juwenalijny zwrot czy zabieg, bo trzeba by było zakładać inny zespół, śpiewać po polsku, grać na akordeonie i tym podobne. Jedyne, czego żałuje to, że gdy mieliśmy więcej czasu na granie, to go zmarnowaliśmy i nie graliśmy tylu koncertów, ile powinniśmy. Nie do końca trafiliśmy z wytwórnią i nagle wszyscy jesteśmy już mocno po trzydziestce [śmiech]. Szanuję bardzo nasz zespół, bo od zawsze robiliśmy go po swojemu. Lepiej czy gorzej, ale bez kalkulowania.

 

Juwenalia czy dożynki odpadają definitywnie, ale już Off czy Open'er, a nawet Soundrive Fest byłyby w opinii Paciora znacznie przyjaźniejszymi miejscami. Na Offie to raczej żadne dziwactwo, bo jednak gra tam trochę ekstremalnych zespołów. Na Open'erze taki zespół, jak nasz mógłby wyglądać zabawnie, ale czemu nie? Można byłoby sobie pogadać trochę ze sceny.... Polskim festiwalom dużo czasu zajęło dojście do tego, co na Zachodzie praktykowane jest od lat - całkowite przetasowanie gatunkowe, umieszczanie w programie zarówno kapel ekstremalnych, jak i popowych, bez żadnych kompleksów. Zapytałem Paciora, czy po tych wszystkich latach w ogóle jeszcze liczą, że zostaną kiedyś „odkryci”. W Polsce powoli zaczyna się to dziać, ale jeszcze dużo wody upłynie w Wiśle, zanim polskie zespoły zaczną być traktowane po ludzku, a nie jak zapychacze line-upu - odpowiada. - Wydaje mi się, że festiwale powinny promować dobre polskie zespoły, a przy okazji być jakimś wyróżnieniem czy motywacją do dalszego grania. Nam tego akurat nie potrzeba, bo nie mamy planu bycia »odkrytym« czy nagle zarabianiu jakichś pieniędzy z grania. Nie ma żadnej strategii. Jest chęć grania, robienia nowych, innych rzeczy, bez rezygnacji ze swojej tożsamości. Jeżeli bycie »odkrytym« oznaczałoby, że możemy pograć więcej koncertów na przykład z zespołami, które bardzo lubimy i doświadczyć czegoś nowego, to można nas odkrywać [śmiech]. Ale rzeczą, która sprawia, że tak długo istniejemy jest chyba przede wszystkim brak planów i ciśnienia. Przez to ciężko się rozczarować i sfrustrować [śmiech].

 

„Doomed From The Start” w pełni potwierdza, że zespół jest w doskonałej formie do podboju scen w całej Polsce. To ciężka, szaleńcza, a zarazem melodyjna i nietuzinkowa muzyka, którą każdy meloman o otwartej głowie powinien bez większych trudności przyswoić. Od lat Calm the Fire to mój numer jeden, jeżeli chodzi o polski hardcore i pozycja ta wciąż pozostaje niezachwiana, nawet jeżeli to już nie jest hardcore.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive