5 płyt: Air Hunger

Nie zbieram płyt. Nie jestem kolekcjonerem i nie mam regału ikea na płyty. Czasem je kupuję. Czasem obiecuję sobie, że będę kupował przynajmniej jedną w miesiącu. W ogóle to nie wychodzi. Przy merchu zespołu, który lubię kupię ciuch, nie kupię płyty. Za dzieciaka kupowałem dużo kaset. Trochę płyt. Wymieniałem się na przegrywane kasety i wypalone CD-ry. Robiłem mixtape'y. Ale płyt nie zbieram.

Mam ich trochę, ale to raczej żadna pokaźna kolekcja. Zazdroszczę tego ludziom. Był w moim życiu jeden moment, który mógł o tym przesądzić. Za dzieciaka mój ojciec zabrał mojego brata i mnie do sklepu z płytami i powiedział, żebyśmy wybrali sobie po jednej, jakiej chcemy. Mój brat wybrał The Doors "L.A. Woman", ja wybrałem czarny album Metalliki. Spojrzałem na cenę i powiedziałem do ojca: Kup płytę bratu, ta jest droga. Na co on bez zastanowienia odparł: Ok. Tato, byłeś dobrym człowiekiem i dużo ci zawdzięczam, ale tamtego dnia dałeś dupy [śmiech].

Fleetwood Mac - "Rumors"

Nie słucham bardzo namiętnie Fleetwod Mac, ale bardzo lubię i uważam za zespół wyjątkowy. Ze względu na przekrój twórczości, wolność artystyczną i szczerość, dzięki której możesz dosłownie śledzić niuanse życiowe, jakie zachodziły między członkami zespołu. Wychodzi również na to, że każda znacząca osoba w moim życiu lubi Fleetwood Mac i Stevie Nicks. Dlatego ja też lubię. Ta płyta, z tą ikoniczną okładką dobrze sprawdza się w samochodzie na wakacjach.

Miles Davis - "Kind of Blue"

Kocham ten album od lat. Uważam za dzieło totalne. Zawsze sączy się w aucie. Niewiarygodnie pasuję do nocnej jazdy, ale też tak samo dobrze pasuje do słonecznego dnia. Jak to możliwe? Nie wiem. Dlatego go uwielbiam. Słucham go od lat i ani razu nie poczułem, że go świetnie znam, nigdy nie jestem nim znudzony. Dlaczego? Znowu nie mam pojęcia. I właśnie o to w nim chodzi. Puszczam go często swoim pieskom, jak zostawiam je same w domu. Czy lubią? Też nie wiem.

Deftones - "Deftones"

Pamiętam jak dziś, jak w wieku lat szesnastu perkusista, z którym wtedy grałem dał mi kasetę z kopią "Around The Fur". Pamiętam też, jak bardzo wypierdoliło mnie z butów, kiedy usłyszałem to nabicie i riff do "My Own Summer". Nie wierzyłem, jak wiele warstw ma ta muzyka. Jak można być tak agresywnym, ale też tak lirycznym. Jak można takie riffy połączyć z takim romantyzmem. Kupiło mnie tam wszystko. Myślałem o dziewczynach słuchając tej płyty, a  przecież to "ostra" muzyka. Dlaczego "Deftones", a nie "Around The Fur"? Dwa powody - nie mam "Around The Fur", a self titled to najlepiej brzmiący album tego zespołu. Najbardziej organiczny i równie wspaniały, co "Around The Fur". Dojrzały, ciężki, liryczny. Jak słyszałem "Hexagram", za każdym razem coś we mnie pękało. Kocham Deftones i to jedna z najbardziej znaczących kapel w moim życiu. Absolutnie wyjątkowa i genialna. Ostatnia płyta jest okropna.

Torn Shore - "Lifeburner"

Jestem świadomy tego, że wrzucenie tutaj płyty jednego ze swoich zespołów to w stu procentach "asshole move", ale cóż... Mówiłem, że nie mam zbyt wielu płyt. Ta płyta dużo dla mnie znaczy. Pierwsze w życiu wydane LP. I to nie dość, że wydane wyjątkowo ładnie, to przez label, który na co dzień wydaje elektronikę, jazz i eksperymenty. Torn Shore aktualnie nie działa, ale jest głęboko w moim sercu. Ta muzyka zawsze powstawała z najgorszych emocji, z najbardziej niewygodnych miejsc. Ta muzyka robiła mi krzywdę, ale też była dla mnie formą zbliżenia się do tych intensywnych rzeczy. Zabrała mnie też do Chin i na Tajwan.  Też do wielu miejsc w Europie. Grałem z nią koncerty dla obsługi baru, ale też dla wypchanych sal. Zagłuszałem nią dużo zła. Torn Shore to również niezliczone imprezy i dziesiątki wspaniałych ludzi. "Lifeburner" nie da się słuchać. Ta płyta jest w zasadzie dość okropna i nie wiem, dlaczego napisałem na nią takie kawałki. No ale jest ładna.

John Coltrane - "Lush Life"

Lata temu pracowałem w malutkiej, zajebistej kawiarni na fajnej ulicy. Jestem osobą sentymentalną, więc często oddaję się rytuałom. Jednym z rytuałów było odpalanie głośno "Lush Life" dokładnie o siódmej rano, gdy otwierałem drzwi do kawiarni. Siedziałem wtedy na pierwszej kawie i pierwszym pecie na małej ławce na zewnątrz. Coltrane'a było słychać na chodniku. Siedziałem i czekałem na pierwszych regularsów, którzy byli tam codziennie i sąsiadów, którzy też o stałych porach wychodzili z kamienic po różne rzeczy. Filigranowy staruszek, który poruszał się ta, jakby miał być to jego ostatni spacer po bułki lub może po małpkę, codziennie inaczej i dobrze ubrany. Cyganka, która próbuje pożyczyć ode mnie hajs. Fajny gość koło sześćdziesiątki z dwoma yorkami, u którego nigdy nie mogłem rozkminić, czy jest na lekkim rauszu czy po prostu ma taki styl. Pani sprzątająca ulice z dwoma identycznymi psami, jednym białym drugim czarnym. Raz zobaczyłem ją tylko z jednym, więc wstałem z ławki i spytałem: Gdzie jest drugi?, na co ona bardzo ostro odpowiedziała: Nie żyje!. Kilka dni później znów widziałem ją z dwoma, tymi samymi psami. No i regularsi, których chcąc nie chcąc znałem dość dobrze. Kumałem ich życia i problemy. I z tą dość niepotrzebną wiedzą wlewałem w nich czarny napar przy "Lush Life".

 

fot. Monika Kmita


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive