Viagra Boys - "Welfare Jazz"

85%

Wiecie jak to jest, kiedy usłyszycie żart i pokładacie się ze śmiechu, ale tylko za pierwszym razem? Przy drugim kurtuazyjnie kiwacie głową, a w każdym następnym jest coraz gorzej. Po prostu pewne rzeczy działają tylko raz. Czy to źle? Skądże. Czasami potrzebujemy takich pojedynczych strzałów. Mają zwrócić uwagę, ucieszyć, ale to tyle.

W taki sposób postrzegam debiutancki album Viagra Boys, choć nie był żartem i to nawet mimo pokaźnych ilości humoru, zauważalnych już przy pierwszym kontakcie. Mam na myśli mocno zaciśnięty kaganiec stylistyczny "Street Worms", który z góry skazał tę płytę na los produktu o ograniczonym terminie przydatności do spożycia - to w końcu bardzo jednorodny post-punk. Znaczna część utworów bazuje na zbliżonych patentach, przez co zlewają się w jedno, nawet jeżeli ich chwytliwość każe przymknąć oko na ten mankament. Pozostaje tylko myśl, co dalej i czy nowy krążek cokolwiek w tym zakresie zmienia.

 

Głupio puentować recenzję na początku, ale tak - "Welfare Jazz" jest wyraźnym krokiem naprzód. Nie jest to rewolucja, bo członkowie Viagra Boys nie wywracają sprawdzonej formuły do góry nogami, ale podstawa ich muzyki uległa zauważalnym zmianom. Wciąż odznacza się znakami firmowymi opatentowanymi przez Szwedów jeszcze na wysokości EP-ki "Consistency of Energy" - czuć w tym luz, czuć nawet pewną nonszalancję i bezczelność, ale najciekawsze jest to, że tegoroczny materiał dziwaków ze Sztokholmu przynosi także inne przyjemności.

 

Nie trzeba szukać daleko - już dwa z czterech singli opublikowanych przez sekstet zaskoczyły na plus. Coverowy "In Spite of Ourselves" to prawdopodobnie najbardziej romantyczna piosenka zagrana przez tę kapelę. Co prawda romantyczna w sposób pastiszowo-rednecki, celowo kiczowaty, ale efekt jest bardziej niż zadowalający. Albo taki (już niesinglowy) "I Feel Alive", gdzie panowie zgrabnie, z należytą goryczą i czarnym humorem rozprawiają się z bluesem. Celny strzał w środek tarczy.

 

Wszystkie te eksperymenty stylistyczne nie stępiają jednak ostrza zespołu, stanowią suplement i nadają ciekawych barw - nikt tutaj nie próbuje gwałtownych zakrętów za wszelką cenę. Dzięki temu i nowości, i starocie efektywnie się ze sobą przeplatają i nie grozi im muzyczne rozdwojenie jaźni. Dzięki temu album brzmi przekonująco. Gdy w "To the Country" Sebastian Murphy twierdzi, że po przeprowadzce na wieś życie byłoby łatwiejsze, a ludzie milsi, w stu procentach mu wierzę. A muszę zaznaczyć, że wsi nie znoszę bardziej niż czegokolwiek innego. Jeśli kiedyś osiądę w takich rejonach, to nie dzięki czystemu powietrzu, a z racji na rekomendację wytatuowanego watażki, który większość czasu spędza w żonobijce.

 

Mimo obaw, Viagra Boys zdaje test drugiej płyty na piątkę z plusem. Nie zatracili swojej tożsamości, ale wzbogacili ją o kilka nowych smaczków i już teraz mają poważne zadatki na otrzymanie miana zespołu jedynego w swoim rodzaju. Jeśli dalej będą nagrywać albumy tak dobre jak "Welfare Jazz", bez trudu to osiągną.


YEAR0001/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive