Atrocious Filth - "OVV"

86%

Od 1991 roku minęło już trzydzieści lat, a żeby jeszcze lepiej zobrazować powagę sytuacji - w tej chwili bliżej nam do 2050 roku niż do 1991. Sentyment do tamtych czasów wciąż jednak rośnie i zachęca kolejne zespoły do reaktywacji, często nieudolnych, ale opłacalnych, a Atrocious Filth... na pewno się do nich nie zalicza.

W 1991 roku Krzysztof "Doc" Raczkowski był już członkiem Vader - zespołu z zaledwie trzema demówkami na koncie - ale rozpierała go energia, potrzebował dla niej kolejnego ujścia. Tak powstało Atrocious Filth, projekt zainspirowany przede wszystkim twórczością Swans (zwłaszcza albumem "Filth"), który niedługo później wydał kasetę (płyta w skromnym nakładzie ukazała się dopiero w 2008 roku) "100% Jesus" - po dziś dzień jeden z najcenniejszych artefaktów polskiego metalu.

 

Nieprawdą byłoby jednak dodanie, że dziesiątki fanów i fanek wyczekiwały ich reaktywacji (doszło do niej zresztą także pięć lat temu, kiedy ukazała się EP-ka "Moans") albo że jest to zespół, za którym stoi moc sentymentu, a nagłówki pokroju Powrót Atrocious Filth mogłyby przyciągnąć uwagę więcej niż garstki osób. Wbrew pozorom nie jest to jednak utrudnieniem, a wręcz przeciwnie - nikt nie będzie oczekiwał odgrywania dawnego przeboju, nikt nie będzie oczekiwał ściśle określonej stylistyki, nikt nie będzie oczekiwał absolutnie niczego. Pozostanie jedynie sprawdzić, czy po tych wszystkich latach olsztyński zespół ma jeszcze coś do zaoferowania.

 

Nie ważne, kto z nich grał wcześniej w Vader czy w Lux Occulta, a z drugiej strony nie ważne jest także to, że mamy do czynienia z muzykami w wieku około pięćdziesięciu lat, w ostatnim czasie niezbyt aktywnymi. Kiedy zostaniecie sam na sam z "OVV", od pierwszego, pięciosekundowego, później wielokrotnie, niemal mantrycznie powtarzanego riffu w "F" poczujecie na sobie ciężar, spod którego ani nie można się wyzwolić, anie nie chce się tego zrobić. Gerard Niemczyk natychmiast przypomina, że wśród perkusistów może uchodzić za profesora matematyki, a jednak jest w tej połamanej muzyce wyraźny groove i trudno nie wtórować mu przytupywaniem albo kiwaniem głową.

 

Zdarzają się momenty abstrakcyjne, na przykład druga połowa "N", gdzie na niemal plemiennym rytmie przywodzącym na myśli Igora Cavalerę rozciągają się coraz dziwniej, można by odnieść wrażenie, że niemal przypadkowo dobrane pojedyncze pociągnięcia za struny gitary (Andrzej Choromański), a na minutę przed końcem zapada cisza, którą przerywa krótkie perkusyjne solo odegrane wyłącznie na talerzach. To jedno z licznych zaskakujących rozwiązań na tym albumie, ale najlepiej sprawdzają się te momenty, kiedy granica pomiędzy awangardą a przebojowością zostaje zatarta.

 

Pierwsze sekundy "L" przypominają już nie tylko Sepulturę z okresu "Roots", ale za sprawą bulgoczącego basu Leszka "Shambo" Rakowskiego (to zresztą jeden z największych atutów albumu) także pierwsze nagrania Korn. To, co wydaje się wstępem do chwytliwego kawałka z czasem rozwija się w mniej oczywistym kierunku, zaczyna przypominać Kobong albo Nyia, z którym zresztą Atrocious Filth łączy wokalista (i być może szaman), Tomasz Bardęga. Jeżeli usilnie szukać jakiegoś schematu, jedynym może być sposób konstruowania dramaturgii - zazwyczaj od łatwo przyswajalnego wstępu po coś, co można uznać za fantazję na temat domniemanego brzmienia Ornette'a Colemana, gdyby grał nu/groove metal (zwłaszcza w "D").

 

Mimo imponującej jakości produkcji i bezbłędnego miksu Bartłomieja Kuźniaka (który pracował przy takich klasykach, jak "The Mother And The Enemy" Lux Occulty albo "Murder's Concept" Yattering, ale także przy "Niewiośnie" Blindead), "OVV" często wzbudza skojarzenia z post czy progressive metalem z końcówki ubiegłego wieku. Nie można jednak pisać o tej muzyce jak o relikcie z przeszłości - nawet jeżeli niektóre zabiegi wydają się dość wiekowe, ich zastosowanie niezmiennie wiąże się z wybieganiem myślami naprzód, szukaniem czegoś nowego i zdaje się, że w najczystszej formie, bo bez obierania celu na przekraczanie granic, a raczej poprzez swobodną grę kolegów, w słownikach których nie istnieje takie pojęcie, jak zagalopować się. 2021 rok nie ma jeszcze dwóch tygodni, a już wiadomo, że wrócimy do tego albumu, kiedy przyjdzie pora na podsumowanie w styczniu 2022.


Moans Music/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive