Medusa: Żyjemy na skale dryfującej w kosmosie, życie jest absurdalne i śmieszne

Medusa to niebinarni, pochodzący z Buffalo artyści, którzy przez dwa lata szturmem brali lokalną scenę, by w 2020 niespodziewanie rozszerzyć swoje zasięgi na cały świat. Album "Boy Of The Year" okazał się przełomem, z miejsca stał się zbiorem hymnów społeczności LGBTQ+ i tych osób, którym bliska jest muzyka z pogranicza hyperpopu, trapu, mrocznego popu, a okazjonalnie nawet nu metalu.

Medusa opowiadają o tym, jak ważne jest wsparcie rodziców i znalezienie ludzi, przy których można poczuć się dobrze; o tym, jak branża muzyczna zaczyna odchodzić od ujednolicania artystów i artystek; a nawet o tym... że uwielbiają pisać egzaminy i przez dwadzieścia lat myśleli, że pochodzą z Polski.

 

Rozmowa z Soundrive

Nie bylibyśmy muzykami, gdyby nie nasza rodzina. Ojciec uczył nas gry na fortepianie, kiedy byliśmy w powijakach, a mama dodawała odwagi we wszelkich próbach działalności muzycznej. Wspierali nas od gry na fortepianie po klarnet, saksofon, chór czy gitarę i wspierają nadal. Zabierali nas na lekcje, przychodzili na występy, odwiedzali na trasach i przesłuchali całą naszą dyskografię. Nigdy nie powiedzieli: To nierealne i nigdy nie zniechęcali nas do zostania artystami. Nasza mama to zarazem nasza największa fanka. Jesteśmy im dozgonnie wdzięczni - oklaski dla Lisy i Marka.

Zanim zostaliśmy muzykami, staraliśmy się znaleźć jakieś ujście dla emocji. Zanim w pełni zanurzyliśmy się w muzyce, byliśmy w fatalnym stanie. To sztampowe, więc obiecuję, że nie napiszemy o muzyce ratującej życie, ale na pewno dała nam narzędzia do wiwisekcji i ekspresji naszych emocji. Okazało się, że wiele osób myśli podobnie, a dzięki temu wszyscy czujemy się teraz mniej samotni.

 

Nasza ulubiona muzyka z dzieciństwa to wszystko, czego słuchała nasza starsza siostra, bo chcieliśmy być cool. Ściągała muzykę z Limewire, a my udawaliśmy, że zrobiliśmy to sami. To był szczytowy okres popularności emo, więc skończyło się na tym, że często słuchaliśmy Brand New, Taking Back Sunday i A Day To Remember, ale lubiliśmy też bardziej chaotyczne rzeczy pokroju Family Force 5. Uwielbialiśmy M.I.A., Avril Lavigne była obowiązkowa, podobnie Evanescence. Kiedy byliśmy trochę starsi, mocniej wciągnęliśmy się w hip-hop. Pisaliśmy listy do Eminema - wiemy, jak żenujące to jest - w kółko słuchaliśmy Biggiego albo Flatbush Zombies. Mieliśmy obsesję na punkcie Odd Future, co jest bardzo stereotypowe dla białego dzieciaka z przedmieść Ameryki. Wu-Tang Clan też sprawiło, że nasz mózg eksplodował, mieliśmy fazę na CocoRosie i Son Lux.

Nasza ulubiona muzyka z ostatnich miesięcy to na pewno "Worldwide Torture" Jazmin Bean! Poza tym ta piosenka Nathy Peluso, która leci tak: I'm a nasty girl, fantastic. Jesteśmy trochę w tyle z nowościami, bo wciągnęliśmy się w witch house z ubiegłej dekady. W następnej kolejności pewnie nadgonimy Tinashe.

 

Nasi ulubieni artyści niezwiązani z muzyką to Felix Dolah i Xavier Dolan. Sposób, w jaki Dolah rysuje ludzką postać albo kilka połączonych postaci naprawdę do nas trafia. Uwielbiamy to, jak bardzo jego technika przypomina szkice i te wydłużone kończyny. Nie możemy się doczekać, żeby wytatuować sobie którąś z jego prac. A poza tym uwielbiamy filmy Dolana.

 

We współczesnej muzyce najbardziej lubimy trend do przekraczania granic gatunkowych. Dzisiejsi artyści i artystki mają większą przestrzeń do odkrywania wielu aspektów przeróżnych gatunków, a nawet do tworzenia nowych. Uwielbiamy połączenie hip-hopu, hyperpopu, house'u i eksperymentalnej elektroniki. Uważamy, że Sophie wyprzedziła swoje czasy i mamy szczęście, że możemy za nią podążać.

We współczesnej muzyce najbardziej nie lubimy tego, że kapitalizm wymusza homogeniczność po to, by zarabiać na twórcach, których łatwiej można kategoryzować. Mimo tego, o czym powiedzieliśmy w poprzedniej odpowiedzi, pieniądze wciąż są największą siłą w tej branży i to z ich powodu celem jest ujednolicanie muzyki. Wytwórnie i osoby reprezentujące artystów i artystki czasami dążą do zmieniania ich, zwykle na niekorzyść, by mogli rywalizować z innymi. Czasami nawet sami artyści/artystki chcą takich zmian dokonać, upodobnić się do kogoś popularnego. Szkoda, że musimy tak bardzo dopasowywać się do ram gatunkowych, żeby zechciano nas umieszczać na playlistach albo promować, ale na szczęście to się zmienia.

 

Najbardziej w koncertach lubimy wcielanie się w muzykę na scenie. Nie ma niczego lepszego od migoczących świateł, dzięki którym piosenka żyje. A poza tym spotykanie ludzi i łączenie poszczególnych utworów, tworzenie nowych wersji i pozwalanie sobie na chwilowe adliby.

 

Nasza muzyka jest porównywana do niezliczonych artystów i artystek z przeróżnych gatunków, co jest dość zagmatwane. Niektórzy mówią, że brzmimy jak K.Flay, Grimes, Kilo Kish, Sevdaliza, Ashnikko albo Cobrah i niektóre z tych porównań są całkiem trafne, a na pewno wszystkie przyjmujemy jako komplementy. Dopóki nasi słuchacze i słuchaczki czują moc, mogą mówić, że brzmimy jak piosenka z kantyny w "Gwiezdnych wojnach", a i tak będziemy szczęśliwi.

 

Gdybyśmy mogli sprawić, że jeden z utworów innego artysty stałby się nasz, byłoby to "Kill V. Maim" Grimes - co za niepokorny, szalony kawałek.

Gdybyśmy mogli zadać naszemu ulubionemu artyście jedno pytanie, chcielibyśmy wiedzieć, co robi w studiu? Jak wygląda jego/jej sposób pracy? Bardzo byśmy chcieli zobaczyć pliki z projektami z DAW-ów naszych ulubionych artystów i artystek. Chcielibyśmy być z nimi w pokoju, kiedy tworzą. Proces produkcji innych osób jest dla nas bardzo interesujący.

 

Największa mądrość, jaką w życiu usłyszeliśmy to: Nie macie wpływu na to, co inni o was myślą, więc zamartwianie się nad tym nie ma sensu.

 

Gdybyśmy w dorosłym życiu wciąż mogli robić coś, co robiliśmy w dzieciństwie... Szczerze? Pisanie testów standaryzowanych. Chociaż nie byliśmy dobrymi uczniami, bardzo dobrze szło nam na testach, a to dodawało pewności siebie. Fatalnie nam szło siedzenie w klasie i uważanie na zajęciach, ale egzaminy były całkiem niezłą zabawą. Czy to coś dziwnego?

 

Gdybyśmy mogli zakończyć jeden spór, który dzieli ludzi... O rany, to byłoby wszystko, co jest związane z LGBTQ+. To dla nas zupełnie oczywiste, że każda osoba chce po prostu być szczęśliwa i czuć się spełniona. Każdy człowiek pragnie poczucia bezpieczeństwa, miłości, chce czuć się dobrze w swoim życiu i w swoim ciele. Przecież to rzadko, o ile w ogóle kiedykolwiek, dotyka kogoś innego. Dlaczego ludzie tak się tym przejmują? Wszyscy żyjemy na wielkiej skale dryfującej w kosmosie, a życie jest absurdalne, dziwaczne i śmieszne. Róbmy to, na co mamy ochotę.

 

Polska kojarzy się nam z naszymi dwudziestymi pierwszymi urodzinami. Byliśmy z naszą mamą w knajpie (chcieliśmy, żeby przeżyła ten moment z nami) i wspomnieliśmy o naszym polskim pochodzeniu, na co odpowiedziała, że wcale nie pochodzimy z Polski. Dopytywałam, jak to możliwe, przecież jemy polskie jedzenie, mieszkamy w polskiej części miasta, ale wciąż powtarzała, że nie pochodzimy z Polski. Okazało się, że mamy słowackie i ukraińskie korzenie. Przez dwie dekady myślałam, że jestem z Polski, okazało się, że nie.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive