Brooks Was Here

Stary Brooks nie widział dla siebie przyszłości po opuszczeniu Shawshank, a jedynym sposobem, w jaki potrafił zaznaczyć, że w ogóle istniał było wydrapanie słów „Brooks Was Here”.

Okazuje się jednak, że nawet tak marny, cichy żywot może być inspiracją dla bardzo głośnego zespołu z Warszawy.

Brooks Was Here najcelniej opisują dwie etykiety - „post-hardcore” oraz „emo”. Ta druga w ostatnich latach została sprowadzona wręcz do obelgi, ale jej historia ma znacznie głębsze korzenie, sięgające zespołu Minor Threat (który zainicjował także ruch czy sposób życia straight edge) i jego odejścia od zaangażowanego społecznie punk rocka na rzecz bardziej osobistej twórczości. Kolejne zespoły podejmowały wątek w nieco bardziej złagodzonym, melodyjnym wydaniu (na przykład Rites of Spring), aż wyłoniła się kompletnie nowa jakość, która wciąż utrzymuje znakomitą kondycję za sprawą taki kapel, jak The World is a Beautiful Place & I am No Longer Afraid to Die czy Empire! Empire! (I Was a Lonely Estate). „Ja nigdy nie traktowałem emo obraźliwie, dlatego, że po prostu utożsamiałem taką muzykę z czymś innym niż My Chemical Romance - twierdzi Mateusz, wokalista Brooks Was Here. - Każdy ma własną definicję tej muzyki, dla mnie w tej etykietce nie ma nic wstydliwego. Na całym świecie z resztą takie oldschoolowe emo przeżywa obecnie renesans. A swoje emo gramy już przez trzecią EPkę i będziemy grać dopóki nam to się nie znudzi”. Majkel, gitarzysta dodaje natomiast: „W Polsce też mamy masę dobrych składów, które grają emo-hardcore, na przykład Beaver, Aporia, Hard To Breathe, Escapism. Wydaje mi się, że nie specjalnie oglądaliśmy się na etykietki i po prostu gramy taka muzykę, jakiej sami chcielibyśmy słuchać. Cała ta moda czy hejt na emo w wydaniu popkulturowym ma nie za wiele wspólnego z muzyką czy kulturą niezależna. Kiedyś gimbusy były emo, teraz są yolo i swag”.

Najlepsze, co można zrobić podczas przesłuchiwania „III” to wyłączenie myślenia z podziałem na gatunki, szufladki i stereotypy. Od otwierającego krążek „Łoskotu” materiał doskonale broni się bez względu na przynależność, jaką słuchacz może próbować mu narzucić. Wyraźnie zaznaczona linia melodyjna; wrzask przeplatany rozedrganym, czystym wokalem; monstrualna perkusja z nieustannie rozkołysanym crashem i palce przemieszczające się po strunach w sposób umożliwiający nucenie utworu, ale nie tak łatwy, aby każdy z dźwięków dało się bez wysiłku policzyć. W kolejnych utworach jest jeszcze ciekawiej - środek „Lunaparków” to bezpardonowa dewastacja instrumentów, w której każdy obiera własną ścieżkę, a mimo tego na końcu ponownie się spotykają. W „Ścianach” dekomponowanie idzie nawet o krok dalej i kiedy już można odnieść wrażenie, że wszystko się posypało, a muzycy nie słyszą się nawzajem, jeden manewr pozwala na powrót całość zespolić. To ogromna przyjemność słuchać zespołu niesilącego się na wielominutowe, progresywne odjazdy, który ma tak dużą samoświadomość i z tak wielką lekkością potrafi ujarzmiać nuty. „Pacjent będzie żył” czy „Dzieci poszły spać” to kawałki, które jeszcze długo nie znikną z mojej playlisty.

Wyczyn jest o tyle trudniejszy, że wszystkim dziewięciu utworom towarzyszą wokale w języku polskim, a obsługa naszej rodzimej mowy jest bardziej skomplikowana niż obsługa elektrycznej gitary stalowej i stwarza dodatkowe trudności w promowaniu się za granicą. „Akurat wczoraj organizowałem gig zespołu December Youth i chłopaki się strasznie jarali tym, że śpiewamy po polsku - opowiada Mateusz. - To dobre spostrzeżenie, że pojawia się pewna bariera, jeśli chodzi o dotarcie do odbiorców poza Polską, ale mam nadzieję, że niedługo wreszcie wymęczę jakiegoś mojego znajomego, który zna angielski lepiej ode mnie, żeby po prostu przetłumaczyć te teksty na angielski”. Słowa wykrzykiwane przez Mateusza są mocnym komentarzem do otaczającej nas rzeczywistości, a że współczesne czasy dostarczają aż za dużo tematów, na brak inspiracji na pewno nie można narzekać. „Z muzyką, jaką gramy są związane pewne kwestie światopoglądowe i nie ma co tu ukrywać, że jest to dla nas ważne. Wkurwiają nas różne rzeczy, a muzyka pozwala na chwilę się do tego odciąć i wykrzyczeć złość”. Pytanie tylko, czy jest to raczej kwestia odreagowania, czy może faktycznie można coś zmienić za pomocą muzyki? „To jest istotne pytanie. Jest trochę tak, że do pewnego stopnia śpiewanie o potępianiu rasizmu, antykapitalizmie i feminizmie do pewnego stopnia jest już »przekonywaniem przekonanych«, którzy już partycypują w scenie hc-punkowej - odpowiada Mateszu. - Ale uważam, że ważne jest powtarzanie pewnych rzeczy do znudzenia, bo inaczej zapomina się o tym, jakie są ważne. Podoba mi się to, że na przykład Wild Books wywieszają na koncertach antyfaszystowską flagę. Jest to jasny komunikat do publiczności, kto powinien zostać na takim gigu, a kto powinien z niego po prostu spierdalać”.

Co jednak najważniejsze dla Brooks Was Here nie ma granic zarówno językowych, jak i muzycznych, nie ma zaściankowych kompleksów: „Jesteśmy po prostu pewni tego, co robimy - przekonuje Majkel. - Poza tym gramy dla siebie i nawet jeżeli ktoś napisze, że materiał jest chujowy, to niespecjalnie nas dotknie. Kompleksów wobec zachodnich kolegów nie mamy, bo niby dlaczego mamy je mieć? [śmiech] Mateusz organizuje sporo gigów zagranicznych kapel. To tacy sami goście, jak my. Słuchamy podobnej muzyki, mamy podobny sprzęt”. Z takim materiałem i tak ogromną energią każda scena będzie należeć do nich, a jeżeli przyjadą do waszych miast, to koniecznie pójdźcie sami się o tym przekonać.

foto: Magadalena Stefaniak


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive