Playboi Carti - "Whole Lotta Red"

84%

Zin Slash istniał zaledwie przez kilka lat, ale odegrał istotną rolę w popularyzacji punk rocka w Stanach Zjednoczonych. Dave Vanian z The Damned na okładce pierwszego numeru stał się powszechnie rozpoznawalnym symbolem buntu, a Playboi Carti postanowił odtworzyć tę kultową grafikę na okładce "Whole Lotta Red". Kolejny przejaw nostalgii? Raczej symbol zmian, które nie każdemu wielbicielowi "Die Lit" przypadną do gustu.

Od premiery drugiego albumu Cartiego minęło zaledwie pięć dni, a internet już rozgrzał się do czerwoności od zażartych dyskusji i walk na memy. Jedni czują się zdradzeni, porównują "Whole Lotta Red" do "Cyberpunk 2077" - rozczarowania po kilku latach budowania napięcia i projektu nie do końca dopracowanego; innych zachwyca mroczniejsze oblicze rapera z Atlanty, bardziej chaotyczne, naszpikowane syntezatorowymi podkładami i chociaż wyprodukowane przez tak prominentne postacie jak Wheezy, Pi'erre Bourne czy Maaly Raw, zaskakująco surowe. Wszystkie te argumenty można sprowadzić do jednego wniosku - Playboi Carti pod koniec 2020 roku odnalazł nowe brzmienie i na nikogo nie zamierza się oglądać.

 

Nie zrezygnował z firmowego "baby voice'u" (wysokość głosu subtelnie podniesione przez auto-tune'a, zredukowanie końcówek wyrazów, niewyraźne wypowiadanie słów), ale jest go znacznie mniej, przestał być traktowany jak nowa zabawka, którą trudno odłożyć na bok, a najchętniej cały czas przechwalałoby się nią przed kolegami. Głos nabrał charakteru instrumentalnego, wykorzystywany jest na wiele sposobów, z niemalże krzykiem, pojękiwaniem i obszernie stosowanymi adlibami włącznie.

 

Całkowicie nowe jest natomiast tło akustyczne - już w otwierającym album "Rockstar Made" F1lthy wprowadza ponury nastrój, uwydatnia agresywne uderzenia basu i zapętloną, hałaśliwą melodię, a w tle dorzuca charakterystyczny trapowy "hi-hat". Z jednej strony jest to chwytliwe, z drugiej można odnieść wrażenie, że wwierca się w mózg, co zresztą idealnie pasuje do punkowego etosu, który Carti przyswoił.

 

Konsekwencje takiego myślenia o muzyce odbierają jej determinację do dążenia do perfekcji. "Whole Lotta Red" nie jest oszlifowane z każdej, nawet najdrobniejszej skazy, to nie jest standard dzisiejszych mainstreamowych albumów, a wręcz sprzeciw wobec skalkulowanego na komercyjny sukces brzmienia. W tym kontekście trzeba przytaknąć zarzutom o surowość, niedopracowanie czy drobne niedociągnięcia produkcyjne, ale należy jednocześnie mieć na uwadze, że taki był cel. Carti nie miał zresztą innego wyboru, o ile chciał pozostać twórcą poszukującym. "Die Lit" było wyjątkowym materiałem, spopularyzowało brzmienie soundcloud rapu i to do tego stopnia, że dwa lata później stało się powszechne i wtórne, a Carti najwyraźniej nie zamierzał trzymać się go kurczowo tylko dlatego, bo zawdzięczał mu sukces.

 

Jednym z najciekawszych, powracających w podkładach wątków są nawiązania (świadome lub przypadkowe) do muzyki z gier wideo. W "M3tamorphosis" pełnią jeszcze drugoplanową rolę, przejawiają się jako krótka melodia rodem z "Final Fantasy VII", ale mogą umknąć pod wersami cedzonymi z tak ogromną desperacją, jakby życie Cartiego zależało od ich wypowiedzenia. W "No Sl33p", "Control", "On That Time" czy "Over" skojarzenia z grami stają się wyraźniejsze, ale już z tymi o dekadę starszymi, a apogeum to "Vamp Anthem" - kawałek żywcem wyciągnięty z "Castlevanii", oddający dodatkowo fascynację Cartiego wampiryzmem (zwłaszcza filmem "The Lost Boys"). To przy okazji zdecydowanie najodważniejszy utwór na "Whole Lotta Red" i na pewno u niejednej osoby wywoła pogardliwe: To nie jest nawet hip-hop.

 

Co ciekawe, MIDI-chiptunowo-synthowo-trapowa ekstrawagancja rozwija się w drugiej połowie "Whole Lotta Red", a zmiana nastroju jest na tyle wyraźna, by bez wysiłku wszystko do "Meh" oddzielić i wydać jako jeden album, a wszystko od "Vamp Anthem" jako drugi. Nie trudno się domyślić, że nie stało się tak ze względu na algorytmy platform streamingowych, które dają długim wydawnictwom większe szanse na sukces, ale z drugiej strony nie ma tutaj wyrachowania znanego chociażby z "Culture II" Migos, gdzie ponad sto minut muzyki bez żalu można by skrócić do trzydziestu. Druga połowa "Whole Lotta Red" jest zresztą tą bardziej śmiałą, bardziej "punkową" (co należy w tym wypadku rozumieć jako sprzeciw wobec schematom) czy "wampiryczną". Fascynuje połączeniem lekkości w pisaniu wpadających w ucho kawałków z podminowywaniem ich radiowego potencjału hałasami, udziwnieniami i rezygnacją ze sterylnej produkcji.

 

Na tydzień przed końcem roku ukazał się album, który wzbudził najbardziej zażarte dyskusje w ostatnich dwunastu miesiącach, zazwyczaj dzieląc odbiorców na zagorzałych obrońców i rozgniewanych przeciwników, nic pośrodku. Trudno nie odnieść wrażenia, że Cartiemu dokładnie o to chodziło - nie tylko wetknął kij w mrowisko, ale także z szaleńczym wyrazem twarzy nadal trzyma jego końcówkę i z radością patrzy na pnące się po nim rozwścieczone mrówki. Za wcześnie jeszcze, żeby pisać o rewolucji, ale nie będzie zaskoczeniem, jeżeli lada moment pod wpływem "Whole Lotta Red" zaleje nas fala EP-ek, mixtape'ów i singli wynoszących na piedestał niedoskonałości, agresywniejszych, coraz częściej korzystających z syntezatorów i dopiero wtedy będziemy mieć powody do narzekania.


AWGE/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive