Wonder Woman 1984. Wysokobudżetowe kino klasy B

63%

Paliwem "Wonder Woman" z 2017 roku był kontekst, miano pierwszego wysokobudżetowego filmu superbohaterskiego z kobietą w roli głównej, a w konsekwencji przełamanie barier skostniałych hollywoodzkich standardów. Sam film przełomowy jednak nie był, wpisywał się w gatunkowe schematy i ratowało go jedynie odtwarzanie ich z niezłym rezultatem. Żeby sequel odniósł sukces, potrzeba było czegoś więcej.

Pierwsze sceny nie napawają optymizmem - przeładowane obrazami wygenerowanymi przez komputery zmagania amazonek, buzująca od patosu muzyka Hansa Zimmer i mikro-historia o tym, że prawdziwa bohaterka musi kierować się prawdą to banały, od których aż mdli. Kiedy jednak opuszczamy Temiskerę i zostajemy zabrani do pstrokatych lat 80... Albo dacie się ponieść fali nostalgii, albo zostaniecie przez nią zatopieni.

 

Idealizowanie okresu największego rozkwitu popkultury słusznie może irytować, nudzić i sprawiać wrażenie łatwego skoku na kasę. Od przynajmniej pięciu lat nieustannie jesteśmy zabierani w przeszłość, która okazuje się pozbawiona wad, chyba że za taką uznać paniczny strach przed Związkiem Radzieckim. "Stranger Things", "Bumblebee", "Coś" Andy'ego Muschiettiego, "Glow", "Atomic Blonde", "Mandy"... Długo można by wymieniać i chociaż zazwyczaj retro-otoczka dodaje smaczku, podnosi wartość ludyczną filmu, prawdziwy test to spojrzenie na niego po obdarciu z niuansów, a tego jednoznacznie na korzyść "Wonder Woman 1984" zaliczyć nie sposób.

Jeżeli zastanawialiście się, jakim cudem Steve Trevor (Chris Pine) po wyciskającej łzy, szlachetnej śmierci w finale "jedynki" powrócił, odpowiedzią jest... Magiczny kamień. To nie żart, a w dodatku ten sam kamień odpowiada za przemianę dwóch dotąd nie najlepiej radzących sobie w życiu postaci w czarne charaktery rządne odwetu. Dorzućmy do tego sceny pokroju lot z lasso przyczepionym do pocisku wystrzelonego z bazooki, randka w niewidzialnym odrzutowcu przelatującym przez wybuchy fajerwerków albo śledztwo, przy którym przygody Scooby'ego-Doo mogą pozwać na dzieła Agathy Christie, a rezultatem jest zaskakująco - jak na budżet wynoszący dwieście milionów dolarów - tandetny obraz. W dodatku nie autoironiczny, nie świadomie manipulujący kiczem z lat 80., a najzwyklej w świecie bezwiednie wpadający w jego sidła... Co prawdopodobnie sprawdziłoby się znacznie lepiej, gdyby zamiast stu pięćdziesięciu minut, "Wonder Woman 1984" trwało półtorej godziny.

 

Sama Diana po przemianie w bohaterkę uciśnionych, której każde działanie dedykowane jest miłości do pierwszego mężczyzny, jakiego w życiu poznała ugrzęzła w miejscu i jest w "1984" znacznie mniej interesującą postacią. Na front wysunął się Pedro Pascal (jedna z nielicznych osób na Ziemi, która 2020 rok może zaliczyć do udanych) i chociaż manipulujący wolą ludzi Maxwell Lord w jego wydaniu do złudzenia przypomina Kilgrave'a z serialu "Jessica Jones", jest w jego umęczonej twarzy i szaleńczym dążeniu do celu coś na tyle intrygującego, że kradnie każdą jedną scenę i chociażby dla jego występu warto po ten film sięgnąć. Równie ciekawą postacią mogła być Barbara Minerva/Cheetah (Kristen Wiig), symbol kobiety sfrustrowanej przez protekcjonalne traktowanie i seksistowskie zaczepki śliskich facetów, ale potraktowano ten wątek zbyt ogólnie, by mógł uderzyć z pełną mocą.

Od strony wizualnej "1984" wpisuje się w normę wyśrubowaną przez DCEU - ponura paleta kolorów ustępuje niemal wyłącznie w scenach komediowych; choreografie scen walk sprowadzają się do sekwencji dwóch-trzech uderzeń, w których zamiast na dynamikę, postawiono na zwalnianie tempa; a efekty specjalne choć drogie, wyglądają niezbyt realistycznie. Jeżeli więc wyciąć realia lat 80. i znakomitego Pascala, zostaje ni mniej, ni więcej jak tylko superbohaterskie kino tworzone z wysłużonego przepisu. Rozrywkowe, nie aż tak niedorzeczne i głupkowate, jak "Aquaman", ale niedorastające do poziomu "Strażników Galaktyki" czy "Thor: Ragnarok" (do tego trzeba więcej niż jedna scena z przymierzaniem modnych przed trzydziestoma sześcioma laty ciuchów). Z drugiej strony jest to kino do bólu patetyczne, niosące naiwne, choć słuszne przesłanie i na szczęście wolne od balastu w postaci nawiązań do wciąż potykającego się o własne nogi uniwersum. Jeżeli oczekujecie jedynie chwili wytchnienia i trwającego dwie i pół godziny relaksu, to Patty Jenkins i Gal Gadot mają dla was solidne "wysokobudżetowe kino klasy B". Tylko tyle i aż tyle.


Wonder Woman 1984

USA, 2020

Warner Bros.

Reżyseria: Patty Jenkins

Obsada: Gal Gadot, Pedro Pascal, Kristen Wiig



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive