Fire-Toolz - "Rainbow Bridge"

78%

Okładki bywają mylące, a czasami nawet celowo wprowadzają w błąd, ale okładka najnowszego albumu Fire-Toolz dokładnie odwzorowuje to, co można na nim usłyszeć - połączenie vaporwave'u z black metalem, windowego muzaka z chtonicznym skrzekiem, symbolikę śmierci jako wyraz gniewu i smutku po utracie ukochanego kota o imieniu Breakfast.

Jak nie trudno się domyślić, zagorzali słuchacze Mayhem albo Darkthrone raczej nie mają czego tutaj szukać, a nawet ta część metalowej publiczności, w której łaski zdołał się wkupić Zeal & Ardor ze swoim równie odważnym połączeniem bluesa i black metalu najprawdopodobniej będzie miała opory przed wejściem w niesamowity świat Angel Marcloid.

 

Producentka z Chicago występuje pod wieloma pseudonimami (między innymi Angelwings Marmalade, Pregnant Spore czy Nonlocal Forecast) i z wieloma efemerycznymi grupami (Anime Love Hotel, Noga Vespereen Tempistor, Surf Nazis On Ecstasy), ale Fire-Toolz to jej najbardziej śmiały i zarazem najbardziej aktywny projekt. Co jednak najważniejsze, nie można go sprowadzić do poziomu wygłupu, próby krótkotrwałego przyciągnięcia uwagi poprzez zestawienie skrajności. Wybranie z jednej strony zjawiska kontrkulturowego, związanego nie tylko z muzyką, ale również z precyzyjnie określonymi poglądami i sposobem życia; z drugiej estetyki stawiającej na piedestale kicz mogłoby się wydawać siłowym szukaniem kontrowersji, które pozwoliłyby na nieco więcej szumu w mediach społecznościowych, ale "Rainbow Bridge" to przede wszystkim fascynująca podróż w feeryczną krainę dziwacznych dźwięków.

 

Elementy metalowe wyraźne są przede wszystkim w kilku początkowych utworach - w króciutkim "Gnosis Oozing" po połączeniu z tandetnymi akordami odgrywanymi na syntezatorze mogą kojarzyć się z Dream Theater z ich najmniej udanych kompozycji; "It's Now Safe To Turn Off Your Computer" brzmi jak improwizacja Briana Eno nad motywem, który skomponował na potrzeby systemu Windows 95, ale z gościnnym udziałem Abbatha; a przy utworze tytułowym aż chciałoby się oglądać sceny treningu przed wielką walką któregoś z herosów kina akcji z lat 80., najlepiej Van Damme'a, tyle że od czasu do czasu kilka złośliwym wersów wykrzykuje mu do ucha rozgniewany Tong Po.

 

Im jednak dalej, tym black metal coraz bardziej zaczyna przypominać odległe echo. Jeszcze w "Mego Maitrī", "(((Ever-Widening Rings)))" i "Decrepit Phoenix" da się usłyszeć przesterowane skrzeczenie wzbudzające skojarzenia z nieodżałowanym Dvar, ale warstwa instrumentalna to niemalże stuprocentowy vaporwave. W drugiej połowie albumu tylko "觀音Prayer For The Abuser (Abridged)" ponownie wyrównuje proporcje (swoją drogą, to jeden z najmocniejszych punktów albumu), a coraz częściej zdarzają się momenty całkowicie ambientowe, przetworzone przez sentyment do lat 80. Marcloid sprawnie porusza się w tej stylistyce, ale to kontrasty stanowią o sile "Rainbow Bridge" - tam, gdzie ich brakuje, tam zaczyna robić się nudno.

 

Fire-Toolz snuje swoją "vapor-metalową" historię od ponad pięciu lat i każdego roku publikuje kolejną jej odsłonę. Poprzednie albumu można było jednak traktować jak ciekawostki i zapisy szkiców nietypowych pomysłów, którym brakowało zaangażowania emocjonalnego. To ujawniło się dopiero w ramach żałoby po stracie ukochanego kota - smutek i tęsknota uszlachetniły twórczość Angel Marcloid i pozostaje trzymać kciuki, że w przyszłym roku z objetego kursu nie zboczy.


wydanie własne/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive