Mons: W dzisiejszych czasach nie ma neutralności

Dzięki muzyce można wyrazić nie tylko uczucia i emocje, ale także oddać w niej atmosferę miejsca, w którym została stworzona. Udało się to zespołowi Mons, który w melancholijnych i mglistych utworach uchwycił zarówno dynamiczny rytm dużego miasta, jak i kryjącą się pod jego wierzchnią warstwą tajemnicę.

Barbara Skrodzka: Wydaliście już trzy single zapowiadające nowy materiał - spajają je nastrój i podobne emocje. Co oprócz tych uczuć można w waszej muzyce usłyszeć?

Jakub Pieniążek: Boję się opowiadać o tekstach naszych piosenek, wydaje mi się, że jeśli utwór do kogoś przemawia, to tłumacząc jego znaczenie, mogę niechcący zepsuć powstałe wrażenie. Obawiam się, że jeśli powiem coś konkretnego, to znikną obrazy, które słuchacz sobie wytworzył, a jego własna interpretacja zostanie w jakiś sposób zaburzona.

Ma to sens, ale z drugiej strony fajnie jest wiedzieć, co artysta miał na myśli, tworząc poszczególne utwory. Opowiedz o najnowszym singlu, "Jeden raz".

Bohater moich nastoletnich lat, Noel Gallagher, z takich pytań wymigiwał się, mówiąc, że jego piosenki o niczym nie mówią i są przypadkowymi zbiorami słów [śmiech]. Siedząc nad kartką papieru, najczęściej szukam słów i fraz, które pasują do rytmu i melodii, a kiedy pisałem "Jeden raz", zastanawiałem się, na ile w otaczającym nas świecie, w którym ludzie chcą kupować dla siebie przyjemność i szczęście, pewna metaforyczna melancholia ma szansę się przebić i czy w ogóle ktoś będzie taką muzyką zainteresowany. Punktem wyjścia jest pytanie, czy to wszystko w ogóle ma sens. Nostalgia jest częścią mnie - to rozbicie pomiędzy tym, jak faktycznie wygląda rzeczywistość, a tym, jak chciałbym żeby wyglądała. "Jeden raz" można odnieść do relacji damsko-męskiej, ale też do relacji ja-życie. Przekaz z mojej strony jest bezpośredni - jesteśmy tu tylko raz i większość z nas ma świadomość, że kiedyś wszystko się skończy. Paradoks polega na tym, że nie przewidywaliśmy wirusa, a takie tematy będą nośne, bo utwór powstał dużo wcześniej.

 

Wspomniałeś, że piszesz tekst do już istniejących melodii - jak ważne są dla ciebie słowa, skoro to nie one pojawiają się jako pierwsze?

Bardzo sobie cenię świat słowa, ale wydaje mi się, że czasami ten świat ma zupełnie inny rytm niż muzyka. W poezji śpiewanej można usłyszeć, że da się uelastycznić muzykę względem tekstu, że to tekst może prowadzić muzykę, ale ja wolę odwrotnie. Bardzo często jest tak, że przy zagranicznych piosenkach tekst jest dla mnie nieistotny, nawet nie zastanawiam się nad nim. Większą wartość ma melodia i sam fakt, że jakiś człowiek kieruje do mnie słowa w sposób, który emocjonalnie do mnie przemawia. Uważam, że sama muzyka jest kluczem, ale pisząc, dbam o to, by moje teksty nie były głupie [śmiech].

Skład zespołu przez lata ulegał zmianie, teraz wkraczacie w nowy rozdział Mons. Podążając za tytułem waszego pierwszego singla, zaczynacie "Od nowa"?

Podoba mi się tytuł drugiej płyty Much - "Notoryczni debiutanci". Z Rafałem Ptaszyńskim, byłym basistą Afro Kolektywu, z którym gram w innym zespole, zawsze śmialiśmy się, że kolejny raz zaczynamy od nowa. Z pierwszym zespołem [Farel Gott] miałem złudne wrażenie, że jeżeli wystąpiliśmy u Kuby Wojewódzkiego, byliśmy na playlistach Antyradia, pojawiliśmy się w Teleexpressie, zagraliśmy na Open'erze i prawie wszyscy o nas wiedzą, to już coś. Doszliśmy do momentu, w którym myśleliśmy, że ta kula śniegowa będzie toczyła się sama i że nie będziemy musieli nic robić. Było to na tyle zwodnicze, że zespół przestał istnieć. Era takich grup, jak The Rolling Stones minęła.

 

Myślisz, że koniec ery legendarnych grup związany jest z pojawieniem się łatwego i powszechnego dostępu do muzyki zespołów z całego świata, dla każdego, bez wychodzenia z domu?

Trent Reznor twierdzi, że chociaż jest łatwiejszy dostęp do sprzętu i możliwość nagrywania wszystkiego w domu, nie powstaje wcale więcej fajnej muzyki. Tej ciekawszej muzyki wciąż jest tyle samo, ale każdy artysta łaknie uwagi i to powoduje, że zespołów docierających do naszych uszu jest tak dużo. Zmienił się sposób słuchania muzyki, co jest bardzo przykre. Już nie czekam na nową muzykę, ona po prostu pojawia się na iTunes. Kiedyś dzieliłem swój dzień na części - jadąc godzinę komunikacją miejską, poświęcałem ją na to, by zaznajomić się z nową twórczością. Robiłem tak przez pięć lat! W pewnym momencie poczułem, że jestem tylko przetwornikiem informacji, które są mi podawane, analizuję to, co się tam dzieje, ale nie sprawia mi to przyjemności. Ludzie teraz mają bardzo dużo do wyboru, bo muzyka konkuruje z filmem, książkami, grami komputerowymi... Era Stonesów oferowała bardzo eklektyczne widowiska - zespół grał trzydzieści minut, później był połykacz ognia, następnie komik. Może świat wróci do tego tak, jak wrócił do wydawania singli?

Mons to brzmienie miasta, jego dynamiczny rytm i zmieniający się puls. Daliście tego wyraz w serii publikowanych zdjęć i towarzyszącym im opisom. Jaki wpływ na was i waszą muzykę ma otoczenie?

Wydaje mi się, że skoro tworzymy muzykę, to wraz z nią możemy podzielić się też częścią trochę innego świata. Jestem zwolennikiem tego, że przestrzeń określa naszą świadomość, a muzyka jest częścią tej przestrzeni. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, pisanie nie sprawia mi przyjemności, ale bardzo lubię to robić. Czasami są to częściowe strumienie świadomości, które próbuję ubrać w jakąś formę, w tym przypadku były to dość długie teksty towarzyszące publikowanym przez nas zdjęciom. Przez te teksty mogłem wyładować swoje emocje. Czasami to, co pisałem bardzo mnie zaskakiwało. Rozmyślałem nad tym, czy miasto, w którym żyję nadal jest dla mnie tym, co napisałem. Czasem zastanawiałem się, czy te wpisy nie odciągną ludzi od naszej muzyki i czy ktoś nie stwierdzi, że jesteśmy blogiem architektonicznym [śmiech].

 

Świat przedstawiany w waszej muzyce jest dość zamglony, kojarzy się z jesiennym lub zimowym porankiem. Jak sam odbierasz waszą muzykę?

Bardzo lubię zdjęcie Joy Division na składance "The Best Of", na którym pośród śniegu, w oddali widać stojące osoby. Nawet gdyby to była Antarktyda, to można uznać tych ludzi w pewnym sensie za wybawienie. W ten sposób widzę muzykę, którą gramy. Jest w niej wielkie pole chłodu i dystansu, ale z drugiej strony pojawia się też nadzieja. Nazywam to melancholią, ponieważ nie jest to smutek w ścisłym tego słowa znaczeniu. Na pewno dziwnym utworem jest "On nowa". Byłem w szoku, kiedy dowiedziałem się, że ludzie odbierają go jako pozytywny. Dla mnie jest on ekstremalnie smutny. Tekst pochodzi z etapu w moim życiu, który był dla mnie niezmiernie przykry. I tu znowu wracamy do pytania, czy pozwolić ludziom interpretować muzykę tak, jak chcą, czy opowiedzieć im to, co za nią faktycznie stoi...

Nie angażujecie się w politykę, ale podczas jednego z waszych letnich koncertów na scenie pojawiła się tęczowa flaga. Czuliście, że musicie zabrać jakieś stanowisko w sprawie społeczności LGBT+?

Uważam, że w dzisiejszych czasach nie ma neutralności. Nawet jeśli się nie określimy, to świat wrzuci nas do jakiegoś worka, zwłaszcza w Polsce. Wiele pracujących z nami osób to osoby homoseksualne, bylibyśmy hipokrytami, gdybyśmy nie wyrazili niczego w tym temacie. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ludzie potrzebują narzucać komuś jakąś tożsamość. Każdy ma prawo być tym, kim chce. Jeśli mój kolega, który ma dzisiaj na imię Piotrek, poprosi mnie jutro, żebym mówił do niego Maria, nie widzę w tym problemu. Jeśli nakłada się jakieś ograniczenia na jedną grupę społeczną, to równie dobrze ktoś może nałożyć te ograniczenia na kolejne, a wtedy będziemy mogli grać tylko na radzieckich bałałajkach, żeby prezes był zadowolony.

 

fot. Rafał Ptaszyński


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive