5 płyt: Kamil Kowalski

Dla młodego wokalisty z Kusowa 2020 rok okazał się przełomowy - opublikował kilka singli, cieszy się coraz większym zainteresowaniem i kończy prace nad debiutanckim albumem, który powstaje pod czujnym okiem Piotra Madeja, znanego lepiej jako Patrick The Pan. Zanim jednak będziecie mogli przesłuchać pierwszy krążek Kamila Kowalskiego, możecie sprawdzić, jakie płyty ze swojej domowej kolekcji uważa za najcenniejsze.

Maanam - "Maanam"

Trudno było wybrać jeden album Kory i Maanamu. Każda ich płyta wypełniona jest ponadczasowymi przebojami. Jako dziecko wybrałem się na koncert Kory, który odmienił moje muzyczne życie. Widząc i słysząc ją, wtedy uświadomiłem sobie, kim tak naprawdę chcę być, kiedy dorosnę. Ten głos, te gitary, ta charyzma! Coś wspaniałego. Ich pierwsza płyta to złoto, bo to dzięki niej poznaliśmy Maanam. Było to coś, czego wcześniej nikt nigdzie nie słyszał. Wyprzedzili trendy. Gdyby nie ten koncert, pewnie - jak całe moje otoczenie - słuchałbym dziś disco polo. Kto wie, może byłbym nawet gwiazdą? [śmiech]

Maria Peszek - "Jezus Maria Peszek"

Maria na początku irytowała mnie, a z czasem zaczęła intrygować. Dziś już dorosłem do tego, by ją podziwiać. Uwielbiam celność jej słów, które trafiają w samo sedno problemów. Często słuchając jej tekstów, myślę sobie też tak mam. Słuchając jej płyt, nauczyłem się, że elektronika w muzyce może być smaczna. Wcześniej nie dałbym się do tego przekonać. Na moje osiemnaste urodziny w prezencie dostałem spotkanie z Marią Peszek, sam na sam, przed koncertem w Gdańsku. Nikt nigdy nie naładował mnie pozytywną energią, nikt nie dał mi takiej motywacji jak ona. Maria w swoich piosenkach niesie wolność i uczy nas, jak z tej wolności korzystać. Jestem jej wdzięczny za to spotkanie, jestem jej wdzięczny za każdą płytę - szczególnie za "Jezus Maria Peszek".

Florence + The Machine - "How Big, How Blue, How Beautiful"

Florence to jedyna artystka, której koncertu nie pozwolę sobie odpuścić. Czekam przed bramkami od czwartej nad ranem, nie czuję nóg jeszcze zanim rozpocznie się koncert, ale jestem najszczęśliwszy na świecie. "How Big, How Blue, How Beautiful" to chyba najlepszy przykład idealnej spójności i piękna. Tak, piękno to właściwe słowo. Kocham lekkość Florence - zarówno tę, którą słyszę na jej płytach, jak i tę na koncertach. Jej głos powoduje ciarki na całym ciele. Gdy ktoś pyta mnie o artystę przez wielka A, zawsze wskazuję Florence. Dlaczego? Posłuchacie albumu "How Big, How Blue, How Beautiful".

Mela Koteluk - "Migawka"

Jedna z bardziej zagadkowych artystek, których namiętnie słucham to Mela Koteluk. Jednego dnia utożsamiam się z jej tekstami, drugiego nie mam pojęcia, o czym śpiewa. I to jest piękne. Piosenki, które różnie interpretuję, zależnie od pogody, mojego nastroju czy okoliczności, w których ich słucham. "Migawka" to jedna z tych płyt, które włączam i nie potrafię wyłączyć aż do ostatniego dźwięku. Wchodzę w tę historię i chce być w niej do samego końca.

Kasia Lins - "Koniec Świata"

Kasia Lins tworzy muzykę, która porusza dogłębnie, jednocześnie niosąc świeżość. To jedna z tych płyt, która przełamuje stereotypy i zaciera dawno utarte szlaki. Kasia idzie pod prąd, nie boi się mocnych słów. Uważam, że podobnie jak Maria Peszek, można nazwać ją z jednej strony promotorką wolności, z drugiej jej kreatorką. Szanuje jej każde słowo, każdy tekst. Lubię połączenie jej bezkompromisowych tekstów z absolutnie genialną warstwą muzyczną. Lekkość pióra i zespół - tego jej szczerze zazdroszczę, w dobrym tego słowa znaczeniu. Kibicuje Kasi z całych sił!


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive