Yungblud - "Weird!"

79%

Jak przejść przez okres młodzieńczego buntu, kiedy rodzice nadal noszą t-shirty Discharge albo Mayhem, a spod rękawów wystają wyblakłe tatuaże? Co zrobić, kiedy doskonale znają wszystkie te nieodpowiedzialne, szalone i gniewne pomysły, a w dodatku nadal im przyklaskują? Może by tak wygłosić płomienną proekologiczną mowę, odrzucić używki i zamiast wykrzykiwać złość, ubrać ją w zgrabne refreny? Być może z takiego założenia wyszedł Dominic Harrison, czyli Yungblud.

Losy tego młodego Brytyjczyka zostały opisane ponad pół wieku temu, w obowiązkowej w polskich szkołach lekturze "Tango" Sławomira Mrożka. Tak długo byliście antykonformistami, aż wreszcie upadły ostatnie normy, przeciw którym można się było jeszcze buntować. Dla mnie nie zostawiliście już nic, nic! Brak norm stał się waszą normą. A ja mogę się buntować tylko przeciw wam, czyli przeciwko waszemu rozpasaniu - grzmiał rozwścieczony Artur, jedyna rozsądna i odpowiedzialna postać w całym dramacie, a Yungblud wtóruje mu słowami Mum, dad, let me breathe / Let me be free to come off my feet ("Superdeadfriends"); her Mum and Dad, they couldn't understand / Why she couldn't turn it off, become a better man ("Mars") albo 'cause my high hopes are getting low / Because these people are so old / The way they think about it all / If I tried, I would never know (bonusowe "Parents").

 

To proste słowa, ale może nie warto silić się na wyszukane metafory, skoro i tak na nikim nie zrobią wrażenia, zostaną sprowadzone do młodzieńczej fazy albo zbagatelizowane przekazywanymi z pokolenia na pokolenie hasłami: W twoim wieku też tak myślałem; chciałbym mieć tylko takie problemyjak dorośniesz, to będziesz się z tego śmiał. Yungblud dysponuje jednak znacznie skutecznym środkiem - wystarczy, że rodzic zaintrygowany wizerunkiem kojarzącym się z Sex Pistols, Davidem Bowiem albo Marilyn Manson z ciekawości przesłucha dowolny utwór, a sterylna produkcja, bez skrępowania (ale również bez nadużywania) wykorzystywany auto-tune'a i ekspresyjne (przez owego rodzica zapewne skwitowane jako emo) refreny doprowadzą go do pasji. Nim się obejrzy, z zawstydzeniem będzie zasłaniał usta po wypowiedzeniu zaklęcia przerywającego ostatnie więzy z nastoletnim sobą: Ta dzisiejsza młodzież...

 

Yungblud: Chcę tworzyć więzi pomiędzy młodymi ludźmi

 

Wywrotowa strategia Yungbluda (nawet jeżeli wynikająca z impulsu, a nie z celowych działań) sprawdza się znakomicie, wystarczy poczytać komentarze ludzi po trzydziestce, którzy przypadkowo trafili na jego twórczość, by z satysfakcją odkryć, że w końcu coś ich poruszyło i nie trzeba było do tego tanich sztuczek spod znaku edgetivismu. Na nic by się jednak ten dumnie wyciągnięty środkowy palec zwieńczony różowym lakierem zdał, gdyby Harrison nagrał album daleki od preferencji swoich rówieśników (dwadzieścia trzy lata) i osób młodszych, czyli przede wszystkim gatunkowo niejednoznaczny. Często opowiada o bliskiej więzi z fanami i fankami (chociażby w jednym z dwóch wywiadów, które udzielił naszemu portalowi, a znajdziecie go TUTAJ albo w tekście otwierającego album "Teresa") i to przede wszystkim z myślą o nich, a nie o wkurzeniu starych ludzi nagrał "Weird!".

 

Fundamentem brzmienia Yungbluda jest emo pop przywodzący na myśl Green Day z okresu "American Idiot" albo AFI na "Decemberunderground", co w najczystszej formie emanuje od utworów "Charity", "God Save Me, But Don't Drown Me Out" i "Mars". Wachlarz inspiracji Brytyjczyka jest jednak znacznie szerszy - w "Superdeadfriends" pobrzmiewa echo Beastie Boys; "The Freak Show" to próba zmierzenia się z teatralnym patosem z pogranicza "Welcome To The Black Parade" My Chemical Romance i Lady Gagi; "Love Song" to kameralna ballada stopniowo przemieniająca się w popy hymn, który równie dobrze sprawdziłby się w repertuarze Eda Sheerana; a "Strawberry Lipstick" zahacza o najbardziej popowe oblicze Bring Me The Horizon. To proste piosenki, o których bez poczucia zażenowania można napisać ładne, ale bynajmniej nie banalne i nie tworzone od przyłożonej do aktualnych trendów kalki.

 

Drugi album Yungbluda przypomina sequel skromnego filmu, który niespodziewanie okazał się wielkim sukcesem, a potrojony budżet na kontynuację poskutkował znacznie większym i bardziej wybuchowym widowiskiem. Rozmach "Weird!" może być przytłaczający, a dopracowana w najdrobniejszym szczególe produkcja do tego stopnia idealna, że niemal nieludzka, ale na tym polega urok tej muzyki - jest jednocześnie perfekcyjnie przygotowanym popowym produktem i korzystającym ze związanego z tym zasięgu aktem buntu, nawoływaniem do stworzenia świata, w którym wszyscy będziemy sobie równi, pełni szalonych pomysłów, a zarazem świadomi zagrożeń wynikających z zaniedbania zdrowia psychicznego czy środowiska naturalnego. Naiwne? Przekonamy się za dziesięć-dwadzieścia lat.


Locomotion/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive