Aiodine

Wbrew pozorom muzyka elektroniczna ma znacznie głębsze korzenie, niż moment powstania komputerów umożliwiających generowanie dźwięków.

Pierre Schaeffer tworzył ją za pomocą wcześniej zarejestrowanych partii odgrywanych przez „żywe” instrumenty, zamiast procesorów wykorzystywano pocięte taśmy magnetofonowe, a efekty przypominały stadium pośrednie pomiędzy wyraźniej dzisiaj rozgraniczoną elektroniką a graniem w bardziej tradycyjny sposób. Aiodine podejmuje się ponownego połączenia tych dwóch światów we własny, nie podobny do niczego, co dotąd słyszeliście sposób.

„Choć historia nie jest nam obca, chociażby twórczość na przykład Rudnika, to jednak bliżej nam do współczesnej sceny. Staramy się ją obserwować na bieżąco, ale tworzymy muzykę, która nam w głowach gra, stąd rozmijamy się z tym, co dzisiaj modne” - twierdzą Kacper Graczyk oraz Juliusz Kapka, twórcy Aiodine. Doskonały przykład to utwór „37”, gdzie najpierw odzywa się gitara akustyczna, stopniowo zaczynają otaczać ją syntetyczne dźwięki, a następnie wiodącą rolę przyjmuje na siebie funkowy bas przechodzący pod koniec w powolne klangowanie. Podobne rozwiązania stosowane są wielokrotnie na całej długości „LP02”, co dla osób zasłuchanych w Oneohtrix Point Never czy T'ien Lai może okazać się trudną do natychmiastowego przyswojenia jakością. Skąd przyszli ludzie, z tak niecodziennym pomysłem na muzykę?

„Mam czysto rockowe korzenie i wszystko zaczęło się od licealnej kapeli grającej Nirvanę, Metallicę czasem Blur - opowiada Julek. - Po tych pierwszych pojawili się Red Hot Chili Peppers i następnie coś, co chyba pierwszy raz spowodowało jakieś głębsze myślenie o muzyce, a mianowicie Tool. Potem tak się złożyło, że zaczęliśmy współpracować z Kacprem i wtedy tak naprawdę pojawiła się muzyka jazzowa i elektroniczna - Coltrane, Debussy, Chemical Brothers, Nine Inch Nails. Była wtedy też bardzo mocna scena trip-hopowa, chociażby Massive Attack, Lamb, Laika. Gdzieś z tego okresu od Toola do dzisiaj jest Aiodine”. Kacper dodaje natomiast: „Ja też zacząłem od metalowo-rockowej kapelki. Było parę koncertów w Trójmieście. Zespół się rozpadł i zostałem sam ze swoimi pomysłami, tak sięgnąłem po komputer (Soundforga) i zacząłem »kleić« dźwięki. Najpierw powstało »kodowanie«, które później przemianowałem na »coding«. Zacząłem współpracować z »chill-labelem«. Człowiek się wciąż uczył rzemiosła sonicznego. Z wiekiem coraz więcej słuchałem, od eksperymentu po klasykę, od ostrych brzmień po kojące ambienty. W końcu usiadłem z Julkiem i powstała Aiodyna”.

Dla Aiodine standardowe instrumentarium okazało się jednak niewystarczające. Nawet bogactwo niezliczonych dźwiękowych bibliotek nie mogło dostarczyć tego, z czego duet byłby w stu procentach usatysfakcjonowany. Pojawiła się więc koncepcja tworzenia własnych sampli. „Opuszczona po ślizgawce rura, która skończyła jako stopa i werbel, rezonans stojaka na rowery jako syntezator, wysezonowane stołki przy stolikach do warcabów znad morza - idealne jako bongosy, hamująca koło roweru gumowa piłka dla dzieci, syntezator, werbel, otwarty hihat i nasz faworyt wzmocniony szum przetworników analogowo-cyfrowych” - wymieniają muzycy w odpowiedzi na pytanie o najdziwniejsze przedmioty, z jakich wyciskali dotąd dźwięki. Bogactwo dostępnych brzmień może być jednak nie tylko błogosławieństwem, lecz również klęską urodzaju, z której trudno wyciągnąć esencję. „Na początku było nam trudno to okiełznać, dlatego tak dużo czasu zajęło nam wydanie »LP01« - twierdzi duet. - Obecnie idzie nam to sprawniej, proces kompozycyjny się nam uporządkował. Jeżeli chodzi o nieustanne poprawianie numerów, to raczej tak nie jest, choć zdarzają się wyjątki, kiedy musimy zacząć dany utwór jeszcze raz. Mamy taką zasadę, że jeżeli po paru próbach jakaś piosenka nam nie leży, to zaczynamy od nowa bądź dajemy sobie spokój. Stąd numeracja utworów ma luki. Zbieramy takie motywy na best of-y [śmiech]”.

Drugi album Aiodine ma wiele oblicz, także bardziej przebojowe, zawierające ludzki głos. Utwór „033”, choć ma najniższy numer z całej dziewiątki, pojawia się na „LP02” jako ostatni i udowadnia, że trójmiejski duet mógłby pokusić się o radiowe hity, ale najwyraźniej taka działalność po prostu ich nie interesuje. To dziwne wydawnictwo - sprawdza się jako tło do prostych, codziennych czynności, a z drugiej strony ma wiele do zaoferowania, gdy poświęci się mu więcej uwagi. Dla osób wychowanych na dużej kompresji dynamiki i bardzo głośnej, współczesnej elektronice może się wydawać, że to album archaiczny, ale w rzeczywistości jest to materiał rzucający słuchaczowi wyzwanie.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive