Mank. Drugi najlepszy film w historii kina

87%

Plansza z informacją o charakterze współpracy pomiędzy Orsonem Wellesem a studiem RKO, jego całkowitej wolności artystycznej i ostatnim słowie w dokładnie każdej kwestii związanej z "Obywatelem Kanem", służy za wprowadzenie do nowego obrazu Davida Finchera. Co ciekawe, dokładnie te same zasady nierzadko oferuje Netflix, ale nie zawsze większa swoboda wiąże się z rezultatami, które mogą pretendować do miana "najlepszego filmu w historii kina".

Tym najlepszym - jeżeli jeszcze nie wiecie - w powszechnym przekonaniu jest właśnie "Obywatel Kane", ale to myląca etykieta, bo czy "Halloween" Johna Carpentera, "36 komnatę Shaolin" Chia-Liang Liu albo "Wielki sen" Howarda Hawksa można uznać za gorsze albo za jeszcze lepsze?

 

Kategorii związanych z kinem jest tak wiele, że wskazanie górującego nad każdą z nich absolutu to dzisiaj niewiele ponad chwytliwy slogan (podobnie jak tytuł niniejszej recenzji), a jednak kręcenie filmu nie tylko od strony treści bliskiego reżyserskiemu debiutowi Wellesa (Herman J. Mankiewicz był autorem jego scenariusza, w "Mank" jego zmagania z tekstem wyznaczają rytm wydarzeń), ale również wizualnie bardzo podobnego to ogromne wyzwanie. Łatwo przecież skwitować cały ten wysiłek porównaniem skazującym Finchera na miano twórcy pośledniego. Zestawienie z filmem par excellence musi być obarczone nieuchronna porażką, ale "Mank" jest na tyle odrębnym obrazem, że udaje mu się wyjść z niewygodnej sytuacji obronną ręką.

Wielopoziomowa konstrukcja narracyjna, "ekstrawersyjna" gra aktorska wynikająca z doświadczeń związanych z pracą w teatrze, długie ujęcia, ujęcia z perspektywy podłoża, głębia ostrości, obiektywy o krótkiej ogniskowej, uwydatnianie krawędzi, zbliżenia - całe to formalne bogactwo zostało spopularyzowane przez Wellesa, ale ponowne ujrzenie go w tak przytłaczającym nagromadzeniu u Finchera podsuwa refleksję - kanon ustalony na początku lat 40. ubiegłego wieku niepostrzeżenie odszedł do lamusa. Kino artystyczne (a w ostatnich latach szczególnie arthouse'owe kino grozy) wprawdzie nadal śmiało korzysta ze spadku "Obywatela Kane'a", ale nigdy na porównywalnie dużą skalę.

 

"Mank" jest zarazem odtwórczy i odświeżający - wszystko to już było, ale tak dawno temu, że przypomnienie rozpala miłość do filmu jako sztuki wizualnej na nowo (być może dla niektórych osób po raz pierwszy). We współczesnych recenzjach często dwa-trzy akapity zajmuje streszczenie scenariusza i od niego uzależniania jest ocena, co przekłada się na sposób, w jaki wielu widzów obcuje z dziełem filmowym - traktują go jak pozbawioną formy treść, jak czytanie książki. Nawet jeżeli patrzą, to nie zawsze wiedzą, co właściwie widzą. "Obywatela Kane'a" i "Manka" łączy także to, że przy zainteresowaniu samą fabułą mogą wydawać się nudne, mogą zostać odebrane jako filmy o niczym, a tym samym rola Hermana J. Mankiewicza i w jednym, i w drugim (jako autora i jako głównego bohatera) musiałaby stanowić trudny do zniesienia mankament. Jeżeli zamiast rozdzielać te dwa podstawowe elementy (formę i treść), spojrzy się na nie jak na wzajemne dopełnienie, David Fincher, Gary Oldman i całą reszta ekipy zaangażowanej w powstanie "Manka" muszą zachwycić pięknie skomponowanym poematem na cześć amerykańskiego kina, z którym pod względem pasji (niekoniecznie treści i metod) w ostatnich latach mogło się równać tylko "Pewnego razu... w Hollywood".

W samej historii (napisanej przez Jacka Finchera, ojca Davida, co jest jego pośmiertnym debiutem w tej roli) najciekawszym wątkiem nie są losy intelektualisty uzależnionego od alkoholu, a spojrzenie na Hollywood z perspektywy dorosłego, panującego nad emocjami człowieka. Filmy ukazujące od kulis kręcenie innych filmów zazwyczaj powstają pod wpływem jednoznacznie negatywnych przeżyć, są sposobem na odreagowanie, czasami nawet zemstą, ale "Mank" ukazuje hollywoodzkie mechanizmu z szerszej perspektywy. Na każdą paskudną praktykę przypada usprawiedliwienie, a ocena, czy jest to usprawiedliwienie wystarczające zostaje oddana publiczności... która jest przecież częścią tego Lewiatana i to być może wykazującą się największą hipokryzją - to przecież nasz brak zainteresowania kolejnymi produkcjami mógłby położyć kres nieetycznym praktykom Fabryki Snów.

 

"Mank" to podróż przez labirynt tak fascynująco zaprojektowany, że znalezienie wyjścia wcale nie musi być celem. Można ociosać go z licznych warstw narracyjnych i odnaleźć przesłanie (subiektywne lub zgodne z wizją reżysera), ale nawet większą radość sprawia postawienie siebie w roli świadka, wnikliwe obserwowanie, wsłuchiwanie się w znakomite dialogi i po prostu delektowanie pełnym wachlarzem atrybutów dziesiątej muzy.


Mank

USA, 2020

Netflix

Reżyseria: David Fincher

Obsada: Gary Oldman, Amanda Seyfried, Lily Collins



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive