Johnny Goth - "The Great Awakening"

75%

Jeżeli okładka "The Great Awakening" kojarzy się wam z twórczością Tima Burtona, to kojarzy się dobrze, ale dorzućcie do tej ponurej groteski jeszcze Marilyn Manson, My Chemical Romance i Lil Peepa, melancholijny nastrój wprost z sypialni dwudziestoparoletniego gota, nad łóżkiem którego wisi plakat z Brandonem Lee z "Kruka", a mniej więcej będziecie wiedzieć, z czym przyjdzie się wam zmierzyć na nowym albumie Johnny'ego Gotha.

"The Great Awakening" jest jednocześnie zwrotem w wyraźnie innym kierunku od tego, jaki kalifornijski muzyk obrał na niedawnej akustycznej EP-ce, zeszłorocznym "Let Them In" czy licznych innych wydawnictwach, które publikuje od 2017 roku. Bedroom popowa aura uleciała; niemal całkowicie wyplewiono nieprzesterowane gitarowe akordy rejestrowane w warunkach pozwalających na usłyszenie każdego pociągnięcia palcami po gryfie; zniknęło wrażenie, że gdyby tylko zamknąć oczy, nie dałoby się rozpoznać, czy muzyka dobieg do nas za pośrednictwem płyty/streamu, czy Goth odgrywa ją bezpośrednio obok nas.

 

Co w zamian? Patos wyniesiony do niemalże karykaturalnych rozmiarów, teatralizacja prostych kompozycji, a nawet żeńskie chórki, ale wbrew wnioskowi, jaki powinien płynąć z wyobrażenia o rezultacie osmozy tych wszystkich składników, Goth nie przejawia kabotyńskich zapędów. Nie jest byle pompierem, nie jest osobą na pozycji umożliwiającej wysokobudżetowy rozmach, ale jego metody dalekie są od taniego efekciarstwa. Można raczej odnieść wrażenie, że dokładnie przestudiował dyskografie swoich idoli, rozłożył je na podstawowe składniki i uczynił z nich fundament własnego, odświeżonego brzmienia.

 

Dwie skrajności wyznaczają dwa najmocniejsze punkty albumu - "Come Closer To Me" i "Hallelujah". W przypadku pierwszego z nich, Goth sam wskazał na inspiracje ulubionymi zespołami z okresu pokwitania - Marilyn Manson, Linkin Park i Nirvana. Riffy są wprawdzie znacznie bardziej ugrzecznione, a dość jednowymiarowa produkcja ewidentnie cierpi na brak poprawek naniesionych przez speca od dynamiki, a jednak rozpaczliwy, subtelnie zniekształcony głos i lekkość w pisaniu chwytliwych melodii potrafią oczarować. O ile jesteście podatni na magię emo popu.

 

Drugą skrajność odzwierciedlają chórki, odgłosy oklasków, szereg ozdobników, pojedynczych szarpnięć za struny i beatów umieszczonych w "Hallelujah". W żadnym innym utworze z "The Great Awakening" nie ma aż tylu ścieżek instrumentalnych, ale im dalej, tym cały ten przepych coraz szybciej imploduje pod naciskiem własnej wielkości, przemienia się w równie fascynujący chaos. Jest w tym coś z religijnej pieśni, ale takiej, którą odśpiewuje się z pozycji osoby zniewolonej przez dogmaty, marzącej o ucieczce, a jednak wciąż naginającej się do zasad z obawy przed ostracyzmem. Johnny Goth nawet nie korzysta tutaj z własnego głosu, a jednak to właśnie w tym kawałku pokazuje, że stać go na wiele i jest na ostatniej prostej wiodącej do tego jednego singla, który przysporzy mu tysięcy fanów i fanek na całym globie.

 

Do wciągnięcia się w ten półgodzinny album potrzebna jest duża dawka nostalgii, nawet jeżeli będzie to nostalgia za czymś, czego tak naprawdę się nie przeżyło (bo nie pozwalał na to rok urodzenia), ale ma się o tym bardzo konkretne wyobrażenie. Na pewno jest to muzyka odrobinę przerysowana, wyolbrzymiająca niektóre gatunkowe klisze, może nawet miejscami trącąca kiczem, ale nigdy nie jest to wynik przypadku, a z jednej strony umiejętność pisania ładnych melodii, z drugiej celowego podcinania im skrzydeł licznymi udziwnieniami sprawiają, że o ile dobrze się w tej konwencji czujecie, "The Great Awakening" nieprędko zniknie z waszych playlist.


wydanie własne/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive