Pink Freud: Zawsze testujemy publiczność, ale przede wszystkim testujemy siebie

Jak na Pink Freud przystało, pierwszy singiel z nowego albumu ("Piano Forte Brutto Netto", premiera 27 listopada) podzielił słuchaczy i słuchaczki - w końcu to zespół, który od ponad dwudziestu lat nieustannie ewoluuje. O nowym etapie, graniu wszędzie tak, jak w Wałbrzychu, o brytyjskim jazzie czy zbliżającym się jubileuszu "Zawijasów" (debiutanckiego albumu grupy) opowiadają Wojtek Mazolewski i Rafał Klimczuk.

Jarosław Kowal: Z informacji prasowej wynika, że nowy album powstawał na trasach koncertowych i podczas sesji między innymi w Bieszczadach i w Porto, a całość zajęła blisko cztery lata. To kawał czasu.

Wojtek Mazolewski: Mamy z Pink Freud dużą łatwość w tworzeniu nowych rzeczy, ponieważ bardzo dużo improwizujemy, także na trasach - czy to w trakcie prób, czy w samochodzie, czy w różnych innych dziwnych miejscach, zarówno przed koncertami, jaki i po koncertach. Wyłapujemy momenty, nad którymi później chcemy pracować i doskonalić je. Można nazwać ten proces długim, ale tak naprawdę odbywa się etapami. Album został wykuty na tych dwóch wyjazdach zespołowych, gdzie spędziliśmy dużo czasu w oderwaniu od rzeczywistości, poświęcając się w stu procentach muzyce. Najpierw były to Bieszczady, a po kilku miesiącach - w trakcie których koncertowaliśmy i część rzeczy próbowaliśmy już na scenie - wykorzystaliśmy okazję, by po trasie w Portugalii zostać w Porto w Casa De Musica, wspaniałej instytucji z przestrzenią stworzoną specjalnie dla muzyki. Wynajęliśmy salę i chcieliśmy dopracowywać materiał z Bieszczad, ale okazało się, że zapomnieliśmy dysków z tamtych sesji. Musieliśmy wszystko robić od nowa [śmiech]. Dzięki temu powstało bardzo dużo materiału, nad którym później pracowaliśmy w Black Kiss Studio. Niektóre pomysły łączyliśmy, inne odłożyliśmy na później, a te, które wydaliśmy w pełni oddają aktualny stan naszego ducha. Wiedzieliśmy, co chcemy osiągnąć, produkując tę płytę samodzielnie.

No właśnie, samodzielne produkowanie i nagrywanie albumu zmienia podejście do tego, jak się nad nim pracuje? Z jednej strony sami sobie jesteście wówczas sterem, żeglarzem i okrętem, z drugiej czasami przydaje się głos z zewnątrz i perspektywa osoby spoza zespołu.
WM: Okazało się, że nie potrzebujemy nikogo z zewnątrz. Kiedy nagrywaliśmy "Horse & Power" i czuliśmy, że mamy bardzo ważny od strony emocjonalnej materiał, chcieliśmy, żeby był z nami ktoś jeszcze, kto powie coś więcej i zrealizuje to lepiej niż można byłoby to zrobić w Polsce. Wzięliśmy Roliego Mosimanna, który pracował z Faith No More czy Björk. Zatrudniając światowej sławy producenta, liczyliśmy, że doda naszej muzyce coś, o czym mogliśmy nie wiedzieć, ale okazało się, że tak nie było. Porównując tamten album z nowym, usłyszysz różnicę. W Pink Freud Adam Milwiw-Baron i Arek Kopera są bardzo obrotnymi producentami, wręcz nauczycielami tego, jak powinno się to robić - odkryliśmy, że możemy uzyskać bardzo satysfakcjonujące efekty.

Rafał Klimczuk: Zgadzam się w stu procentach z tym, że głos z zewnątrz może wnieść coś fajnego do muzyki, można to zaobserwować na podstawie bardzo wielu zespołów. U nas próba ubrania naszych wspaniałych przeżyć w światowe brzmienie nie sprawdziła się jednak, nie zaiskrzyło między nami a producentem. Mówiąc najdelikatniej. Wykorzystaliśmy nasze doświadczenie studyjne, a w dodatku Arek Kopera, nasz nowy saksofonista, ma własne studio. Poznaliśmy się z nim przy projekcie "Pink Freud Plays Autechre", realizował produkcję tamtego materiału i od tego się zaczęło. Adaś też świetnie produkuje i jak to wszystko zsumowaliśmy, to okazało się, że nie potrzebujemy nikogo z zewnątrz.

Kiedy wypuszczamy nową muzykę, bardzo cenimy wasz wkład twórczy w to, co zrobiliśmy i bardzo jesteśmy ciekawi tego, co inni ludzie wniosą do niej.

Pytanie o przygody na trasach koncertowych to prawdopodobnie najbardziej banalne pytanie po skąd się wzięła nazwa zespołu, ale skoro w opisie albumu pada informacja o tym, że powstał pod wpływem właśnie takich przygód oraz emocji i wrażeń, jakie wracały do was już po powrocie do domu, to pozwolę sobie dopytać, jakie przygody miały największy wpływ na powstanie "Piano Forte Brutto Netto"?
RK: Na pewno wielką przygodą dla muzyka jest usłyszeć po koncercie: Przez cały tydzień siedzę w tej pieprzonej firmie, gnębi mnie szef, w domu też się wkurzam, a wasz występ naładował mi akumulator na następny tydzień. Usłyszenie czegoś takiego to wielka gratyfikacja.

WM: Myślę, że te przygody wyobrazisz sobie, kiedy zamkniesz oczy i posłuchasz tej płyty [śmiech]. To jest w bardzo dużym stopniu autobiograficzny album, opowiada o naszych wojażach, o nas samych i o zespole jako kumpelskim teamie, ale interpretację zostawiamy innym. Taka jest tradycja Pink Freud, że nie tłumaczymy muzyki. Co innego po koncercie, czasami zdarza się nam dyskutować z fanami przez całą noc. Kiedy wypuszczamy nową muzykę, bardzo cenimy wasz wkład twórczy w to, co zrobiliśmy i bardzo jesteśmy ciekawi tego, co inni ludzie wniosą do niej. Nigdy nie tłumaczyliśmy znaczenia naszej nazwy czy tytułów poszczególnych płyt. "Sorry Music Polska", "Punk Freud", "Piano Forte Brutto Netto" już same w sobie powinny tworzyć w myślach ciąg obrazów i wrażeń, często niejednoznacznych, abstrakcyjnych i niewykluczających siebie nawzajem.

Pierwszym singlem chcieliście przetestować otwartość swojej publiczności? "Pink Sunrise" to niemalże klubowy utwór i - sądząc po reakcjach w mediach społecznościowych albo na YouTube - odbiór to pełne spektrum wrażeń, od zachwytu po komentarze typu Pink Freud is dead.
WM: [śmiech] I bardzo dobrze. Zawsze testujemy, ale przede wszystkim testujemy na sobie. Mówimy wiele o wolności i uważamy, że muzyka jest przestrzenią do wyrażania jej. A jak już robimy to sami na sobie, to siłą rzeczy przenosi się to także na słuchaczy. Po "Sorry Music Polska" wszyscy chcieli, żebyśmy nagrali płytę nu jazzową czy acid jazzową, ale następna była "Punk Freud". Nie spełniamy oczywistych oczekiwań.

RK: Po "Horse & Power" odzew ze strony osób, które były z brzmieniem wcześniejszych, bardzo alternatywnych albumów zżyte był podobny. Mówiły: Jak to? Freud nagle zaczął pisać piosenki? Pytałem wtedy Wojtka, czy myśli, że to dobry ruch, ale w końcu uznaliśmy, że poszło to w tym kierunku, w jakim pójść powinno. Kiedy zespół ewoluuje, takie reakcje są naturalną koleją rzeczy. Można podejść do wydania singla proceduralnie - wybrać to, co reprezentuje brzmienie płyty. Ale tak robi każdy zespół, a my zazwyczaj działamy na przekór wszystkiemu. Choć tak naprawdę nie zastanawialiśmy się, jaką reakcję wywoła ten singiel. Utożsamiamy się z nim bardzo emocjonalnie i jednogłośnie postawiliśmy właśnie na niego.
 

WM: Taka jest natura Pink Freud. Zrobiliśmy coś nieoczekiwanego, czego - moim zdaniem - można było się po nas spodziewać. Często zmieniamy styl i decydujemy się na zaskakujące zmiany, a to zawsze wzbudzało kontrowersje, nie tylko w środowisku jazzowym. Wydaje mi się, że wyszliśmy z tych sytuacji obronną ręką. Kiedy po raz pierwszy występowaliśmy na Open'erze, nigdy wcześniej nie grał tam podobny zespół, co dzisiaj jest już normą.

A miał na was wpływ młody brytyjski jazz? Mam wrażenie, że utwory z "Piano Forte Brutto Netto" doskonale wpasowałyby się chociażby na znakomitą składankę "We Out Here", gdzieś pomiędzy Ezra Collective, Mosesem Boydem czy Shabaką Hutchingsem.

WM: A to ciekawe i miło to słyszeć, bo bardzo dobrze znam się z muzykami sceny londyńskiej, aczkolwiek znacznie częściej bywaliśmy tam z moim drugim zespołem, Wojtek Mazolewski Quintet. Cieszy mnie, że słyszysz coś podobnego w Pink Freudzie, bo nie ukrywam, że od wielu lat Londyn bardzo mnie pociąga. Lubię tam jeździć, lubię tam grać i cieszę się, że możemy być tego częścią. Wychodzimy oczywiście z korzenia yassowego, ale Pink Freud z założenia miał być nowym rozdaniem dla tej sceny. Próbą otworzenia muzyki z Trójmiasta i okolic na świat. Słysząc to, co mówisz, mam wrażenie, że tak się właśnie stało. Zresztą wydaje mi się, że scena londyńska jest bardzo podobna do tego, co działo się w latach 90. w Trójmieście czy w Bydgoszczy, jeżeli chodzi o muzykę improwizowaną. Jest wiele podobnie myślących osób w tym samym czasie i na tej samej przestrzeni, a to zawsze jest bardzo inspirujące.

RK: Słuchając tych wszystkich projektów, o których wspomniałeś, ładujemy nasz muzyczny akumulator, ale podświadomie. Dodają nam energii, ale tak naprawdę przy tworzeniu w ogóle o takich rzeczach nie myślimy. Nie chcemy w jakimś fragmencie zabrzmieć jak ktoś inny. Przy robieniu muzyki z Pink Freud, puszczam wodze fantazji. Nie muszę grać z metronomem, nie muszę grać z loopami, nie muszę być sidemanem. Mogę być wolnym muzykiem i grać wszystko, co tylko zechcę. Po raz pierwszy doświadczyłem tego wtedy, gdy grałem jako zastępca Jurka Rogiewicza i odleciałem. Kiedy Jurek odszedł z zespołu, a Wojtek zadzwonił i zaproponował wspólne granie, byłem w siódmym niebie. Wiedziałem, że nie będę w tym składzie musiał myśleć tuzinkowo.

Mamy takie swoje powiedzonko - kiedy czujemy, że jest stres, to mówimy sobie: Panowie, jesteśmy w Wałbrzychu. Czyli wychodzimy, gramy na luzie i jesteśmy sobą.

Wpływa na was przestrzeń, w jakiej występujecie? Inaczej gra się w filharmonii, a inaczej na przykład na festiwalu w Jarocinie?

WM: Dla mnie wszystko ma wpływ na to, jak gramy. Zawsze mamy jakiś program, konkretne utwory, ale w dużej mierze jest to muzyka improwizowana i to, w jakiej gramy przestrzeni, jacy przyjdą ludzie, jak spędziliśmy dzień, co zjedliśmy wpływa na przebieg koncertu. Chociażby akustyka ma ogromny wpływ na nasz występ, inaczej gra się przy naturalnym pogłosie, inaczej bez niego - przy dużym pogłosie gramy mniej dźwięków i pozwalamy im wybrzmieć. Każda sytuacja jest inna niż dzień wcześniej i dzień później, ale zawsze staramy się pokazać energię, która jest w nas jako zespole.

RK: I w filharmonii, i w Jarocinie jesteśmy Pink Freudem. Graliśmy na kilku bardzo dużych wydarzeniach - czy to Jazz al Parque w Bogocie, czy Jarasum w Korei Południowej - i była tam ogromna publiczność. Mamy wtedy takie swoje powiedzonko - kiedy czujemy, że jest stres, to mówimy sobie: Panowie, jesteśmy w Wałbrzychu. Czyli wychodzimy, gramy na luzie i jesteśmy sobą.

Pewnie jeszcze trochę czasu minie, zanim będziecie mogli przetestować ten materiał na żywo. Ostatnio cały czas o to pytam w wywiadach - co właściwie można zrobić po premierze albumu w 2020 roku, poza działaniem w mediach społecznościowych?

WM: Nie wiem, ale nie chcieliśmy czekać. Nagraliśmy ten album, bo każdy z nas czuł taką potrzebę i chcieliśmy podzielić się tą muzyką. Przecież tak naprawdę robimy to dla was. Po co mielibyśmy to trzymać w ukryciu? Wiadomo, że nie tworzymy tej muzyki w kategoriach biznesowych i nie jesteśmy jakąś istotną częścią rynku muzycznego. To nie są przeboje. Największym szczęściem jest dla nas koncertowanie i czekamy na zielone światło, żeby grać dla was na żywo, ale nie oznacza to, że będę trzymał muzykę w szufladzie aż do momentu, kiedy przyjdzie czas na występy. Myślę, że to jest sygnał od nas, że nadal jesteśmy, tworzymy i zawsze będziemy to robić. Takie jest nasze powołanie, niezależnie od czasów, w jakich żyjemy.

RK: Koncerty wrócą prędzej czy później. Ten album to jak powiedzenie kilku słów, a kolejną część zdania wypowiemy na żywo. Będziemy to rozwijać, a póki co nadal chcemy tworzyć i myślimy nawet o spotkaniu się w "pustelni" czy to po świętach, czy jeszcze przed nimi, żeby dalej grać ze sobą. Może się okazać, że zaraz będziemy mieć materiał na kolejny album.

 

Na koniec jeszcze pytanie o przyszłoroczny jubileusz - dwudziestolecie "Zawijasów", debiutanckiego albumu Pink Freud.
WM: Naprawdę? [śmiech]

Planujecie na tę okazje jakieś działania, występy z tym materiałem albo chociaż udostępnienie go w streamingu, bo dzisiaj jest to rarytas, do którego niełatwo dotrzeć.

WM: Nie wiem... Dla mnie prawdziwe brzmienie Pink Freud zostało uzyskane dopiero przy "Sorry Music Polska". "Zawijasy" odbieram jako błąd debiutującego zespołu, który już na koncertach w tamtym okresie grał zupełnie inaczej, ale realizator w radiowym studiu powiedział, że nie można używać efektów, bo będzie gorsze brzmienie [śmiech], a my w to uwierzyliśmy. Ta muzyka poszła w zupełnie innym kierunku i może ze względów sentymentalnych czy historycznych jest to ciekawe, ale dla mnie był to wypadek przy pracy. Nie tego chcieliśmy i nie tak wtedy brzmieliśmy. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że zbliża się ten jubileusz. Fajnie, że o tym mówisz, pogadamy w zespole, czy możemy coś z tym zrobić.

Zdjęcia pochodzą z sesji zdjęciowej Karola Grygoruka do albumu "Piano Forte Brutto Netto". Więcej zdjęć we wkładce do albumu


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive