Murcielago, tomy 1-6. Spluwy, szybkie samochody i seks

79%

Spluwy, szybkie samochody, seks, a do tego narkotyki, wrestling, Lovecraft, czarny humor, gore i przemoc rodem z najbardziej obskurnych filmów spod szyldu "video nasties", coś dla wielbicieli kina klasy B pokroju "Cobry" ze Stallonem albo "Żylety" z Pamelą Anderson, dla wielbicieli Deadpoola i Harley Quinn, dla wielbicieli kategorii "tak złe, że aż dobre" - "Murcielago" jest wszystkim tym i absolutnie na nic innego nie pozuje.

Przerysowanych, stworzonych z przymrużeniem oka, z premedytacją sięgających po kicz komiksów czy filmów było w ostatnich latach mnóstwo. "Kung Fury", "Chainsaw Man", "Sky Sharks", nawet polskie "W lesie dziś nie zaśnie nikt" albo "Turbolechici" - nad każdym z nich unosi się specyficzna aura zmaksymalizowanych klisz gatunkowych, a jednak "Murcielago" ma odrębny charakter, na co wpływają przede wszystkim dwa czynniki: intensywność i brak autoironii.

 

Kana Yoshimura może nie próbuje wmówić czytelnikom i czytelniczkom, że rozpędzone sportowe samochody potrafią same z siebie skakać, a zapomniany wrestler o budowie, przy której Brian Cage wygląda na harcerzyka mógłby gołymi rękoma rozdzierać ludzi na pół, ale nie sytuuje siebie też na pozycji zdystansowanego narratora, który każde kolejne fabularne szaleństwo komentuje puszczeniem oka albo gotowym odniesieniem do innego dzieła popkultury. Jego podejście przypomina raczej ignorowanie upływu czasu, udawanie, że lat 80. wciąż trwają.

Po trzech dekadach łatwo jednak zapomnieć, że nie wszystkie filmy z tamtego okresu były tak bardzo rozrywkowe, jak chociażby "Żywy cel" ("Deadly Prey") czy "Gliniarz samuraj", a poza dwiema-trzema słynnymi scenami, potrafiły wynudzić nieudolnym naśladowaniem Van Damme'a czy Chucka Norrisa albo - co gorsze - próbami zrealizowania ambitnego kina bez absolutnie żadnych narzędzi służących temu celowi. "Murcielago" nie dość, że nigdy nie kołysze do snu - a jeżeli zwalnia akcję, to zazwyczaj na rzecz śmiałych scen erotycznych - to jeszcze tu i ówdzie przejawia ambicje do opowiedzenia bardziej złożonej historii.

 

W pierwszych sześciu tomach Koumori Kuroko - ex-skazana maszyna do zabijania i kipiąca od pożądania do innych kobiet erotomanka - poza naćpanym wrestlerem, rozpracowuje także bogacza urządzającego polowania na ludzi w stylu hrabiego Zarowa, mierzy się z seryjnym mordercą kolekcjonującym twarze ofiar i z psychopatą porywającym dziewczynki, a nawet z dziwaczną sektą i szkolnymi zamachowcami. Przypomina to kultową animację z Batmanem w roli głównej z 1992 roku, gdzie Mroczny Rycerz również co odcinek musiał stawać w szranki z kolejnymi barwnymi przeciwnikami z bogatej galerii przestępców nękających Gotham i choć sprawia identyczną frajdę, dźwiga podobne brzemię. Mankamentem tego rodzaju narracji jest brak odległych celów i budowania wydarzeń w konkretnym kierunku. Nawet jeżeli przeciwnicy są tak bardzo różnorodni, ryzyko ugrzęźnięcia w monotonnym cyklu wzrasta z każdym kolejnym rozdziałem.

 

Być może kolejne tomy przyniosą zwrot w innym kierunku (co w mandze/anime nie jest wcale rzadkie - w podobny sposób rozpędu nabierały chociażby "Trigun", "Cowboy Bebop" albo "Neon Genesis Evangelion"), bo już teraz między wierszami da się odnaleźć zręby mrocznej historii z przeszłości Kuroko, a to przecież kolejny niby oczywisty wątek, który Yoshimura mógłby przeobrazić na swój nietypowy styl. A jak już o jego stylu...

 

"Murcielago" to manga mocno zakorzeniona w latach 80. także pod tym względem, o którym dzisiaj nostalgicy wolą nie pamiętać - rubaszne, niezbyt wyszukane poczucie humoru. Tutaj dodatkowo mocno zabarwione na czarno. Autor zabezpieczył się wprawdzie, typując na główną bohaterkę kobietę zainteresowaną wyłącznie przedstawicielkami własnej płci, ale nie trudno sobie wyobrazić, że jej nachalne karesy w tej samej formie, z innymi postaciami nawet przy "skradzionych" pocałunkach Hana Solo czy agresywnych technikach podrywu Jamesa Bonda wypadłyby znacznie bardziej niepoprawnie. Nie wszyscy będą potrafili zaakceptować żarty pokroju wypowiedzianego na zakończenie misji: Muszę podjechać po lubrykant i wibrator albo bujne fantazje seksualne, nawet jeżeli sprowadzi się je do specyfiki konwencji i... nie istnieją żadne kontrargumenty. Albo trafia do was komiks "tak zły, że aż dobry", albo nie. Zachwycone będą natomiast te osoby, które mają słabość do literatury H.P. Lovecrafta, zwłaszcza po lekturze tomu trzeciego, gdzie poświęcono mu tematyczne wesołe miasteczko. Nazwy typu R'lyeh, Cthaat, Shoggoth albo... karuzela istot z głębin padają zresztą co kilka stron.

Trzeba mieć obszerne doświadczenia z zakresu filmu klasy B i Z w najobskurniejszym wydaniu i z najbardziej śmiałych mang, trzeba mieć wytworzoną dzięki temu grubą skorupę, która sprawia, że seks i zabijanie w widowiskowy, przyprawiony czarnym humorem sposób nie wywołują zniechęcenia, by dostrzec urok "Murcielago". Nic dziwnego, że żadne studio nie zdecydowało się jeszcze na wersję anime, ale z drugiej strony istnieje wcale niemałe grono osób, którym za doskonałą rekomendację wystarczy pierwszy akapit niniejszej recenzji.


Murcielago

Polska, 2017-2018

Waneko

Scenariusz: Kana Yoshimura

Rysunki: Kana Yoshimura



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive