Oblivion Song, tomy 1-3. Wolność w świecie potworów

78%

Robert Kirkman musi w pierwszej kolejności kojarzyć się z "The Walking Dead", w drugiej - zwłaszcza tym osobom, które znają go nie tylko z telewizji - prawdopodobnie z serią "Invincible. Niezwyciężony", a jeżeli lubicie sprawdzać mniej znaną twórczość znanych postaci, to koniecznie powinniście sięgnąć po "Oblivion Song".

Sytuacja może się zresztą wkrótce zmienić, bo Universal Pictures oraz Skybound Entertainment (którego Kirkman jest właścicielem) już rok temu zapowiedziały ekranizację tego tytułu i o ile pandemia nie wymusiła weryfikacji planów, "Oblivion Song" ma szansę stać się kolejnym popcornowym hitem, bo to komiks, który aż prosi się o muśnięcie hollywoodzkim blichtrem i przedstawienie w widowiskowy, ale niepozbawiony dramaturgii sposób.

 

Podobieństwa do "The Walking Dead" rzucają się w oczy już po pierwszym tomie - tutaj także istnieje groźny świat, gdzie wszystko ma apetyt na ludzkie mięso, tyle że w innym wymiarze, równoległym do ziemskiego, a przede wszystkim tutaj także globalny kryzys i zagrożenie życia okazują się fundamentem dla osobistej, rodzinnej historii. Nie oznacz to bynajmniej, że Kirkmanowi jego największy hit odbija się czkawką albo że z wyrachowaniem sięga po sprawdzone metody, rozwinięcie zmierza w zupełnie innym kierunku, a zamiast pytania o to, jak przeżyć w niebezpiecznym świecie drapieżców, da się wychwycić wątpliwości, czy aby na pewno jest o co walczyć, bo może lepiej cieszyć się chwilą i wolnością w świecie potworów, niż mierzyć się z deadline'ami, rachunkami, zobowiązaniami i najstraszniejszym z potworów - mamoną?

Poza poddawaniem w wątpliwość, czy aby na pewno nasza rzeczywistość jest bezpieczniejsza i przyjaźniejsza od tej, gdzie fantazyjne stwory ostrzą sobie na nas zęby, dostajemy też wgląd w to, jak ludzkość mogłaby zareagować na odroczoną apokalipsę. To pełen patosu standard, który mamy wpojony od stuleci - muzea, pomniki i tablice, a także wysokobudżetowe kino z przekoloryzowanym bohaterstwem. Kirkman nie jest przy tym uszczypliwy, ale już samo naświetlenie schematu skazuje go na śmieszność i poniekąd stanowi argument na korzyść jednego z dwóch głównych bohaterów.

 

Bracia Cole reprezentują leżący u podstaw fabuły konflikt w postrzeganiu rzeczywistości. Kiedy dziesięć lat wcześniej portal do innego wymiaru został otworzony, a w konsekwencji część miasta i jego mieszkańców zniknęła, pracujący przy tym nieudanym eksperymencie Nathan Cole poprzysiągł odwrócenie skutków (nie tylko ze względów bohaterskich, ale tego dowiecie się już z komiksu), a także odnalezienie pochłoniętego przez nieznany świat brata. Po dekadzie odnosi połowiczny sukces, faktycznie natrafia na Edwarda, ale ten wcale nie raduje się na myśl o powrocie do długów, nieudanych relacji i wszechobecnej presji. Realia, jakie urządzaliśmy sobie przez kilka tysiącleci przestały go interesować, a nowy początek nie tylko w osobistym wymiarze uważa za największy skarb.

Argumenty na korzyść i jednego, i drugiego przewijają się przez wszystkie trzy tomy i nawet jeżeli na horyzoncie pojawia się nowe zagrożenie, inteligentni Bezimiennie, to właśnie ten filozoficzny dyskurs urasta do rangi serca "Oblivion Song". O ile jednak pierwszy i drugi tom wyraźnie zarysowują strony konfliktu, a nawet zostają zwieńczone kompromisem, o tyle wprowadzenie nowych istot - najprawdopodobniej niebezpiecznych i bezpośrednio związanych z międzywymiarowymi podróżami - sprawia, że Kirkman zabiera nas w nieznane, a seria, która sprawiała wrażenie zmierzającej do zakończenia, nagle nabrała rozpędu i złożyła obietnicę kolejnych niespodziewanych zwrotów akcji.


Oblivion Song

Polska, 2018-2020

Non Stop Comics

Scenariusz: Robert Kirkman

Rysunki: Lorenzo De Felici



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive