Better Person: Jestem niezwykle sentymentalnym człowiekiem

Jesienna słota, krótkie dnie i długie wieczory sprzyjają nostalgii. A skoro o nostalgii mowa, to jej znakomitym przedstawicielem jest Adam Byczkowski, znany jako Better Person. Już wcześniej dał się poznać jako twórca dream popowych piosenek z wyraźnym, eightiesowym brzmieniem i dużą dawką słowiańskiej melancholii w głosie. Tym razem, wraz z wydaniem debiutanckiego albumu, zabiera słuchaczy nieco dalej, dzieląc z nimi swoje najskrytsze uczucia i emocje.

Barbara Skrodzka: Kiedy widzieliśmy się dwa lata temu, mówiłeś, że pracujesz nad piosenkami na album i w końcu wydałeś "Something To Lose". Jesteś zadowolony z tego jak finalnie brzmi?

Adam Byczkowski: Chyba tak. Staram się pisać muzykę tylko wtedy, gdy mi się chce, do niczego się nie zmuszam. Ale tak naprawdę trochę boję się słuchać tej płyty. Boję się, że nie będzie mi się podobać i że zmieniłem zdanie na zbyt wiele tematów w kwestiach estetycznych. Czasami czuję strach, że sam siebie w jakiś sposób rozwodniłem, bo poświęciłem temu albumowi zbyt dużo czasu...

 

Współpracowałeś z Benem Goldwasserem z MGMT. Spotkaliście się w klubie w Berlinie, nawiązaliście nić porozumienia i tak po prostu postanowiłeś oddać w jego ręce to, co zrobiłeś?

Moja koleżanka, Molly Nilsson, supportowała MGMT na ich europejskiej trasie. Kiedy wróciła, powiedziała, że członkowie tego zespołu bardzo lubią moją muzykę i często puszczali ją w samochodzie czy w klubach, zaraz po zejściu ze sceny. Potem panowie z zespołu mieli sesję w radiu NTS, podczas której zagrali dwie moje piosenki. Mocno zakomunikowali, że podoba im się moja muzyka. Pół roku po tym wpadłem na Bena na imprezie w Berlinie. MGMT przypadkowo tej nocy grali w mieście koncert. Okazało się, że nasze gusta muzyczne są bardzo zbliżone, a Ben chciałby ze mną współpracować i skupić się bardziej na produkcji i miksie muzyki niż jej wykonywaniu. Zaproponował, żebym został jego królikiem doświadczalnym i przyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tak się złożyło, że miałem już zaplanowany wyjazd do Los Angeles w innym celu. Spotkaliśmy się na miejscu parę razy, a to, co zrobiliśmy wyszło nam naprawdę dobrze. Ben zaproponował, żebym wrócił, kiedy tylko będę mógł, by zrobić cały album. Wziąłem duży kredyt w banku i pojechałem.

Praca z Benem czegoś cię nauczyła?

Przez całe życie bardzo się obawiałem pracy z kimkolwiek nad moją muzyką. Raczej nie widziałem siebie jako współpracownika, produkowałem muzykę sam. Zostałem zwabiony przez Bena jego sprzętem, entuzjazmem i tropikalną wycieczką. Pomyślałem, że może będzie to miła przygoda. Piosenki, z którymi do niego pojechałem, skończyłem w domu na tyle, na ile tylko mogłem. Wybór brzmień, klawiszy już został przeze mnie dokonany wcześniej, ponieważ aranżując swoją muzykę czy produkując ją, używam emulacji syntezatorów w swoim komputerze i wirtualnych wtyczek. Kiedy przyjechałem do studia Bena, okazało się, że on wszystkie te instrumenty rzeczywiście ma. Spędziliśmy tygodnie, szukając dokładnie tych samych ustawień na jego syntezatorach. Chcieliśmy jeszcze raz wszystko przez nie przepuścić. Tak że rolą Bena było raczej uwypuklenie mojego brzmienia, a nie ingerowanie w same utwory. Między nami nie było ani jednego spięcia w tych sprawach, rozumieliśmy się bez słów. Wydaje mi się, że przez to nadal nie wiem, jak to jest współpracować z kimś innym, bo tak dobrze się dogadywaliśmy.

 

Słuchając tej płyty, faktycznie odniosłam wrażenie, że piosenki brzmią soczyście i pełniej niż utwory pochodzące z twoich wcześniejszych EP-ek.

Przez kilka ostatnich lat - kiedy wydałem czy to EP-kę, czy single - starałem się skończyć jakąś większą kolekcję piosenek. Parę razy nawet się do tego zbliżyłem, ale zawsze kończyło się tym, że niezadowolony skreślałem wszystko. Nie byłem pewien, w którą stronę estetycznie chciałbym to pociągnąć i do czego się odnieść, w jaką konwencję to wstawić. Kiedy przyjechałem do Los Angeles i wybierałem utwory na album, zrozumiałem, że te piosenki wcale nie muszą wyglądać tak samo. Jestem zadowolony z tego, jak różnorodna jest ta płyta, jak wiele ma smaków i jak duży jest prezentowany przeze mnie wachlarz estetyk i emocji.

Na "Something To Lose" znaleźć można piosenki po polsku i po angielsku, utwory instrumentalnie. Który utwór z tego całego katalogu jest najbliższy twojemu sercu?

Na pewno tytułowa piosenka jest w jakiś sposób dla mnie znacząca, bo napisałem ją już w Los Angeles, na szybko i pod świeżym wpływem otoczenia, tego, co słyszałem w radiu, jeżdżąc samochodem... Myślę, że ta piosenka jest dość radykalnym ruchem estetycznym w kontekście mojej dotychczasowej twórczości. Mam miłe wspomnienia z nagrywania wokali do tego utworu, które robiłem w domu, w którym mieszkałem. Nagrałem je w całości za pierwszym razem, nie było żadnych cięć. Nie byłem w stu procentach pewien, w którą stronę ta melodia pójdzie, dlatego po prostu włączyłem mikrofon i to właśnie pierwsze podejście słyszymy na albumie. Drugim kawałkiem, który jest dla mnie dość znaczący, jest utwór "Dotknij mnie". Chciałem mieć na płycie piosenkę, która ma bardziej gotycki i syntezatorowy charakter. Chciałem też, żeby była po polsku, choć tego zwykle nie mogę kontrolować. W tym utworze wyjątkowe jest to, że przy jego pisaniu w ogóle nie myślałem nad tekstem, on sam wyśpiewał się po polsku. Został taki, jaki był na samym początku, przez co momentami się go wstydzę. Mój kolega powiedział, że balansuję na cienkiej granicy grafomanii, czyli jest bardzo dobry. I na to liczę [śmiech]. Wszystkie piosenki, które w życiu napisałem, czy to dla siebie, czy dla innych, i z których jestem najbardziej zadowolony powstawały właśnie w taki sposób.

 

O "Something To Lose" powiedziałeś, że jest to twoja pierwsza, wesoła piosenka. Wiele osób opisuje twoją muzykę jako smutną, choć ja nazwałabym ją sentymentalną.

Nigdy mi się nie wydawało, żeby moja muzyka była specjalnie smutna, ale zawsze było w niej dużo uskarżania się. Zarzucam sobie z przeszłości, że w tych utworach jest za dużo narzekania i jestem w nich dość mocno skupiony na sobie. Określając tę piosenkę jako "wesołą" miałem na myśli to, że ma bardziej pozytywny wydźwięk, nie tylko muzycznie, ale też w kwestii tekstowej. Utwory, które poprzednio wydawałem powstawały z jakiegoś braku. "Something To Lose" to jeden z pierwszych utworów, które powstały z uczucia pełni.

Jednak czuć w twoim głosie - jak zawsze - melancholię. Znalazłam ciekawą definicję melancholii w ujęciu Józefa Tischnera, który mówił, że melancholia jest jedną z narodowych wad Polaków. Opisał też pojęcie polskiej melancholii narodowej, dostrzega w niej nutę rzewności, która jest swojska, polska. Jest dla melancholii tym, czym dźwięk dla tonu, kolor dla przestrzeni, fala dla płynącej wody. Melancholia i polskość jakoś u ciebie się łączy?

Wiem o czym mówisz, bo chodzi tu o coś takiego jak słowiańskość, którą wyczuwam w sobie i w rzeczach, które pochodzą z Polski i które mnie wzruszają. Nie jestem pewien, czy zgadzam się z ogólnie przyjętą tezą, że sentymentalizm jest czymś nieeleganckim. Ja sam jestem niezwykle sentymentalnym człowiekiem, podchodzę do tej sprawy wręcz perwersyjnie i tak naprawdę często żyję wspomnieniami lub jakimś ukwiecaniem rzeczywistości. Staram się tworzyć swojego rodzaju ołtarze tym sytuacjom i uczuciom.

 

Radosne dźwięki, do których beztrosko można skakać nie są tym do czego dążysz?

Myślę, że raczej nigdy nie będę robił muzyki do końca tanecznej, a to, czy moje teksty są wesołe, czy smutne zależy od tego, jak się akurat mam. Założeniem na tę płytę było to, żeby stworzyć świat, który będzie bardziej otwarty dla ludzi, a mniej skupiony na moich pierdołach. Teraz jestem akurat bardzo chory, z czego jestem niezadowolony, więc skrawki i zapiski, jakie robię podczas lepszych dni, są raczej cięższe. Jestem jednak nadal zadowolony z życia i szczęśliwy z moją partnerką. To uczucie było główną inspiracją płyty, ale otarcie się o śmierć parę miesięcy temu, przynajmniej w moim mniemaniu, odcisnęło na mnie jakieś piętno, które pewnie będę musiał w jakiś sposób z siebie wyrzucić.

 

Na papier i muzykę przelałeś uczucia związane z Jane. Twojej dziewczynie podobają się piosenki, które napisałeś?

Bardzo! Jane jest moją największą i najwierniejszą fanką. Ona cały czas towarzyszyła całemu procesowi powstawania płyty. Razem ze mną przeprowadziła się do Los Angeles i dzięki niej to wszystko właściwie się stało. Myślę, że Jane w jakiś sposób czuje się częścią tego albumu.

 

Twoja partnerka udzieliła się jeszcze w jakiś sposób na płycie?

Jane jest właściwie głównym gościem na tym albumie, bo gra na flecie i śpiewa harmonie wokalne. W jednej z piosenek nawet słychać jej śmiech. Ona też jest muzykiem, razem mieszkamy, dlatego muzycznie często się przenikamy. Ostatnie osiem miesięcy spędziliśmy w Montrealu, do Berlina wróciłem na początku września. W Kanadzie oprócz tego, że się kurowałem, byłem też częścią nagrań zespołu mojej dziewczyny, który nazywa się Tops. Jako basista, klawiszowiec i piosenkopisarz pojawiam się na ich nadchodzącej EP-ce. Otrzymuję od Jane duże wsparcie, często podnosi mnie na duchu i mówi, że będzie dobrze, ale tak naprawdę to ja jestem recenzentem mojej muzyki. Jak mi się coś nie podoba, to nikt nie jest w stanie zmienić mojego zdania.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive