5 płyt: Caville

"Metaforyczna podróż przez cyrk, podczas której stawiamy czoła demonom przeszłości i szukamy sposobu, aby się z nimi zaprzyjaźnić" - tak o swoim debiutanckim albumie ("Freakshow") opowiadają członkowie katowickiego duetu Caville, a w kolejnej odsłonie cyklu 5 płyt odpowiedzialny za produkcję, syntezatory, wokal i teksty Tomasz Drogokupiec wpuszcza nas do swojego świata i pokazuje, jaka muzyka ukształtowała jego gust.

Everything Everything "Get To Heaven"

Everything Everything odkryłem prawie dekadę temu. Pierwsza piosenka, którą usłyszałem - "Cough Cough" - poszerzyła moje horyzonty w kwestii rytmiki i produkcji muzycznej, a teksty otworzyły mi oczy na możliwości przekazu w muzyce, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Do tej pory nie przestają zaskakiwać mnie swoim świeżym i szczerym podejściem do sytuacji na świecie. Ich trzeci album - "Get To Heaven" - jest dla mnie szczególnie ważny, jako że wpisał się w bardzo istotny etap zmian w moim życiu, a każda piosenka poruszyła mnie jak nic innego. Płyta była mi bliska do tego stopnia, że cała moja praca licencjacka na studiach z filologii angielskiej oparta była na własnych tłumaczeniach tekstów piosenek z "Get To Heaven". Album jest podpisany - miałem przyjemność zobaczyć Everything Everything na żywo w Warszawie kilka lat temu i uciąć sobie z nimi krótką pogawędkę po koncercie.

Glass Animals "Zaba"

Kilka lat temu natknąłem się na parne, dżunglowe rytmy Glass Animals i natychmiast się zakochałem. Teraz to zdecydowanie jedna z moich największych inspiracji. Maniera śpiewu Bayley była punktem odniesienia przy moich pierwszych próbach wokalnych, a "Youth" z drugiej płyty zespołu do tej pory pozostaje jedną z moich ulubionych piosenek. Nie jestem w stanie zliczyć godzin, które spędziłem na analizowaniu ich produkcji i kolejnych na zatapianiu się w basowym, wilgotnym i perkusyjnym klimacie, który tworzą, tak charakterystycznym, że nie sposób go podrobić (sam próbowałem). "Zaba", ich debiut, to zdecydowanie najbardziej spójna muzycznie i jedna z najciekawszych podróży, na które kiedykolwiek dałem się zabrać płycie.

Alt-J "An Awesome Wave"

Alt-J to moja pierwsza przygoda z muzyką indie, elektroniką i art rockiem, które pokochałem jeszcze w liceum. To zespół, który nauczył mnie mieszania gatunków, dzięki czemu tak jak oni, nie boję się łączenia motywów, które z pozoru kompletnie do siebie nie pasują. Mimo tego że jest to jedno z moich najstarszych odkryć, a debiutancka płyta "An Awesome Wave" zdecydowanie wpisuje się już w klasykę tego gatunku muzyki brytyjskiej, dalej z chęcią wracam do przepięknych ballad i dźwięków, które kompletnie wywróciły moje poczucie stylu do góry nogami, otwierając mnie na świat muzyki eksperymentalnej. Zresztą piosenka "Dissolve Me" jest aktualnie dzwonkiem mojego telefonu - stwierdziłem, że warto pozarażać nieznajomych odrobiną dobrej muzyki.

Florence + The Machine "Ceremonials"

Wybierając swoje ulubione płyty, zdałem sobie sprawę, że większość moich top artystów to reprezentanci alternatywnej muzyki z wysp brytyjskich. To od takich zespołów, jak Metronomy, Bombay Bicycle Club czy Dutch Uncles uczyłem się nostalgii i chwytania tego piorunującego "czegoś", co wbija nas w ziemię, kiedy tylko to słyszymy. Jednak analizując swoją bibliotekę płyt pod względem najpiękniejszej nostalgii w warstwie muzycznej i poetyzmu lirycznego, poza innymi wielkimi inspiracjami, takimi jak Beirut czy Twenty One Pilots, to oniryczna Florence Welch z Florence + The Machine najdłużej utrzymywała się na prowadzeniu w moim sercu. Jej druga płyta, "Ceremonials", była dla mnie wielkim odkryciem i wiele wyciągnąłem od Welch przy pisaniu tekstów czy tworzeniu bardziej podniosłych, mrocznych motywów muzycznych. Piosenka "What The Water Gave Me", mimo że odkryta przeze mnie tak dawno temu, dalej wywołuje ciarki.

Panic! At The Disco "A Fever You Can't Sweat Out"

Każdy z nas posiada płyty, które kojarzą się nam z okresem dorastania. Jest to tak ważny okres w naszym życiu, że muzyka, której wtedy słuchamy, zazwyczaj zostaje z nami już na zawsze. Jako nastolatek byłem wielkim fanem wczesnych Paramore, Panic! At The Disco i Fall Out Boy, a buzujące hormony w muzyce i poetycki gniew w tekstach idealnie wpasowały się w moje stany tamtego okresu. "A Fever You Can't Sweat Out", pierwszy album Panic! At The Disco, jest dla mnie kwintesencją dojrzewania i jak nic innego, kojarzy mi się z najbardziej emocjonalnymi momentami wczesnej młodości. Wiem, że pod wieloma względami ten album ukształtował mnie jako osobę i artystę (choć nie do końca w pełni świadomie), dalej czuję to wracając do piosenek takich jak "Time To Dance", dlatego ta płyta musiała znaleźć się w moim zestawieniu.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive