Tremors: Shrieker Island. Wstrząsy po raz siódmy i wcale nie najgorszy

53%

W tym roku seria "Wstrząsy" obchodziła trzydziestolecie, ale prawdopodobnie niewiele osób darzących sentymentem ten klasyk z epoki kaset VHS ma świadomość, że nadal powstają nowe części, a najnowsza, siódma właśnie miała premierę. A może lepiej żyć w błogiej niewiedzy, zamiast doznawać rozczarowania?

Taki już los najznakomitszych horrorów z ubiegłego stulecia, że z sequela na sequel coraz wyraźniej tracą animusz, a nawet niektóre z nich właśnie za to uwielbiamy (szósta i ósma część "Piątku trzynastego" są tak genialnie niedorzeczne, że dla wielu uchodzą za szczytowe dokonania Jasona Voorheesa). Zdarzają się wyjątki (chociażby "Halloween" sprzed dwóch lat, które jest najlepszą odsłoną serii po oryginale Johna Carpentera), zdarzają się znośne kontynuacje (dalsze lub wcześniejsze losy Leatherface'a z "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" albo "Władca lalek"), ale "Wstrząsy" nie zaliczają się do nich, a ostatnie dwa filmy nakręcone pod tym szyldem to równia pochyła na samo dno.

 

Fatalne, nijakie i rażąco tanie "Więzy krwi" z 2015 roku oraz "Zimny dzień w piekle" z 2018 to najgorsze, co spotkało serię, choć trzeba mieć na uwadze to, że bez Kevina Bacona (głównego bohatera jej początku z 1990 roku) nigdy nie odzyskała pierwotnego blasku. Kiedy jednak sięgnie się dna, nie pozostaje nic poza odbiciem się od niego i niespodziewanie Donowi Michaelowi Paulowi ta sztuka się udała.

Żeby wyjaśnić, skąd zaskoczenie, należy dodać, że Paul nie tylko stał również za poprzednimi dwiema częściami, ale właściwie przez cała karierę para się tworzeniem kiepskich, skierowanych na rynek DVD kontynuacji kinowych filmów - nakręcił między innymi czwartą odsłonę "Lake Placid", drugą "Jarhead", drugą "Gliniarza w przedszkolu", piątą "Króla Skorpiona" czy mockbuster "Uprowadzonej" zatytułowany "Taken: The Search for Sophie Parker". Po "Shrieker Island" niczego ponad jego standardowe żebranie o nostalgiczną słabość widzów nie można było się spodziewać i chociaż daleko temu filmowi nawet do retrospekcyjnej "czwórki" z 2004 roku, przynajmniej ma własną tożsamość i zręcznie wykorzystuje budżetowe ograniczenia.

 

W "Zimnym dniu w piekle" Paul próbował działać na przekór niesprzyjającym finansom - jeżeli chciał śniegu, a nie mógł ani kręcić w odpowiednim miejscu, ani zapewnić sztucznego, to pomalował piasek na biało. Tym razem działał natomiast pomimo tych samych trudności i najwyraźniej zrozumiał, że eksponowanie kiepskiej jakości cyfrowych efektów specjalnych albo trzęsienie kamerą z taką zawziętością, że łatwiej odczytywać kształty z kalejdoskopu nie przynosi korzystnego rezultatu. Efektów jest mniej, graboidów jest mniej, ale za to nie wyglądają aż tak tandetnie, a w kilku scenach atakują z zaskoczenia i potrafią wywołać atmosferę grozy, jakiej nie miał nawet słoneczny, raczej nastawiony na akcje i komedię oryginał.

Mroczniejszy ton przejawia się również w doborze palety kolorów, bo chociaż trafiamy na egzotyczną, tropikalną wyspę, unosi się nad nią wyraźnie ponura aura. Wzmacnia ją zresztą osoba właściciela tego miejsca, w którego wcielił się charyzmatyczny, wzbudzający niepokój w każdej jednej roli Richard Brake - jeden z ulubionych aktorów Roba Zombiego ("Halloween II", "31", "3 from Hell"), czarny charakter w "Mandy" czy Nocny Król w "Grze o tron". Do roli głównej powróciła z kolei jedyna osoba związana ze wszystkim częściami serii - Michael Gross, ale nawet jego już legendarny Burt Gummer nie jest tym zawadiackim łowcą wyspecjalizowanym w dokładnie każdej broni palnej, którego dotąd znaliśmy. Mało tego, został pozbawiony swojego głównego atrybutu i przez większość filmu musi radzić sobie za pomocą miotacza ognia albo maczety. Co jednak najbardziej satysfakcjonujące, nie musi użerać się ze swoim synalkiem (Jamiem Kennedy'm), który dobił i tak marną "szóstkę" seksistowskimi, wyjątkowo nieśmiesznymi żartami.

Można by uznać, że poważniejsze podejście do historii, która z założenia nigdy poważna nie miała być skazane jest na klęskę, ale z drugiej strony po dekadzie autoironii i puszczania oczek, to właśnie porzucenie prześmiewczej narracji zdaje się świeże. "Shrieker Island" daleko do udanego filmu, trudno sobie nawet wyobrazić, że do finału mógłby dotrwać ktokolwiek, kto nie jest oddanym fanem serii, ale przynajmniej da się wyczuć chęć stworzenia czegoś innego. Po pilotażowym odcinku serial z Baconem przepadł, więc o ile nie znajdzie się ktoś, kto zechce zrebootować "Wstrząsy" z przynajmniej podwojonym budżetem, prawdopodobnie niczego lepszego już nie ujrzymy. A z drugiej strony, może właśnie tak byłoby najlepiej - pozwolić graboidom odejść, zanim sięgną poziomu karykatury, jak w przypadku chociażby innych dawnych pupilków wypożyczalń kaset wideo, crittersów.


Tremors: Shrieker Island

USA, 2020

Living Films

Reżyseria: Don Michael Paul

Obsada: Michael Gross, Richard Brake, Jackie Cruz



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive