Małgorzata Gołębiewska: Paradise Lost to nie Mötley Crüe, tutaj nie ma rock'n'rollowych ekscesów

Rozmowa z autorką "Raju dla cyników" - biografii zespołu Paradise Lost.

Wydana przed paroma laty biografia Paradise Lost Małgorzaty Gołębiewskiej okazała się niespodziewanym sukcesem. Pierwsze wydanie "Raju dla cyników" niedługo po premierze stało się białym krukiem, podobnie było zresztą z drugim, ale fani brytyjskiego zespołu wkrótce będą mieli kolejną szansę na zapoznanie się z tą książką - w tym roku ukaże się jej trzecia edycja.

 

Łukasz Brzozowski: Co najbardziej zaskoczyło cię przy wydaniu pierwszego uzupełnienia "Raju dla cyników" dwa lata temu?

Małgorzata Gołębiewska: Najbardziej zaskakujące było to, co stało się już po wydaniu "Raju dla cyników" - wiele osób dopiero wtedy dowiedziało się albo o reedycji książki, albo w ogóle o jej istnieniu. I tak jest do dziś. Ciągle dostaję maile i wiadomości na Facebooku z pytaniami o dostępność biografii. Czasami dostają je znajomi, a nawet biblioteka z mojej rodzimej miejscowości. Na przykład ostatnio dzwoniła tam pani, która szukała "Raju dla cyników" na prezent dla swojego syna – lekarza i fana Paradise Lost. Można więc powiedzieć, że w jakimś stopniu zaskoczeniem było zainteresowanie książką, ale to oczywiście miłe uczucie.

 

Przytłoczyło cię to w jakiś sposób? Uznałaś, że musisz szybko uderzyć z kolejną edycją?

Nie nazwałabym tego przytłoczeniem, raczej ekscytacją. Lubię grzebać w ich biografii. Presji czasu też nie było. W końcu nawet ulubione zespoły nie wydają płyt co kilka miesięcy. Od razu założyłam, że trzecia edycja pojawi się po kolejnym albumie - następcy "Medusy". Żeby było trochę więcej do czytania.

Ale czy ostatnie losy Paradise Lost faktycznie są tak intrygujące?

Z pewnością nie, ale nowa edycja to nie tylko dopisanie historii od 2018 roku. To też uzupełnienia wcześniejszych rozdziałów. Tam czasami wychodzą ciekawe rzeczy, przede wszystkim w latach 90. Poza tym są też nowi goście i ich opowieści związane z Paradise Lost. To jeden z najlepszych wątków tej biografii. Dla samych wspomnień komentatorów warto sięgnąć po "Raj dla cyników".

 

Nie bałaś się, że szeroki rozstrzał opinii w wypowiedziach gości może zaważyć na spójności treści?

Przeciwnie, chodziło o konfrontację. Tak jest najciekawiej. Mówiąc żartobliwie, popełniłam tę zbrodnię z premedytacją. Wiedziałam przecież, jaki jest stosunek niektórych komentatorów do zespołu i że nie wszyscy będą go chwalić ale nie o chwalenie i ślepe zapatrzenie tu chodziło, a o zebranie zarówno pozytywnych, jak i kontrowersyjnych opinii o kapeli. Nie ma co udawać, że dzisiaj wszyscy kochają "Gothic". Nie brakuje przecież ludzi - i to znających gatunek od podszewki - twierdzących, że ta płyta wyrządziła więcej złego niż dobrego. I oni o tym mówią, wyjaśniają dlaczego. To może nietypowe podejście do biografii, bo zwykle znajdujemy w nich tylko hymny pochwalne. Ale właśnie różne punkty widzenia - przy tak różnorodnym stylistycznie zespole, jak Paradise Lost - nadają tej historii autentyzmu. Nie jest nudno.

Nudne nie są też tezy stawiane przez ciebie w książce. Dyskutowaliśmy o nich wielokrotnie, nie każdy może uznać "Host" za opus magnum zespołu, a "In Requiem" za przestrzeloną formę przeprosin metalowców.

"Host" to mój ulubiony rozdział. Kocham tę płytę. W książce nie wyrażam tej miłości tak bezpośrednio, ale każdy kto mnie zna, wie o tej słabości. Ale zostawmy te wyznania, bez nich też warto zagłębić się w temat. Bardzo dokładnie opisane są tam motywacje, które kierowały zespołem w czasie tworzenia tego albumu i zapewniam, że nie były to funty EMI, a przynajmniej nie one odegrały kluczową rolę. Ta płyta kipi od emocji Nicka [Holmesa, wokalisty], który balansował wtedy pomiędzy próbami z zespołem a oddziałem onkologicznym. Jasne, można tego materiału nie lubić, bo inna stylistka i Depeche Mode, ale nie sposób mu odmówić szczerości. Inna sprawa jest z "In Requiem" - niby znowu mamy ciężkie gitary i mocne granko, a w rzeczywistości ta płyta to jedna wielka kalkulacja i powrót synów marnotrawnych do metalu. Niestety nieudany i wymuszony.

 

Czy wśród wszystkich komentatorów, którzy pojawili się w nowej wersji "Raju dla cyników" znalazł się ktoś, kogo namawiałaś na udział szczególnie długo?

Nie i to jedna z najfajniejszych spraw, związanych z tą biografią. Zarówno w drugim, jak i planowanym trzecim wydaniu jest wielu świetnych gości - muzyków, dziennikarzy, wydawców, organizatorów i - że tak to określę - przedstawicieli innych zawodów. Wszyscy podeszli do tematu życzliwie. Czasami trzeba było przypomnieć o deadlinie, ale to normalny tryb działania. Każdy ma przecież masę swoich spraw. Nie dość, że nie musiałam długo ich namawiać, to jeszcze dostałam ciekawe "wypracowania". Nikt nie zrobił tego na odwal.

Znalazł się w tym gronie ktoś, na kogo obecność liczyłaś najbardziej czy odpowiesz mi standardowym frazesem typu każdy jest tak samo ważny?

Zawsze najbardziej liczysz na tych, którzy mogą pogłębić wiedzę na dany temat albo rzucić na niego nowe światło. Kimś takim na pewno był Hammy [Paul Halmshaw], założyciel Peaceville Records. Znalazłam go na eBay'u. To było jeszcze przy pierwszym wydaniu z 2012 roku. Napisałam maila, ale niestety nie było odzewu. Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy po trzech latach dostaję odpowiedź, że Hammy jak najbardziej może opowiedzieć o pewnych sprawach. Mój mail utknął w spamie i odnalazł się przy porządkowaniu poczty. Jak mówią, co się odwlecze, to nie uciecze. No i nie uciekło. Trochę dobra dorzucili Dig Pearson, Mark Barney czy producenci albumów, zwłaszcza Simon Efemey i Steve Lyon. Wiemy jednak, że "Raj dla cyników" wyróżniają polscy komentatorzy. Taki był zresztą zamysł, bo to biografia na nasz rynek i chciałam zachować ten kontekst. Będzie schematycznie, bo ci, na których obecność liczyłam, są w książce. Powiem więc inaczej - mam skład, jakiego nie ma nikt. O Paradise Lost opowiadają między innymi Krzysztof Słyż z Arachnophobia Records, Bartek Cieślak z Noise Magazine, Piotr Dorosiński z Musick Magazine, Sebastian Rerak z Mystic Art, Jarek Szubrycht, Cyprian Łakomy z In Twilight's Embrace, Tymek Jędrzejczyk z Ragehammer czy Paweł Marzec z Blaze of Perdition. W trzecim wydaniu pojawią się dodatkowo Łukasz Orbitowski, Łukasz Dunaj, Zbigniew Bielak czy Tomasz Barszcz. To znane nazwiska, niektóre nie tylko w metalowej branży, i na pewno przyciągają potencjalnych czytelników. Są tutaj też mniej popularne postaci, ale za to z szalenie interesującymi opowieściami. Maciek Rodkiewicz to absolwent warszawskiego Instytutu Muzykologii, autor jedynej pewnie w Polsce pracy magisterskiej o Paradise Lost. Sławek Milewski świetnie opisał okres rozwoju MTV i programu "Headbangers Ball", umieszczając w tym wszystkim Paradise Lost. W trzeciej edycji ciekawą analizę wykonał doktor Paweł Gregorczyk, który porównał wizerunek medialny zespołu w prasie zagranicznej i polskiej. Niech to brzmi jak frazes, ale właśnie nie jedno nazwisko, lecz cała drużyna robi robotę i sprawia, że biografia się wyróżnia.

Czy w tej klęsce urodzaju nie było obaw o przesyt treści dostarczonych przez ludzi spoza zespołu, któremu przecież tę biografię poświęcono?

To pytanie do czytelników. No więc? Jak tobie jak się czytało te opinie? Odczuwasz przesyt?

 

Nie odczuwam, ale trochę odwracasz kota ogonem, bo efekt efektem, ale pytanie dotyczy samego zamysłu i ilości osób, które zaprosiłaś do napisania swoich wypowiedzi w ramach książki.

Jeśli nie odczuwasz, to znaczy, że podjęłam dobrą decyzję i naprawdę tak uważam. To nie są pogadanki dla samego gadania i szpanu: Patrzcie, ilu mam fajnych ludzi w jednym miejscu. Każdy miał coś ciekawego do powiedzenia. Jest merytorycznie, a dla osób, które śledziły działalność zespołu od początku nierzadko sentymentalnie.

 

Uważasz, że trzecia edycja "Raju dla cyników" rozejdzie się równie szybko, co ostatnia, sprzed dwóch lat?

Ciągle ktoś pyta o dodruk, więc wiele wskazuje na to, że tak będzie. Poza tym trzecie wydanie to kolejna okładka w nowej wersji kolorystycznej. Tym razem ze zdjęciem autorstwa fotografa koncertowego, Marcina Pawłowskiego. Na ten moment to moja ulubiona okładka z dotychczasowych, a wiadomo, że dobre opakowanie pomaga w sprzedaży.

Jednym z najistotniejszych elementów "Raju dla cyników" jest podejście do przedstawienia historii zespołu. Z jednej strony mamy wspomnianych komentatorów, z drugiej brak standardowego schematu studio-trasa-powtórz czynność. Zwłaszcza druga z tych rzeczy była twoim zamierzeniem czy może pozytywnym skutkiem ubocznym samego procesu pisania?

Lepszej rekomendacji nie będzie. Cieszę się, że tak to odbierasz. Sama czytam masę biografii muzycznych i nic tak mnie nie wkurza, jak schemat: studio-trasa-znów nagrywamy i do tego w encyklopedycznym stylu. Albo przeciwnie - w zbyt grafomańskim, z pozycji kolan. Paradise Lost to nie Mötley Crüe, tutaj nie ma rock'n'rollowych ekscesów. Być może alkohol leje się strumieniami - jak to na trasach koncertowych - ale nikt nie ląduje na odwyku. Nie ma setek fanek, czekających przed garderobami muzyków. Można wręcz powiedzieć, że panowie wiodą nudne życie. Trzeba było coś z tej nudy wycisnąć i spróbować napisać tę historię bardziej życiowo. Dlatego lubię rozdział o "Host" - te wszystkie rodzinne perypetie Holmesa. Starałam się wiele wydarzeń umiejscowić w szerszym kontekście, jakby czytało się reportaż albo powieść. Swoje robi też humor Nicka, jego riposty, pyskówka z Dream Theater i rozszyfrowywanie tekstów piosenek - choćby o masturbacji w "Enchantment", masakrze z Dunblane w "Another Day" czy nieletniej prostytutce z "Lydii", którą panowie spotykali w drodze do sali prób. Wracając do sedna pytania, niektóre rzeczy wyszły w praniu, ale konstrukcja książki była zaplanowana.

 

Paradise Lost to nie tylko dobre momenty i przełomowe płyty, ale także okres brodzenia w błocie oraz wspomnianego przepraszania fanów w latach 2005-2012. Potrafiłabyś wskazać najbardziej kompromitujący etap bądź pojedynczą sytuację w historii zespołu?

Wiem, co ci chodzi po głowie i masz rację - to był pamiętny koncert z wódką w reklamówce i tamburynem. Kijów 2005 rok. Niestety dla nich występ trafił na YouTube. To pierwsze, co mi przychodzi na myśl. Drugi taki moment to numer "Fallen Children". Można jeszcze wspomnieć o zamknięciu oficjalnego forum Weeping Words, kiedy ich ówczesny perkusista, Adrian Erlandsson skarcił fanów za to, że nie podobał im się kawałek "Crucify". Potem tłumaczono, że kapela miała dość hejtu, że hejt źle na nich wpływał. Trochę bez sensu, biorąc pod uwagę eksperymenty z lat 90. i odwagę, która wtedy im towarzyszyła. Ale było, minęło. Za to koncert z Kijowa nadal można zobaczyć.

Liczysz na to, że panowie zdołają jeszcze raz uciec z bezpiecznej metalowej strefy komfortu i zagrać va banque jak na "Host"?

Myślę, że nie zaryzykują już takiego eksperymentu. Przynajmniej nie pod nazwą Paradise Lost. Wygląda na to, że uwili sobie bezpieczne gniazdko i na dobre wrócili do metalowego grania. Trzeba przyznać, że od czasów "The Plague Within" wychodzi im to całkiem nieźle. Paradise Lost to dzisiaj solidna firma do zarabiania pieniędzy, ale kto wie, co przyniesie przyszłość. W książce Greg [Mackintosh, gitarzysta] mówi o tym, że od dziesięciu lat planuje z Nickiem side project, pojedynczy album właśnie w stylu "Host". Pozostaje trzymać kciuki i mieć nadzieję, że na planach się nie skończy. Ciekawie byłoby znów ich posłuchać w takiej stylistyce. Ja wręcz marzę o tym, by to się stało.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive