Kuro. Kiedy czarny kot przynosi szczęście

84%

We wrześniu minęło dwadzieścia jeden lat od premiery pierwszej mangi wydawnictwa Waneko, "Cześć, Michael!" - luźno powiązanych historii z życia rudego kota. "Kuro" wykazuje wiele podobieństw do tego tytułu, ale ten kociak ma znacznie ostrzejsze pazury.

Początki każdego z trzech tomów utrzymane są w niemalże familijnym tonie, który mimo nietypowego wyglądu straszącego wielkimi kłami kota, pozwala uwierzyć, że Kuro i Michael potrafiliby się zaprzyjaźnić. Jesteśmy w nich świadkami scen, jakie każdy kociarz i każda kociara znają z życia codziennego - futrzak nie chce napić się z miseczki, za to chętnie pije z dowolnego innego źródełka; składa ptasie ofiary; walczy z suszarką; wyleguje się przy chorej osobie; wchodzi do torby; ugniata ubrania, które właśnie mieliśmy nałożyć i zmienia je w legowisko; zrzuca kubki; drapie krzesła i tak dalej... Z tym że na każdy uśmiech wywołany takimi kadrami przypada zbliżona dawka niepokoju, dodatkowo wzmacniana tu i ówdzie przemykającymi w tle chtonicznymi kreaturami.

Jak na mangę, wydanie jest bardzo nietypowe - ponad połowę stron wydrukowano w kolorze. W połączeniu z lekkimi, epizodycznymi historyjkami przypomina to innego rodzaju publikacje - książeczki dla najmłodszych czytane do poduszki. Duet podpisujący się jako Somato bez dwóch zdań celowo przy każdym spotkaniu najpierw wprowadza czytelników i czytelniczki w tę lukrowaną, łagodną rzeczywistość, by uwydatnić kontrast i zintensyfikować różnicę pomiędzy subiektywną, sielankową perspektywą Koko (głównej bohaterki) a czyhającą za każdym rogiem śmiercią z rąk zajmujących większość pobliskim ziem potworów. Z jednej strony taki zabieg pozwala skuteczniej manipulować nastrojami, z drugiej chociaż stopniowo poznajemy zasady, jakimi rządzi się świat przedstawiony (ochronna farba wytwarzana z białych kwiatów, lalki chowane w grobach zamiast zmarłych czy niemalże rytualne odzyskiwanie pamiątek po nich), "Kuro" zawsze pozostaje opowieścią o samotnej dziewczynce i jej kocie, a nie o ludzkości walczącej o przetrwanie... Tylko czy to na pewno jest "jej" kot?

Nazywam się Koko. Jestem właścicielką Kuro - tak zaczyna się większość przygód tej pary, ale w ostatnim tomie pada: Nazywam się Koko. Mieszkam razem z Kuro. Może to przypadek, ale idzie w parze ze zmianą relacji na bardziej partnerską czy momentami wręcz stawiającą kota na dominującej pozycji i wreszcie wskazuje kierunek, w jakim zmierza fabuła. Przez większość lektury można odnieść wrażenie, że drepczemy w miejscu, przeglądamy krótkie "paski" komiksowe rodem z gazetowych dodatków albo śledzimy zwizualizowane, fantastyczne opowiadania spisywane przez Koko, ale wreszcie puzzle zaczynają układać się w całość i można postawić pytanie, na jakie finał powinien odpowiedzieć - czy Kuro zabije Koko, czy okaże się przyjacielem? Odpowiedź nie jest aż tak istotna, większe wrażenie robi napięcie, jakie Somato potrafią wokół tego wątku zbudować. Przypomina to nieco "Smętarz dla zwierzaków" albo zapomniane anime "Lily C.A.T." z 1987 roku (swoiste połączenie "Obcego" z "Czymś" Johna Carpentera), ale w bardziej osobistym wydaniu.

Dla posiadaczy kotów (albo dla osób, które mieszkają razem z kotami) "Kuro" to tytuł, obok którego nie będą mogli przejść obojętnie, bo przecież wszyscy lubimy krótkie opowiastki o niesfornych pupilach, zwłaszcza jeżeli doda się do nich szczyptę magii. Nie oznacza to bynajmniej, że inni nie mają czego tutaj szukać - Somato stworzyło urokliwą i nieco ponurą baśń w stylu braci Grimm, która potrafi wzruszyć, potrafi przerazić, potrafi zaskoczyć wyjątkową oprawą graficzną i przede wszystkim potrafi dodać otuchy.


Kuro

Polska, 2017

Waneko

Scenariusz: Somato

Rysunki: Somato



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive