The Residents - "It's Metal, Meat & Bone: The Songs of Dyin' Dog"

77%

Wiele lat temu, gdy dopiero wkraczałem w świat post-punku, kolega polecił mi The Residents. Nie byłem na to gotowy i całkowicie odbiłem się od tego projektu. Wróciłem i doceniłem dopiero po latach. Jeśli macie podobne doświadczenia, to "It's Metal, Meat & Bone: The Songs of Dyin' Dog" jest wręcz idealną płytą do tego, by raz jeszcze spróbować wejść w szalone umysły ludzi tworzących tę grupę.

The Residents to absolutna legenda gatunku i nadzwyczaj płodny zespół. W chwili gdy piszę te słowa, portal RateYourMusic wylicza, że wydali siedemdziesiąt siedem płyt. Doliczcie do tego kilkadziesiąt wydawnictw z muzyką na żywo i EP-ek, a dostaniecie katalog, który może odstraszyć nawet najbardziej zdeterminowanych. Nie da się więc zrobić krótkiego, weekendowego kursu ze znajomości twórczości projektu. Co więcej, wśród setek płyt wiele z nich najzwyczajniej w świecie nie jest warta poznania. Taka nadproduktywność musi przecież prowadzić do mniejszej selekcji materiału, a to z kolei skutkuje nagrywaniem albumów słabszych. Do najnowszego wydawnictwa The Residents podeszli jednak na poważnie. O ile w ogóle możemy tak nazwać twórczość tego kolektywu.

 

"It's Metal, Meat & Bone: The Songs of Dyin' Dog" to płyta, która broni się bez znajomości konceptu, ale warto się z nim zaznajomić. Zespół twierdzi, że w okolicach 2013 roku usłyszał od Ronalda Sheehana (byłego członka grupy) o zapomnianym przez historię muzyku. Alvin Dyin' Dog Snow, bo tak się nazywał, miał urodzić się w Louisianie w 1939 roku i pierwsze lata życia spędzić w sierocińcu. Albinos o niebieskich oczach, bo tak opisał go Sheehan, uwielbiał twórczość Howlin' Wolfa. Sam Ronald twierdzi, że poznał go w latach 70., gdy spotkał go śpiewającego na ulicy. Panowie postanowili nagrać razem materiał i stworzyli demo, a następnie zagrać premierowy koncert. Na drodze do tego stanęły życiowe zawirowania Snowa. Najpierw zginął jego ukochany pies Chester, a następnie ukochana Miss Lillian oraz jego idol - Howlin' Wolf (tego samego dnia). Od tego czasu Alvin zapadł się pod ziemię i nikt więcej o nim nie słyszał. Pozostała jedynie demówka, która rzekomo wypłynęła na światło dzienne w 2018 roku.

 

Oczywiście powyższa historia jest całkowicie zmyślona, ale nie to jest w niej przecież najważniejsze. W końcu każda opowieść zawiera w sobie ziarno prawdy, a jej autentyczność można zmierzyć jedynie poziomem prawdomówności opowiadającego. Alvin Snow może nie istniał, ale to nie znaczy, że elementy jego życiorysu nie znalazłyby odzwierciedlenia w biografii wielu innych muzyków, których twórczość nigdy nie ujrzała światła dziennego.

 

W każdym razie The Residents po odkryciu materiału ochoczo wzięli się do pracy z zamiarem nagrania albumu bluesowego. Oczywiście ich definicja gatunku, jak się pewnie domyślacie, jest troszkę inna od tradycyjnej, ale elementy tej stylistyki faktycznie można odnaleźć na ich najnowszej płycie. Co prawda schowane pod warstwą industrialnych zgrzytów, pokręconego ulicznego rytmu i kabaretowych wstawek, ale nadal obecne. Weźmy "River Runs Dry", gdzie "rozwodnione" klawisze i nieskomplikowany rytm wygrywany na bębnach brzmią tak, jak gdyby ta kompozycja faktycznie mogła powstać gdzieś w okolicach Missisipi. Odwołania do rzeki znajdziemy już bezpośrednio w psychodelicznej balladzie "The Dog's Dream" z nierówną, przesterowaną partią gitarową i niemniej zwichrowanym, damskim wokalem. W "I Know" do głosu z zaświatów i anielskich zaśpiewów przygrywa nam harmonijka, a "Cold as a Corpse", wabiąc przemysłowymi dźwiękami zmieszanymi z dźwiękami cyrkowej rewii, opowiada o mozole i bezsensie wycieńczającej pracy.

 

Oprócz spójnego nastroju, The Residents mogą pochwalić się też naprawdę dobrymi, nawiązującymi do swojej klasycznej twórczości utworami. Skąpany w psychodelii i industrialu, z szybko zapadającym w pamięć refrenem, otwierający płytę "Bury My Bone" to rzecz z gatunku tych, które pewnie z miejsca wejdą do stałego repertuaru grupy. Podobnie jak masywny i ciężki "Die! Die! Die!", w którym gościnnie udziela się Frank Black z Pixies. W dodatku zamykające album "Midnight Man" wspina się na wyżyny w kategoriach emocjonalności. Rozpoczynający się marszowym rytmem utwór (z obowiązkową harmonijką) zmienia się nagle w rasowy, rockowy hymn (jest tu nawet mini-solówka), w którym prym wiodą melodia i wokal w stylu Waitsa. Bardzo podnoszący na duchu i wpadający w ucho finał.

 

To jednak nie koniec - "It's Metal, Meat & Bone: The Songs of Dyin' Dog" to wydawnictwo dwupłytowe. W jego drugiej części znajdziemy "oryginalne demówki" Dyin' Doga. Tak naprawdę to po prostu dziesięć utworów w innych, okrojonych zupełnie z elektroniki i bazujących na żywych instrumentach wersjach. Traktowałbym je jednak jako coś więcej niż ciekawostkę. Aranżacje są ciekawe, zdecydowanie bardziej przyziemne i mniej pokręcone, ale za to bliższe knajpianym klimatom. Być może przez podobieństwo wokalu mogłyby się znaleźć na którejś z płyt wspomnianego już Toma Waitsa. Zaryzykuję stwierdzeniem, że nie odstawałyby zbytnio poziomem.

 

Najnowszy album The Residents opowiada bardzo ciekawą historię za pomocą udanej konwencji i dopracowanego materiału. Jeśli się od niego odbijecie, w co jednak wątpię, to wróćcie do niego za kilka lat. Warto.


Cryptic/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive