Yawning Man - "Historical Graffiti"

82%

Słowo "stoner" musi paść w niniejszej recenzji, więc niechaj padnie już w pierwszym zdaniu. W końcu to między innymi od Yawning Man wszystko się zaczęło, ale dzisiaj mają tyle wspólnego ze stoner rockiem, co Venom z black metalem... Na nowym albumie nic z tym zresztą nie próbują zrobić, to dokładnie ta sama kapela, która trzydzieści lat temu grywała w kalifornijskich garażach i na okolicznych pustyniach.

Pierwszy album zarejestrowali dziewiętnaście lat po rozpoczęciu działalności, później był jeszcze jeden, a później już się im nie chciało... Zresztą można odnieść wrażenie, że nigdy tak naprawdę nie mieli ochoty zamykać się w studiu, a wszelkie istniejące nagrania to kompromis zawarty z fanami, którzy dopominali się o możliwość wsłuchiwania nastrojowych, pustynnych jamów także w domowym zaciszu. Wszystko wskazywało na to, że zespół uznał niepisaną umowę za wypełnioną i więcej krążków z ich nazwą nie opuści tłoczni, a jednak upór słuchaczy, zbiórka funduszy i pomysł na wykorzystanie studia w sposób odmienny od twórczości scenicznej sprowadziły na świat "Historical Graffiti".

 

W zeszłym roku Yawning Man przemierzał obskurne kluby Ameryki Południowej. W wolnej chwili muzycy zajrzeli do zlokalizowanego w Buenos Aires ION Studios, a czar tego miejsca sprawił, że w ciągu zaledwie jednej nocy oszlifowany przez niezliczone koncertowe improwizacje materiał otrzymał życie wieczne. Skład zespołu oczywiście zmienił się w międzyczasie, z oryginalnego pozostali jedynie Gary Arce i Mario Lalli, tym razem nie dodano jednak drugiej gitary, lecz zaproszono osoby posługujące się klawiszami, melotronem, skrzypcami i akordeonem. Spokojnie, nie musicie obawiać się solówek w stylu Venessy Mae czy Czesława Mozila. Goście przede wszystkim tworzą tło, bez którego "Historical Graffiti" wciąż może brzmieć zachwycająco. Zresztą, po kolejnym przetasowaniu, w zespole pojawiła gitarzystka (Justine Summer Heaven ) i to ona odgrywa część partii pierwotnie zagranych przez inne instrumenty.

 

Akordeon i skrzypce po raz pierwszy pojawiają się w otwierającym album "The Wind Cries Edalyn", ale w centrum znajduje się tutaj leniwa, basowa melodia, tylko na chwilę oddająca pola nieznacznie żwawszym szarpnięciom za struny gitary elektrycznej. Całość doskonale pasuje do ciepłego, wrześniowego wieczoru, gdy wciąż jeszcze żyje się złudzeniami o nieśmiertelności lata. "Her Phantom Finger of Copenhagen" odbija jednak w bardziej melancholijnym kierunku, przypominającym nieco ponurą EPkę "Pot Head" z 2005 roku. To jeden z najmocniejszych momentów nowego wydawnictwa, głównie za sprawą odłączającej wszelkie więzy z rzeczywistością solówki w wykonaniu Arce'a. "Naomi Crayola", najkrótszy spośród pięciu premierowych utworów, jest z kolei właściwie jedynym powodem w całym zestawie, aby chociaż na chwilę otworzyć oczy i zmusić ciało do bardziej żywiołowej reakcji.

 

Nieco ponad półgodzinny album Yawning Man to głównie zapis pomysłów, które na żywo nie będą wykonywane. Na trasie promującej "Historical Graffiti" w składzie zespołu są wyłącznie gitary i perkusja, co sprawia, że materiał jest wyjątkowy nie tylko ze względu na swoje brzmienie, lecz także dlatego, bo po raz pierwszy nie jest jedynie dokumentacją działalności zespołu. To przedsięwzięcie przemyślane, oparte bardziej na kompozycjach niż na improwizacjach, ukazujące Yawning Man w dotąd nieznanym świetle. Co jednak najważniejsze, ta odmienność podejścia do muzyki nie zaszkodziła jej autorom. To wciąż niedościgniony wzór dla wielu młodszych desert/stoner/psychedelic rockowych projektów, który lata temu wypracował niepowtarzalny, charakterystyczny styl.


Lay Bare Recordings/2016



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive