10 debiutanckich albumów, które nie przypominają reszty dyskografii

Wystarczyłoby wziąć Davida Bowiego albo Ulver, bo przecież ewolucja brzmienia to ich cecha charakterystyczna, można by też sięgnąć po późne transformacje, które swojego czasu wstrząsnęły szerokim gronem oddanych fanów na całym świecie (na przykład popowe oblicza Genesis czy Paradise Lost), ale w niniejszym podsumowaniu przypominamy o dziesięciu debiutach, które zostały całkowicie przygniecione ciężarem późniejszej, skrajnie innej dyskografii.

30 Seconds to Mars - "30 Seconds to Mars"
"America" sprzed dwóch lat to radosne, elektroniczne, lukrowane oblicze zespołu Jareda Leto, które można by porównać do wykreowanej przez niego pstrokatej wersji Jokera z "Legionu samobójców". Debiutancki album pasowałby natomiast bardziej do ponurego "Requiem dla snu", a w jednym z utworów ("Fallen") można nawet usłyszeć Maynarda Jamesa Keenana z Tool. Czy alt metalowe 30 Seconds to Mars było lepsze od tego obecnego? O to na forach internetowych kłócono się już niejednokrotnie. Prostej odpowiedzi nie ma, ale pewne jest to, że rock z przełomu wieków czy nawet nu metal znowu rosną w siłę, choć w zupełnie nowym wydaniu i być może powrót do dawnego brzmienia nie byłby bezzasadny.

Alanis Morissette - "Alanis"
Zanim kanadyjska wokalistka przebojowo wyliczała życiowe ironie na "Jagged Little Pill", wpadła w sidła wytwórni, która sterowała każdym aspektem jej życia - począwszy od diety, na brzmieniu debiutanckiego albumu skończywszy. A brzmienie to było... Adekwatne do aktualnych trendów. Paula Abdul, 2 Unlimited, DJ Bobo - tego rodzaje dance-popowe potencjalne hity możecie znaleźć na debiutanckim "Alanis" i nic dziwnego, że po dziś dzień Morissette nie zdecydowała się na umieszczenie tego materiału w streamingu, choć z drugiej strony na pewno wiele osób odnajdzie tutaj swoje "guilty pleasure". Podobnym przypadkiem jest także pierwsze wydawnictwo Tori Amos, tyle że nie zostało wydane pod jej nazwiskiem, a jako Y Kant Tori Read.

Lipali - "Li-pa-li"
Lipali nie od razu było jednym z ulubionych zespołów rockowych polskich rozgłośni radiowych, z początku był to solowy projekt Tomasza Lipnickiego, który dopiero co zakończył działalność Illusion i chciał spróbować czegoś nowego. Nowe okazało się tak bardzo inne, że chyba tylko brak powszechnego dostępu do internetu w 2000 roku pozwolił zahamować gniew części fanów. Po dwóch dekadach można jednak spojrzeć na ten album w zupełnie inny sposób, jako nasycony wieloma niuansami i intrygujący, nawet jeżeli część podkładów wyraźnie zestarzała się.

White Zombie - "Soul-Crusher"
"Thunder Kiss '65", "Black Sunshine" i "More Human than Human" - to trzy najbardziej reprezentatywne i najpopularniejsze utwory w dorobku White Zombie, które chociaż dokonało żywota w 1998 roku, nadal pozostaje żywe w solowe twórczości Roba Zombiego. Na debiutanckim "Soul-Crusher" ekipa z Nowego Jorku brzmiała jednak zupełnie inaczej, oscylowała pomiędzy punk rockiem a noisem, a do jej fanów z tego okresu zaliczali się między innymi Iggy Pop, Kurt Cobain czy Thurston Moore.

Kraftwerk - "Kraftwerk"

Ich znakiem firmowym jest niemalże odczłowieczony wizerunek i chłodne, ale okazjonalnie przebojowe, elektroniczne brzmienie, ale nie zawsze tak było. Na pierwszym albumie Kraftwerk w ogóle nie ma elektroniki, są za to między innymi flet, skrzypce czy dziwaczny, dzisiaj już bardzo rzadko stosowany instrument znany jako tubon. Hipnotyczna muzyka zespołu z Düsseldorfu jest tutaj zdecydowanie bliższa temu, co zazwyczaj kojarzy się z krautrockiem, czyli takim zespołom, jak Can, Faust albo Popol Vuh.

Brian Eno - "Here Come the Warm Jets"
Człowiek, którego nazwisko stało się niemalże synonimem ambientu zaczynał od muzyki bynajmniej nie wyciszającej, ale nie będzie to aż tak zaskakujące, kiedy weźmie się pod uwagę kilka lat spędzonych w szeregach Roxy Music. Na debiutanckim "Here Come the Warm Jets" Eno sięgnął po wciąż żywą w 1974 roku estetykę glam rocka, złagodził ją wpływami popowymi i udziwnił awangardowymi zabiegami, a do współpracy zaprosił między innymi Roberta Frippa z King Crimson czy Simona Kinga z Hawkwind.

Ministry - "With Sympathy"
Zanim Al Jourgensen rozmiłował się ekstremalnie szybkim industrial metalu, lubił udawać Brytyjczyka... A właściwie nie tyle lubił, co został zmuszony przez wytwórnię do naśladowania brytyjskiego akcentu, co młodemu, synth-popowemu zespołowi miało zapewnić większe zainteresowanie. Po latach Jourgensen nie zostawia suchej nitki na tym krążku, porównuje doświadczenie nagrywania go do działalności Milli Vanilli, a jednak przynajmniej w singlowym "Revenge" nadal jest coś urokliwego.

Golden Life - "Midnight Flowers"

"Oprócz" albo "24.11.94" to najpopularniejsze przeboje Golden Life, a oni sami najczęściej występują dzisiaj na imprezach pokroju Jarmark Bożonarodzeniowy czy Koncert na Powitanie Lata. Na debiutanckim "Midnight Flowers" z 1991 roku sięgali jednak po inne inspiracje - Beastie Boys, wczesne Red Hot Chili Peppers czy Killing Joke (swoją drogą, każdy z tych zespołów również z początku brzmiał inaczej niż obecnie) i chociaż nie do końca potrafili zapanować nad językiem angielskim (sens niektórych tekstów trudno zrozumieć), było to szczere, bezkompromisowe i nadal ma specyficzny czar.

Pantera - "Metal Magic"
Dzisiaj niewiele osób o tym pamięta, ale Phil Anselmo nie był pierwszym wokalistą Pantery. Pierwotnie przed mikrofonem stał Terry Glaze, a brzmienie teksańskiego zespołu grawitowało w kierunku glam metalu. Nie znajdziecie tutaj charakterystycznego groove'u, który odmienił historię metalu, znajdziecie za to kilka ładnych melodii i dość przaśne solówki gitarowe. Największy skarb to natomiast okładka "Metal Magic" i zdjęcia Pantery z tamtego okresu. Podobnie jak wielu innych albumów z tej listy, także tego próżno szukać w serwisach streamingowych.

Calvin Harris - "I Created Disco"

Producent Duy Lipy, Rihanny czy Ellie Goulding, jedna z najpopularniejszych i najbardziej dochodowych postaci EDM, ale nie od zawsze. Prosty, przebojowy, do bólu odtwórczy, ale nagrany w ten sposób z premedytacją pop z "I Created Disco" podzielił recenzentów. Dla serwisu Pitchfork był to żart i autoparodia, dla NME połączenie electroclashu i disco-punka w popowych przebojach. My będziemy obstawać przy tym drugim - "I Created Disco" to najlepsze, co Harris kiedykolwiek wydał.

fot. Ministry


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive